ludzie powiedzieli:
- Pewnie komuniści nie pozwolili dać zakonnikom wody
W Niedzielę Wielkanocną brat Janusz Kulak, franciszkanin z Niepokalanowa, szedł w procesji rezurekcyjnej wokół bazyliki Najświętszej Marii Panny Niepokalanej, kiedy odezwał się jego telefon komórkowy.
- Macie interwencję na swoim terenie! - usłyszał...
ludzie powiedzieli:
- Pewnie komuniści nie pozwolili dać zakonnikom wody
W Niedzielę Wielkanocną brat Janusz Kulak, franciszkanin z Niepokalanowa, szedł w procesji rezurekcyjnej wokół bazyliki Najświętszej Marii Panny Niepokalanej, kiedy odezwał się jego telefon komórkowy.
- Macie interwencję na swoim terenie! - usłyszał zakonnik głos oficera dyżurnego Państwowej Straży Pożarnej z oddalonego o kilkanaście kilometrów Sochaczewa. Okazało się, że w jednym z zabudowań niedaleko Niepokalanowa pęknięta rura zalała mieszkanie.
- Dokończymy procesję i jedziemy - odpowiedział brat Janusz, prezes Zakonnej Ochotniczej Straży Pożarnej w Niepokalanowie.
W Wielkanoc zakonnicy z Niepokalanowa wyjeżdżali jeszcze dwa razy - gasili pożary traw, które wiosną nagminnie wypalają rolnicy.
Święci czuwają
Do niepokalanowskiej straży pożarnej należy obecnie osiemnastu zakonników. Każdy musiał przejść specjalny kurs strażacki pierwszego stopnia i zdać egzamin przed funkcjonariuszem Państwowej Straży Pożarnej. - Dopiero po takim egzaminie można wyjeżdżać do ognia - tłumaczy brat Janusz.
W remizie stoi, w każdej chwili gotowy do wyjazdu, wielki, czerwony star z agregatem prądotwórczym, wężami gaśniczymi, pompami, dziesięciometrową drabiną, łopatami, piłami do cięcia drewna, toporami i innym sprzętem, jakiego używają do akcji strażacy.
Obok na wieszakach strażackie kombinezony. Na plecach kurtek napis: OSP Niepokalanów. Na lewym rękawie emblemat: niebieskie tło, na nim czarna sylwetka mnicha gaszącego czerwony płomień ognia. Obok kontury Matki Bożej.
- To symbol, że Maryja nad nami czuwa - wyjaśnia brat Janusz, który oprowadza nas po remizie.
Na dole specjalne buty z trzech warstw skóry. U góry białe hełmy, przy których umieszczono nazwiska strażaków. Powyżej figurka Matki Bożej. Obok obraz świętego Floriana - patrona strażaków.
Franciszkanie mają też drugi samochód - terenowego forda, którym wyjeżdżają do wypadków drogowych. W pobliżu remizy stoi na specjalnej lawecie łódź używana do ratownictwa wodnego.
Na polach księcia
Niepokalanów - niecała godzina jazdy z Warszawy na Poznań. Okazała bazylika, klasztor, siedziba wydawnictwa, domy dla pielgrzymów, Niższe Seminarium Duchowne i jedyna na świecie zakonna straż pożarna.
Wszystko zaczęło się w 1927 roku. Książę Jan Drucki Lubecki podarował wtedy zakonowi Braci Mniejszych Konwentualnych, jak brzmi pełna nazwa franciszkanów noszących czarne habity przepasane białym sznurem, kawałek działki ze swojego majątku w Teresinie.
Ojciec Maksymilian Maria Kolbe, który kilkanaście lat później w Oświęcimiu pójdzie dobrowolnie na śmierć, żeby ocalić życie współwięźnia, rozpoczyna tutaj budowę klasztoru. Towarzyszących przyszłemu Świętemu dwudziestu zakonników z Grodna stawia na dawnych polach księcia Druckiego drewniane szopy i baraki mieszkalne.
"Dobrze byłoby pomyśleć i stworzyć coś w rodzaju straży, gdyż pożar na naszym terenie może powstać bardzo łatwo" - mówił do współbraci ojciec Maksymilian, przeor nowej wspólnoty.
Jako datę powstania zakonnej straży pożarnej w Niepokalanowie podaje się 2 lipca 1931 roku. - Pierwsza straż to była beczka z wodą na wózku i własnoręcznie zrobione bosaki - opowiada brat Janusz Kulak.
Na początku straż służyła samym zakonnikom. - Ale jak miejscowi dowiedzieli się, że w klasztorze są strażacy, to w razie jakiegoś pożaru zaraz pukali do furty i prosili o pomoc - mówi obecny prezes. - I tak nasza straż się rozrosła i zyskała coraz większą sławę w okolicy.
Partia się nie wtrącała
Brat Stanisław Jędrzejczak urodził się w 1920 roku. Do franciszkanów w Niepokalanowie wstąpił, jak miał siedemnaście lat. - Ojciec Maksymilian przyjmował mnie osobiście - mówi sędziwy zakonnik.
Zaraz po przyjściu do Niepokalanowa zaczął marzyć o wstąpieniu do straży. - Ja od małości lubiłem strażaków, bo taty konie należały do straży. Jak był gdzieś pożar, to potrafiłem kilka kilometrów biec, żeby zobaczyć, jak gaszą ogień - wspomina brat Stanisław.
Do niepokalanowskiej straży przyjęto go w 1941 roku. Część klasztoru zajmowali wtedy hitlerowcy. - Niemcy pozwalali utrzymywać straż i odnosili się do niej nawet z szacunkiem - opowiada brat Stanisław. Strażacy mieli nawet specjalne przepustki, żeby w czasie godziny policyjnej mogli jechać do pożaru. - Chyba, że Niemcy sami podpalili jakąś zagrodę w ramach prześladowań ludności. Wtedy nie wolno nam było gasić ognia.
Brat Stanisław jest teraz honorowym prezesem niepokalanowskiej straży. W przeszłości przez osiemnaście lat był sekretarzem Zarządu Gminnego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych. Na stanowisko to wybrano go po raz pierwszy pod koniec lat siedemdziesiątych. - Jeszcze w socjalistycznej Polsce - śmieje się zakonnik. - Sekretarz partii nie wtrącał się do straży - dodaje.
Brat Janusz Kulak: - Franciszkańska straż pożarna cieszyła się zawsze autorytetem w okolicy.
Brat Stanisław Jędrzejczak wspomina, jak w czasie jakiejś akcji świeżo upieczony strażak zakonny nie potrafił uruchomić pompy. "Pewnie komuniści nie pozwolili dać zakonnikom wody" - skomentowali to ludzie.
Habit i rogatywka
Kiedy odzywa się alarm, ojciec Bonawentura włącza stoper i liczy czas do wyjazdu załogi strażackiej. - Przeważnie mieszczą się w dwóch minutach - mówi.
W ciągu tych dwóch minut zakonnicy muszą przybiec do remizy, zrzucić z siebie habity, nałożyć strażackie ubranie, hełmy i zająć miejsca w wozie. - Najważniejsze, żeby wciągnąć spodnie i buty - opowiada brat Janusz. - Kurtkę można ubrać w samochodzie.
W czasie jazdy na sygnale zakonnicy odmawiają głośno modlitwę. - Modlimy się o pomoc w czasie akcji - opowiada prezes. - A po zakończeniu akcji za poszkodowanych i wszystkich strażaków.
Jeszcze do niedawna niepokalanowscy strażacy jeździli do ognia w zakonnych habitach. Nakładali na nie tylko grube ochronne fartuchy z bawełny. - Nigdy się nie zdarzyło, żeby komuś habit się nadpalił albo zaplątał przy wchodzeniu na drabinę - mówi brat Stanisław.
Sześć lat temu habity zastąpiono jednak kombinezonami. - Głównie ze względów bezpieczeństwa - tłumaczy brat Janusz.
Franciszkańscy strażacy nie noszą jednak paradnych mundurów, jak ich świeccy koledzy. W czasie uroczystości na zakonne habity zakładają tylko skórzane pasy, do których przypinają paradne toporki. Strój uzupełnia granatowa rogatywka.
Duma pani sekretarz
- To prawdziwi profesjonaliści. Są na każde wezwanie - chwali strażaków z Niepokalanowa kapitan Wiesław Gorzki, rzecznik prasowy komendanta powiatowego Państwowej Straży Pożarnej w Sochaczewie.
W tamtym roku franciszkańscy strażacy wyjeżdżali do akcji osiemdziesiąt razy. W tym - już ponad czterdzieści.
- Są naszą dumą - na potwierdzenie swych słów Anna Rybak, sekretarz gminy Teresin, na terenie której znajduje się niepokalanowski klasztor, pokazuje najnowszy folder. Napisano w nim, że od ponad 70 lat Bracia z Niepokalanowa "na sygnał syreny alarmowej spieszą z pomocą okolicznej ludności".
- Strażacy z Niepokalanowa, tak jak i cały klasztor, są wizytówką naszej gminy - mówi Anna Rybak.
Panią sekretarz nigdy nie dziwiło, że zakonnicy wsiadają do wozu strażackiego i jadą gasić pożar. - Jestem stąd, więc od dziecka wiedziałam, że w klasztorze jest straż pożarna - mówi. I dodaje: - To bardzo dobry pomysł, że głoszone przez siebie idee pomocy bliźniemu zakonnicy wcielają w życie.
Kot na drzewie
Strażacy z Niepokalanowa jeżdżą nie tylko do gaszenia ognia i wypadków drogowych. Kiedyś zostali poproszeni o zdjęcie z wysokiego drzewa dwóch kotów. - Wlazły nieboraki i bały się zejść. Ktoś usłyszał miauczenie i zadzwonił do nas - opowiada brat Janusz Kulak.
Sam wdrapał się po drabinie na drzewo i chwycił pierwszego nieszczęśnika. - Kociak był tak przerażony, że wbił się pazurkami w moją rękawicę i zaczął ją gryźć.
Po udanej akcji strażacy doszli do wniosku, że jak odjadą, wystraszone koty z powrotem uciekną na drzewo. Postanowili więc zabrać je do klasztoru.
- Prawdziwi franciszkanie - skomentowali ludzie.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













