Logo Przewdonik Katolicki

Gaszą pożary nie tylko wiary

Michał Bondyra
Fot.

Kiedyś pożary gasili w długich habitach. Od trzynastu lat strojem nie różnią się od innych strażaków. Poza napisem OSP Niepokalanów i herbem z Matką Boską i zakonnikiem z sikawką. Do dziś strażakiem w Niepokalanowie może zostać tylko franciszkanin.

Kiedyś pożary gasili w długich habitach. Od trzynastu lat strojem nie różnią się od innych strażaków. Poza napisem „OSP Niepokalanów” i herbem z Matką Boską i zakonnikiem z sikawką. Do dziś strażakiem w Niepokalanowie może zostać tylko franciszkanin.

 

Przez rok materiałów sukcesywnie przybywa. Desek, leszu, papy, blachy. W końcu stają trzy baraki. Pierwszy jako kaplica i mieszkania dla zakonników, drugi jako wydawnictwo „Rycerza Niepokalanej” z zecernią i drukarnią, trzeci – elektrownia z silnikami prądotwórczymi. Jest rok… 1928. – Budynek przylegał do budynku jak grzyb do grzyba. Mało tego, były w nich maszyny drukarskie, jakich świat wtedy nie widział. To był ogromny majątek, dlatego o. Maksymilian bał się, że jak wybuchnie pożar, to wszystko pójdzie z dymem – mówi Br. Janusz Kulwak, prezes Ochotniczej Straży Pożarnej (OSP)w Niepokalanowie.

 

„Tryumf” na raty

Z obaw świętego franciszkańskiego gwardiana rodzi się pomysł, by utworzyć straż. Niezwykłą, bo składającą się z samych zakonników. Pomysł przełożonego realizuje br. Salezy Mikołajczyk, który w „cywilu” był strażakiem ochotnikiem w Sieradzkiem. Namawia kilkudziesięciu braci, sprowadza instruktora pożarnictwa PZU Wzajemnych, por. Józefa Boguszewskiego. – Bracia zrobili bosaki, drabiny i pierwszy beczkowóz – wymienia br. Kulwak, który prócz prezesury, otacza opieką pierwsze, powstałe już w 1941 r., muzeum pożarnicze w Polsce. Z drewnianego kloca ucinają cztery koła, mocują je na osiach, łączą razem, dodają dyszel. Na tej konstrukcji ląduje 200-litrowa beczka po ropie. Teraz będzie w niej woda. Beczkowóz się nie zachował. Znamy go tylko z czarno-białych zdjęć.

Pierwszym kupionym przez braci sprzętem jest ręczna sikawka „Tryumf”. W muzeum na piętrze zachowała się w nienagannym stanie. Jest też rachunek opiewający na 1180 zł i adnotacja o ostatniej racie wpłaconej w marcu 1931 r. Obok syfon warszawski i bekadło. – Były tu używane, ale na samym początku za alarm służyły poucinane kawałki szyn i młotek – wyjaśnia br. Janusz. W spisanej historii straży w Niepokalanowie, czytamy zasady ich działania: „Trzy uderzenia młotkiem w szynę, przerwa i znowu trzy uderzenia oznaczało pożar poza klasztorem. Uderzenie w szynę bez przerwy oznaczało, że pożar jest wewnątrz klasztoru”. Dziś za alarm wystarcza krótki SMS z dyspozytorni w Sochaczewie. Na treść „Alarm pożarowy” po 180 sekundach zakonni strażacy są gotowi do akcji.

 

Bracia gaszą słońce

Bojowy chrzest franciszkańscy bracia dostają szybko. Ledwie kilka miesięcy po tym, jak oficjalnie rejestrują się jako OSP. – Zimą 1931 r. zapaliła się elektrownia, tu gdzie jest ten staw. A ponieważ była połączona z drukarnią i z zecernią, pożar był tak duży, że jak napisał kronikarz, „wystawał poza klasztorne dachy” – mówi obecny prezes OSP w Niepokalanowie, dodając, że „wszystko to przez zbiorniki z ropą na strychu, z których paliwo kapało do motoru silnika”. – To była noc. Sąsiad budził sąsiada. Braciszkowie się palą! Zbiegli się i chcieli pomóc gasić. Furtian nie wpuścił. Braciszkowie dali radę sami – rysuje scenariusz akcji sprzed 80 lat. Tylko elektrownia poszła z dymem. Drogocenne maszyny drukarskie zostały nietknięte. Na miejscu zgliszczy powstaje staw. – Wcześniej były tylko studnie, z których każda mogła pomieścić ledwie tysiąc litrów wody. Ze zbiornika przeciwpożarowego korzystali też okoliczni mieszkańcy, którym zakonnicy nigdy nie odmawiali pomocy – zapewnia.

Nie odmawiają i dziś. Rocznie wyjeżdżają do 120 akcji. Tak jak przed laty, tak i teraz swoją ofiarnością zdobywają serca okolicznej ludności. Ci ostatni budują czatownię – drewnianą wieżę, by jeden z braciszków w czasie burzy, czy wyjątkowego skwaru obserwował okolicę. Gdy zauważa dym duje w trąbę. Natychmiast zbiera się reszta i rusza we wskazanym kierunku. – Taka czatownia, tyle że murowana, była na ul. Chłodnej w Warszawie. Jest nią też wieża mariacka w Krakowie – zaskakuje br. Janusz. Tej w Niepokalanowie już nie ma. To z niej bracia jechali gasić słońce. – Strażak w czatowni dostrzegł ogromną, czerwoną łunę ze strony Warszawy. Skojarzył ją z olbrzymim pożarem. Gdy zaalarmowani strażacy dojechali do Błoni okazało się, że czerwona łuna to… wschód słońca – śmieje się prezes zakonnej straży w Niepokalanowie.

 

Full wypas

Jeszcze 13 lat temu pożar gasili w habitach. Najpierw długich, niewygodnych, potem ściętych po kolana. – Na to zakładaliśmy fartuch, pas i hełm. Wszystko zmieniło się w 1999 r., gdy nasza jednostka weszła do systemu ratowniczo-gaśnicowego – wyjaśnia br. Kulwak. Mimo braku habitów 12 czynnych dziś zakonników łatwo odróżnić od innych strażaków. Na mundurach, popularnych upeesach, zamiast napisu straż widnieje „OSP Niepokalanów”. Herb jednostki też jest niezwykły. Jest na nim Matka Boska i zakonnik z sikawką, a u dołu napis „Franciszkanie”.

– Jesteśmy jedyną na świecie jednostką, w której służą tylko zakonnicy – rzuca prezes tej niezwykłej jednostki. Skoro tak, to zapewne przy każdej akcji nie może zabraknąć też… modlitwy. – Podczas jazdy samochodem odmawiamy „Zdrowaś Mario”. Odwołujemy się też do naszych patronów: św. Krzysztofa – by kierowcy dobrze się jechało, Floriana – bo to patron strażaków, no i św. Franciszka – bo wypada – przyznaje ze śmiechem. W żadnym z dwóch samochodów: Man/Star i Volkswagenie LT 40, prócz nowoczesnego sprzętu gaśniczego i ratowniczego, nie brakuje też tego co niezbędne dla katolickiego księdza. – Mamy oleje, stułę. Full wypas. Brakuje tylko grabarza – humor nie opuszcza prezesa jednostki. Mocnym punktem duchowej obstawy jest o. Wiesław Koc, kapelan gminnego OSP. – Nie może z nami jechać tylko wtedy, gdy odprawia Mszę, ale gdy spowiada, to potrafi wyjść z konfesjonału. Wtedy przybiega i pyta, czy stało się coś poważnego? Jeśli tak, to jedzie z nami, jak nie – dojeżdża później – wyjaśnia br. Janusz Tomoń, naczelnik OSP Niepokalanów, w załodze... kierowca.

