Oświata - oś świata?

Tony rzetelnie wypełnionych, nikomu niepotrzebnych dokumentów oraz praktyka dnia codziennego coraz bardziej różniąca się od oficjalnych sprawozdań i raportów to najkrótszy opis naszej obecnej edukacji. Jaką szkołężegnamyprzed wakacjami 2012?
Czyta się kilka minut

Tony rzetelnie wypełnionych, nikomu niepotrzebnych dokumentów oraz praktyka dnia codziennego coraz bardziej różniąca się od oficjalnych sprawozdań i raportów – to najkrótszy opis naszej obecnej edukacji. Jaką szkołę  żegnamy  przed wakacjami 2012?

Efektywność kształcenia, ewaluacja, nastawienie na wynik, zespoły problemowe, narzędzia diagnostyczne, testy kompetencji – to, gramatycznie rzecz ujmując, zestaw rzeczowników i przymiotników, bez których nie mogłaby funkcjonować polska edukacja. No tak, są jeszcze uczniowie… Też rzeczownik – i choć pospolity, to jednak bardzo osobowy.

Chciałoby się, parafrazując Wyspiańskiego, zakrzyknąć: „Szkołę mą widzę ogromną!”. Nowoczesne pracownie, w każdej – tablica multimedialna, a na ławkach równiutko ułożone tablety z e- podręcznikami bez naderwanej okładki i pozaginanych rogów, laminowane mapy z uwięzioną w legendzie historią minionych lat, niezliczone fiolki z chemikaliami, pozwalającymi na zabawę z ciekłym azotem, pianino – z prężącymi się jak żołnierz na musztrze strunami – czekające na Etiudę Rewolucyjną, uśpione w szufladzie pudełka z pastelami i akwarelami. No i przede wszystkim dwa, góra – trzy segregatory z dokumentacją, na których – w geście słusznej dominacji – stoi uczeń. Mądry, wrażliwy, wydrenowany (to też słowo na edukacyjnym topie) z agresji i nadpobudliwości, twórczo rozwiązujący problemy, kulturalny i z pasją – choćby nawet do gry w bierki. Utopia na miarę szklanych domów. Mimo prób reformowania polskiej oświaty – trwających już od ponad 20 lat – ciągle tkwimy w strukturach „posocjalistycznej szkoły osadzonej w posocjalistycznej nowoczesności”. Bo chyba żaden z dotychczasowych pomysłów nie wyszedł oświacie na zdrowie – wręcz przeciwnie, większość do dziś odbija się czkawką…

Pogranicze w ogniu

Jeszcze nie ucichły salwy armatnie po roku szkolnym 2011/2012, a już widać łuny ognia nad zbliżającym się 2013. Od kilku lat obowiązują nauczycieli tzw. godziny karciane, wynikające z artykułu 42. Karty Nauczyciela. Oznacza to, że „w ramach czasu pracy oraz ustalonego wynagrodzenia nauczyciel jest zobowiązany realizować (…) zajęcia opiekuńcze i wychowawcze uwzględniające potrzeby i zainteresowania uczniów” w wymiarze dwóch godzin w tygodniu. To taki ministerialny „bonus” – nauczyciele szkół podstawowych i gimnazjów muszą w – i tak napiętej – siatce godzin znaleźć miejsce na dodatkowe dwie, co przy, powiedzmy, 50-osobowym gronie pedagogicznym daje dodatkowe 100 godzin zajęć. Już we wrześniu więc rozpoczyna się swoista nagonka połączona z polowaniem na uczniów, którym proponuje się różne edukacyjne wygibasy. Pozostaje po nich ślad w dziennikach zajęć pozalekcyjnych, ale czy w uczniowskich głowach? Uznajmy, że to pytanie retoryczne. Warto podkreślić, że nauczyciele i bez tych „dwóch godzin za friko” prowadzili koła zainteresowań i zajęcia wyrównawcze. Który z lekarzy, prawników, ślusarzy lub kierowców MZK zgodziłby się na przepracowanie dwóch godzin w tygodniu za darmo? I nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi?

KIPU do kitu?

Kolejna nowinka, która we wrześniu 2011 r. zawitała już do gimnazjów, a od nowego roku szkolnego 2012/2013 wejdzie także w progi szkół podstawowych i ponadgimnazjalnych, dotyczy rozporządzenia MEN z 17 listopada 2010 r. w sprawie „zasad udzielania i organizacji pomocy psychologiczno-pedagogicznej”. Dotychczas na podstawie opinii (na przykład o dysleksji rozwojowej pod postacią dysortografii i dysgrafii) wydawanych przez stosowne poradnie, nauczyciel miał obowiązek dostosować wymagania edukacyjne do indywidualnych potrzeb dziecka, u którego stwierdzono specyficzne trudności w nauce. Bez szemrania więc rozgrzeszał z błędów ortograficznych, pozwalał na pisanie prac na komputerze, dawał więcej czasu na wykonanie określonych zadań, stosował pozytywną motywację i doceniał wysiłek oraz drobne osiągnięcia. Źle? Oczywiście! Teraz trzeba powoływać zespoły nauczycieli i specjalistów dla uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi i rozwojowymi, ustalić sposób, okres i wymiar godzin, w jakich będzie udzielana pomoc psychologiczno-pedagogiczna, poinformować na piśmie rodziców o proponowanych formach wsparcia, opracować plan działań wspierających (PDW) oraz indywidualne programy edukacyjno-terapeutyczne (IPET). Bo to chyba jest tak, że jeżeli jakieś działanie nie ma przełożenia na stosowną teczkę pełną kolejnych niewiele znaczących  papierów, to się nie liczy. Wychowawca, który ma w swojej klasie 13 uczniów z opiniami, razem z kilkoma innymi nauczycielami opracowuje dla każdego z nich Kartę Indywidualnych Potrzeb Ucznia (KIPU). Dokument ów, liczący około pięciu stron, to nic innego jak przepisanie rozpoznania zawartego w opinii, zaproponowanie form pomocy, które jest w stanie zorganizować szkoła (na przykład zajęć wyrównawczych z języka polskiego, angielskiego, matematyki), oraz ocena efektywności tej pomocy (mierzona zazwyczaj „na oko”, bo przecież nikt nie wyposażył nauczycieli w stosowne narzędzia badawcze). Dodajmy, że niektórzy nauczyciele (pracujący w szkołach specjalnych) wypełniają IPET dla każdego ucznia – setki stron, żeby „uprawomocniło się” to, co robią już od dawna. Jeżeli w szkole jest pedagog, który prowadzi rzetelną dokumentację (a w większości placówek tak się właśnie dzieje), dorzucanie do tego KIPU jest niczym innym jak „mnożeniem bytów”. Zapewne ktoś tam – na ministerialnej „górze” – nie zaliczył podstawowego kursu filozofii i nie słyszał o brzytwie Ockhama, czyli metodologicznej regule, która już w wiekach średnich zalecała, co następuje: „bytów nie mnożyć, fikcyj nie tworzyć…”.

Analfabetyzm wtórny?

Jednak z całą pewnością to, co rozgrzewa do czerwoności nastroje ekspertów, nauczycieli i rodziców, to rozporządzenie podpisane 20 stycznia 2012 r. przez minister edukacji narodowej Krystynę Szumilas w sprawie ramowych planów nauczania w szkołach publicznych, które wejdzie w życie 1 września tego roku. To nic innego jak kolejny etap wdrażania nowej podstawy programowej, która wkracza z dumnie wypiętą piersią i pod sztandarem poprawy efektów kształcenia do klas czwartych szkoły podstawowej i klas pierwszych szkół ponadgimnazjalnych. „Będzie mniej lekcji historii, polskiego, biologii, chemii i geografii. Więcej – zdrowia i urody”. „Od września licea przestaną być ogólnokształcące, a staną się specjalistyczne” – grzmiały już w lutym nagłówki prasowe. Środowisko też się podzieliło. Na tych, co są za: „Wybór przedmiotu rozszerzonego będzie gwarantował naprawdę dobry poziom jego nauki”; „Reforma nauczy młodych ludzi podejmować dojrzałe wybory”;  „Reforma bardzo mocno ograniczy ogólną wiedzę uczniów, ale w zamian otrzymają ją pogłębioną w wąskich obszarach”, oraz na tych, co przeciw: „Reforma była wzorowana na modelu anglosaskim. Tam jednak młodzi ludzie od najmłodszych lat uczeni są dokonywania samodzielnych wyborów, podczas gdy polscy uczniowie są przyzwyczajeni do prowadzenia za rękę”; „Planowana przedwczesna specjalizacja doprowadzi do praktycznego analfabetyzmu w dziedzinie biologii, fizyki, chemii, geografii większości maturzystów, a pozostałych do analfabetyzmu w dziedzinie historii”.

I tutaj ministerstwo nie zawahało się przed ostrymi cięciami – znikają dziesiątki godzin z przedmiotów na poziomie podstawowym, a licealiści – wybierając profil kształcenia – w wieku 15 lat zdecydują, czy zostaną inżynierami czy humanistami. A swoją (czy aby dojrzałą?) decyzją doprowadzą do tego, że przestaną się uczyć albo przedmiotów humanistycznych (inżynierowie), albo ścisłych (humaniści). Tylko jak potem ci pierwsi sklecą poprawną stylistycznie pracę magisterską, a ci drudzy wyliczą, ile im jeszcze będzie brakować do emerytury po ukończonych studiach…

Jak zawsze, czas pokaże, która ze stron miała w tym sporze rację, a oświata – zamiast być „osią świata” już stoi i pewnie jeszcze długo stać będzie „ością w gardle” nam wszystkim.


Autorka tekstu jest dziennikarką „Przewodnika Katolickiego” w Bydgoszczy  i  nauczycielką w Zespole Szkół nr 10 w Bydgoszczy.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 25/2012