Los człowieka o stu twarzach

O takich ludziach mówi się z reguły: żył pięknie i umarł pięknie. W przypadku Eugeniusza Bodo, przed wojnąjednego z najpopularniejszych polskich aktorów,hollywoodzkiego happy endu jednak nie było.
Czyta się kilka minut

O takich ludziach mówi się z reguły: żył pięknie i umarł pięknie. W przypadku Eugeniusza Bodo, przed wojną  jednego z najpopularniejszych polskich aktorów,   hollywoodzkiego happy endu jednak nie było.

 

Był niekwestionowanym królem międzywojennego kina polskiego. Wielką gwiazdą, której piosenki śpiewała cała warszawska ulica: Całuję Twoją dłoń madame, Titine, ach Titine, czy Umówiłem się z nią na dziewiątą. Mistrzem bon motów w rodzaju opowieści o swojej wizycie w Palestynie: „Potrafię bez zająknięcia powiedzieć po hebrajsku: proszę herbatę. Zupełnie wystarczy, aby być uprzejmym, trochę za mało, by się najeść do syta”. Czy taki człowiek mógł zostać uznany za „Wroga ludu”? Owszem, mógł…

Życie jak rewia

Zacznijmy porządnie, urzędowo, od wyjaśnienia rzeczy podstawowych: Eugeniusz Bodo, chluba i duma polskiego kina międzywojennego był tak naprawdę obywatelem II Rzeczypospolitej ze szwajcarskim paszportem po ojcu Szwajcarze i matce Polce. Nie nazywał się też Bodo, ale Bohdan Eugène Junod. Urodzony w 1899 r., od początku „rósł w cieniu gwiazd sceny i cyrku, wśród kurtyn i reflektorów. Kiedy tylko otworzył oczy, widział nieustannie ekran objazdowego kina, które prowadził ojciec” – napisał Ryszard Wolański w biografii Eugeniusz Bodo – Już taki jestem zimny drań. Owo objazdowe ojcowskie kino osiadło jednak w końcu na stałe w Polsce.  Wybór padł na Łódź, gdzie Teodor Junod otworzył w 1907 r. „Uranię” – pierwsze kino nieme na  ziemi obiecanej, a potem także teatr pod tą samą nazwą.

Mały Bohdan bardzo szybko zaczął występować na scenie. Państwo Junodowie mieli jednak zupełnie inne plany względem syna: miał się kształcić, zdobyć szanowaną profesję i stać się „użytecznym członkiem społeczeństwa”. Tyle tylko, że młody Junod aktorstwo miał we krwi.  Ekonomista, medyk, inżynier kolejnictwa – wszystkie te rodzicielskie marzenia unieważnił, uciekając z domu w wieku 18 lat. Wprost na teatralne deski… Przez chwilę bileter, statysta i epizodysta – od początku snuł jednak plany triumfalnego podboju stolicy. „Był  dopiero początkującym młodym aktorem, rokującym duże nadzieje (…). Nawet nie miał własnego fraka i zazdrościł mi, że ja mam” – mówił, cytowany przez Ryszarda Wolańskiego, Ludwik Sempoliński. 

Ten drobny niedostatek nadrabiał jednak ogromnym talentem. Naturalność, niewymuszony dowcip, ogromny urok osobisty i wielki talent aktorski – to były atuty Bodo. No i całkowity brak kompleksów. Bo kiedy pierwszy raz stanął przed Jerzym Boczkowskim, dyrektorem
legendarnego Qui Pro Quo – teatru, rewii, kabaretu i operetki w jednym – poproszony o zaśpiewanie jakiegoś utworu, odpowiedział: „Zaśpiewać? Ja nie śpiewam piosenek. Ja «robię» piosenki. I to była szczera prawda – jego występy to było coś więcej niż śpiew – grał, śpiewał, tańczył i zabawiał publiczność. Umiał wszystko: od parodii, „chaplinady” i groteski, po liryczne, chwytające za niewieście serca ballady.  
Błyskawicznie zdobywał popularność – już jako Eugeniusz (to jego drugie imię) Bodo (połączenie dwóch pierwszych sylab z jego imienia oraz  imienia matki) stał się jedną z najpopularniejszych twarzy ówczesnego polskiego świata rewii i kabaretu. Podobnie jak piosenki śpiewane przez niego w niepodrabialnym „bodowym” stylu. „Nie pozostawił żadnej chyba piosenki, której ówcześni nie nazwaliby «arcydziełem», «doskonałością», a dziś «klasyką interpretacji»” – zauważył słusznie jego biograf Ryszard Wolański. 
 
Amant, który nie chciał być amantem
Karierze scenicznej pozostał wierny do końca życia, choć coraz częściej musiał dzielić ją z nową, wielka rywalką: kinem. Zadebiutował w niemym filmie Rywale i to od razu w głównej roli. W tej szalonej komedii dał taki popis aktorstwa, że jego grę zaczęto porównywać z umiejętnościami legendarnego Harolda Lloyda. Kolejne role posypały się jak z rękawa. Bodo nie chciał się jednak szufladkować, ograniczać wyłącznie do ról szalonych komediantów albo dyżurnych amantów. Powtarzał, że nie znosi wręcz ról „papierowych bubków”. „Nie jestem amantem i do tych ról nie czuję żadnego pociągu. (…) Interesują mnie role psychologiczne, lecz do tych krajowa produkcja jeszcze nie dorosła. Ażeby być amantem trzeba mieć naprawdę fascynujące warunki zewnętrzne” – mówił w wywiadzie dla „Kina”. Innego zdania były jednak same kobiety, dla których Bodo pozostał obiektem tysięcy miłosnych westchnień. A on? No cóż, powtarzał, że jest raczej wierny miłości niż wierny w miłości. I tak naprawdę przez całe życie kochał tylko jedna kobietę: swoją matkę. Po śmierci ojca, pogodził się z nią i sprowadził do Warszawy. Odtąd już zawsze mieszkali razem.
Dziś powiedzielibyśmy pewnie, że był „celebrytą”, ale jacy to byli wówczas „celebryci”… W taki sposób mówił Bodo na przykład o listach otrzymywanych od wielbicieli: „Z żadnego listu się nie śmieję, żadnego nie lekceważę, każdy traktuję poważnie. (…) Im więcej jest w listach pochlebstw, tym większą zachowuję rezerwę, tym więcej ostrzę swój samokrytycyzm, bo przyjść może taki czas, gdy listy będę otrzymywać jedynie od… wierzycieli”.
Ale to mu na pewno nie groziło. Był przecież „polskim Lonem Chaneyem” – człowiekiem o stu twarzach. W rozmowie z „Kinem” mówił: „W zasadzie każdy aktor powinien posiąść tę łatwość. Ale mnie się to udaje bez trudu, dlatego że… nie lubię siebie. Tak, tak. Nie lubię ani mojego głosu, ani sposobu bycia, ruszania się… i dlatego wprost z pasją eliminuję przy każdym typku, przy każdej roli, wszystko to, co jest ze mnie osobistego”. Czy tak mówi celebryta?
 
Społecznie niebezpieczny element
Jeszcze 30 sierpnia 1939 r. kopał okopy dla piechoty razem z innymi aktorami i pracował nad scenariuszem dla antyfaszystowskiego filmu Uwaga – szpieg! Po upadku Warszawy wyjechał jednak na wschód i jak wielu innych artystów znalazł przystań we Lwowie – tym samym Lwowie, do którego chwilę wcześniej wkroczyli Sowieci… Korzystając z chwilowej swobody grupa polskich artystów-emigrantów z Bodo na czele, skrzyknęła się w objazdową trupę Tea Jazz i ruszyła w trasę koncertową po Kraju Rad. Towarzyszył jej głód, mróz, zawszone i zapluskwione wagony oraz czujne oko przydzielonych im radzieckich „przewodników”. Ta mizerna egzystencja pogorszyła się jeszcze bardziej po niemieckim ataku na ZSRR w czerwcu 1941 r. Wtedy grupa postanowiła jechać jeszcze dalej w głąb ZSRR. Jeden tylko Bodo zdecydował inaczej: oświadczył, że wraca do Lwowa, by jako obywatel neutralnej Szwajcarii starać się drogą oficjalną „opuścić teren zbrojnego konfliktu”. Ekipa Tea Jazzu odnalazła się później w armii Andersa. O Bodo wszelki słuch zaginął… Komunistyczne encyklopedie podawały jedynie, że „został aresztowany i zamordowany przez hitlerowców”, albo że „zginął w czasie okupacji w niewyjaśnionych okolicznościach”.
Pierwszy prawdziwy ślad pojawił się dopiero w 1989 r., za sprawą wspomnień Alfreda Mirka, muzykologa polskiego pochodzenia, który trafił do sowieckiego przejściowego więzienia Butyrki. Tam – jak pisze Ryszard Wolański – „w wieloosobowej celi zwrócił uwagę na dziwną postać, zasępioną, milczącą i izolująca się od pozostałych współwięźniów”. To był Bodo...
Więcej informacji zdobyła dopiero daleko krewna aktora, Wiera Rudź, która na początku lat 90. otrzymała informację z rosyjskiego Czerwonego Krzyża: Eugeniusz Bodo został aresztowany w 26 czerwca 1941 r. i decyzją organów NKWD skazany na 5 lat „wychowawczego ciężkiego obozu” (jako społecznie niebezpieczny element). Zmarł 7 października 1943 r. (informacji o miejscu pochówku brak).
 
Uwaga – szpieg!
Jeszcze bardziej szokujące są jednak, nadesłane później, stenogramy z przesłuchań Eugeniusza Bodo, z których wyłania się porażający obraz bezsilności jednostki wobec paranoi i bezduszności totalitarnej władzy. Ot, choćby fragmenty, w których Bodo musi tłumaczyć się ze swojej pracy nad filmem Uwaga – szpieg!:  – W tym filmie grałem rolę oficera służby kontrwywiadowczej, który demaskuje szpiegów. – No powiedzmy, graliście taką rolę, a z kim konsultowaliście się w tej sprawie? – drąży przesłuchujący.
Bodo tłumaczy, że z emerytowanym prokuratorem. Śledczy mu nie wierzy. Aktor mówi więc:
– Ale jeśli, przypuśćmy, gram jakąś rolę robotnika rolnego, biorę się do pługa, podczas gdy na tej pracy nic się nie znam. A jednak pokazuję, że idę z pługiem i orzę ziemię. Na to śledczy: – Kiedy gra się taką rolę, to bez konsultacji nie da się jej wykonać. Co macie wspólnego z pracą wywiadowczą? Dlaczego kłamiecie?
Bezradny Bodo: – Nie wiem, jak mam na to odpowiedzieć…
 I tak bez końca. Tłumaczenia nic nie dają. Dobra znajomość języków obcych, liczne podróże zagraniczne, zainteresowanie losem obywatela Szwajcarii ze strony polskiej ambasady – to wystarczy, żeby Bodo został uznany za szpiega. W czerwcu 1943 r. trafia do Obozu Pracy Poprawczej w Kotłasie koło Archangielska. Lekarz obozowy  zapisuje przy przyjęciu: „skrajne wycieńczenie i słabość”. I wyrok: „inwalida, niezdolny do odzyskania możliwości do pracy”. A w Rosji Radzieckiej, kto nie pracuje, ten nie je… Bodo umiera po kilku miesiącach, w październiku 1943 r., pochowany gdzieś w anonimowym grobie, razem z innymi ofiarami bezlitosnego Archipelagu Gułag.
 
 
 
 
 
 
 
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 30/2012