 

Nie same pożary

Do akcji wyjeżdżają w promieniu 50 km. Ponieważ jednak są w krajowym systemie, zdarza się też, że pomagają na terenie całego województwa. – Parę lat temu braliśmy udział w akcji przeciwpowodziowej za Radomiem, w powiecie zwoleńskim. Dwa lata temu działaliśmy w powiecie słubickim w Świniarach, gdzie woda przerwała wały. Mamy w Dobrzykowie łódź, z której często korzystamy, ratując topielców – wylicza br. Janusz Kulwak. Ponad setka akcji rocznie, to jednak nie tylko działania wodne. To także nie same pożary. – Często jeździmy do wypadków, ratujemy życie, reanimujemy. Nie zawsze niestety skutecznie – dodaje poważnie br. Janusz Tomoń. Zdarza się im ratować także konia, który wpadł do studzienki czy ściągać z dachu kota z podejrzeniem wścieklizny. Kiedyś łapali też nietoperza w hali produkcji piwa. – Nikt nie mógł sobie z nim poradzić. Włączał im stale monitoring. Goniliśmy go w pięciu. W końcu złapaliśmy go w… siatkę na ryby – wymienia jedną z zabawniejszych akcji naczelnik OSP Niepokalanów.

 

Cherubin w smole

Wśród setek eksponatów, dokumentów i fotografii w muzeum pożarnictwa na piętrze w budynku ochotniczej jednostki w Niepokalanowie moją uwagę przykuwają cztery zdjęcia. Na trzech pierwszych zakonni strażacy w nie byle jakim towarzystwie: św. o. Maksymiliana, bł. Jana Pawła II i kard. Stefana Wyszyńskiego. Święty franciszkański gwardian bierze udział w szkoleniu. Jest rok 1938. – Ojciec Maksymilian żywo interesował się strażą, kazał zdawać sobie dokładne relacje z każdej akcji, a raz nawet, gdy podczas wyjazdu do pożaru we wsi Kawęczyn samochód ugrzązł w błocie, sam latarką oświecał drogę strażakom niosącym sikawkę – mówi kustosz muzeum, br. Kulwak.

Zdjęcie z Janem Pawłem II jest dużo świeższe. Dokładnie o 45 lat. Dokumentuje pobyt Ojca Świętego w Niepokalanowie w czerwcu 1983 r. – Wtedy dużo rozmawiał ze strażakami, a żegnając się pozdrowił: „Czołem bracia strażacy!” – opisuje historię kolorowej fotografii z gabloty zaraz przy drzwiach. I wreszcie kard. Wyszyński. I zdjęcie zrobione 10 lat wcześniej. Piękne, znamionujące dużą zażyłość między Prymasem Tysiąclecia a strażakami w habitach. – Kontakt był na tyle dobry, że strażacy w Niepokalanowie na 40-lecie swego istnienia dostali obraz Matki Boskiej Częstochowskiej ze słowami kardynalskiego błogosławieństwa – potwierdza obserwacje br. Kulwak.

Skąd taka wdzięczność i serdeczność dla franciszkańskich pożarników, nie tylko wśród maluczkich, ale i duchowych gigantów? Kluczem do rozwiązania zagadki jest czwarta fotografia. Na niej strażak mocno przy kości, a obok resztki jego habitu oblanego smołą. – To Br. Cherubin Pawłowicz, tak oddany straży i społeczeństwu, że jedna z ulic w Teresinie nosi jego imię – zaczyna opowieść kustosz muzeum. – W latach 80. pod Warszawą na Błoni, w jednym z przedsiębiorstw robót drogowych, paliły się beczki ze smołą. Bracia, a wśród nich br. Pawłowicz, schładzali je wodą. Te jednak eksplodowały, a zawartość jednej z nich oblała go od stóp do głów. Zdążył tylko zasłonić twarz hełmem. Smoła ściekła po jego hełmie, fartuchu i habicie. Poparzył tylko ręce – kończy dobitnie.

 

Fot. R. Woźniak

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki