Logo Przewdonik Katolicki

Niosący Chrystusa

Ks. Hubert Nowak
Fot.

Poranek na rynku w Roermond. Czterdziestotysięczne holenderskie miasto wstaje niespiesznie. Kwadrans po siódmej czynna jest jedynie piekarnia i jedna z kawiarni na wprost ratusza.

 

  
 
Ponad jego dachem, pokrytym łupkowymi płytkami, wznosi się niewysoka wieża z karylionem, ozdobiona kolorowymi figurami. Za kilka godzin, w południe, rozpoczną swe codzienne pląsy. Wtedy podziwiający je widzowie zapełnią kawiarniane ogródki. Na razie świecą one pustkami, a my jesteśmy jedynymi gośćmi. Zapach kawy zdaje się przyciągać następnych klientów. W przeciągu kwadransa pojawia się przy stolikach kilkanaście osób. Przypatrzywszy się ratuszowej wieży, odwracamy się w lewo.
Nad tą pierzeją rynku góruje inna wieża, wyrastająca nad całe miasto dzwonnica katedry, zwieńczona olbrzymią figurą św. Krzysztofa. Licząca dokładnie 3,57 m wysokości statua wykonana jest z miedzi i pokryta – tak przynajmniej zapewnia katedralny informator – 22-karatowym złotem. Sint Christoffel dzierży w dłoni pątniczy kij, a na barkach trzyma małego Jezusa, który wznosi wysoko w górę prawą rękę. Ruszamy w stronę świątyni. Główne drzwi jedynej w Europie katedry pod wezwaniem św. Krzysztofa są niestety o tej porze jeszcze zamknięte. Ale drzwi od strony niewielkiego ogródka ustępują bez oporu. W bocznej nawie wita nas znów św. Krzysztof – tym razem to makieta figury umieszczonej na wieży. Chociaż nie wykonano jej w skali 1:1, to święty wygląda rzeczywiście jak olbrzym. Skojarzenie z legendą, według której był nadnaturalnego wzrostu, nasuwa się samorzutnie. Mało tego – według legendy miał być nie tylko olbrzymem, ale i kynocefalosem – psiogłowcem. A przynajmniej kimś o strasznym wyglądzie i nieludzkiej sile. Takim małoazjatyckim ogrem…

Czytając takie osobliwe historie, z chęcią odłożylibyśmy je na półkę z baśniami, pozbywając się w ten sposób kłopotliwego świętego, o którym, jak się wydaje, nic nie wiemy. Nie możemy sobie jednak na to pozwolić. Przy całej szczupłości historycznych danych, Krzysztof cieszy się czymś, czego pozazdrościć może mu wielu świętych: kultem. Wielkie tuzy Kościoła – Atanazy, który uratował prawowierną naukę o Chrystusie, geniusze Tomasz z Akwinu czy Bonawentura, Teresa z Ávila, a nawet niemal współczesna Edith Stein – mimo że zasłużeni i udokumentowani – rzadko mogą liczyć na pamięć przeciętnego chrześcijanina, wspomnienie w pacierzu i świeczkę przy bocznym ołtarzu. Święty Krzysztof to co innego.

Któż nie wie, że jest patronem kierowców? W ilu samochodach na świecie widnieje jego podobizna? Iluż automobilistów, jeśli nie codziennie, to przynajmniej przy trudnych warunkach na drodze, wzywa jego pomocy? W ilu kościołach 25 lipca Msza św. kończy się poświęceniem pojazdów? Nawet apostolska przewaga wspominanego wtedy św. Jakuba nie zepchnęła Krzysztofa w cień. Nie możemy więc tak po prostu schować go między bajki. Ale nie wolno też zredukować św. Krzysztofa wyłącznie do samochodowego wątku. Cóż zatem?
Najpierw sięgnijmy po historię. A ta nam mówi, że na podstawie wiarygodnych źródeł wolno umiejscowić życie Krzysztofa w III w. Żył w Azji Mniejszej, w rzymskiej prowincji Licja, gdzie za czasów cesarza Decjusza zginął śmiercią męczeńską ok. 250 r. Następnie mamy dowody kultu: w Haidar-Pacha w Nikomedii odnaleziono napis z 452 r., mówiący o wzniesionej ku czci Męczennika bazylice w Bitynii. W 536 r. w synodzie w Konstantynopolu brał udział Fotyn z klasztoru św. Krzysztofa. O klasztorze pod wezwaniem św. Krzysztofa w Taorminie na Sycylii wspomina także Grzegorz Wielki. Można więc stwierdzić, że kult Krzysztofa obejmował Małą Azję, Grecję i południową Italię. A to wcale niemało. Nie wolno więc mówić o św. Krzysztofie, że jest postacią półlegendarną czy nieudokumentowaną historycznie. Co najwyżej: historyczną, rzeczywistą postać oplótł gąszcz legend i opowieści, którymi rekompensowano sobie szczupłość biograficznych pewników. Opowieści te rozkwitły zwłaszcza w średniowieczu, i z tego właśnie okresu pochodzą przekazy o wyjątkowej sile i ambicji Krzysztofa, o jego odrażającym wyglądzie, przenoszeniu ludzi przez rzekę i spotkaniu z tajemniczym dzieckiem, które okazało się być samym Chrystusem. Warto tu wspomnieć, że wierszowana legenda o św. Krzysztofie jest jednym z pierwszych utworów, które w XV w. ukazały się drukiem po polsku. Nietrudno się domyślić, że inspiracją do powstania wszystkich tych legend było imię Męczennika. Christoforos – Niosący Chrystusa. I dzisiaj powinno ono nas inspirować. Oczywiście nie do kontynuowania wątku o przenoszeniu Chrystusa przez rzekę, ale do zobaczenia, że my wszyscy mamy być christoforoi – niosącymi Chrystusa. O tyle jesteśmy christianoi – chrześcijanami, o ile niesiemy Chrystusa innym. Jednak nie popadnijmy w pychę: to prawda, niesiemy Chrystusa światu. To nasze zadanie, z którego nikt nas nie zwolni, i które czasami udaje się nam wypełnić. Ale przede wszystkim to Chrystus nas niesie nieustannie! Bardziej niż noszącymi Chrystusa jesteśmy niesionymi przez Chrystusa. To On dźwiga ciężar naszego życia, naszych grzechów i nas samych. Nie wyrywać się do przodu, nie upierać się, by iść samemu – ale pozwolić się nieść Chrystusowi i dać się zanieść tam, gdzie On chce nas zanieść – to prawdziwa mądrość, o której św. Krzysztof przypomina.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki