usłyszał w mieszkaniu od żony
Dochodziło wpół do dziesiątej rano, kiedy ktoś gwałtownie zapukał do mieszkania.
Była pierwsza niedziela marca. Mariusz Królikowski, mieszkaniec kamienicy przy ulicy Działowej w Poznaniu, postanowił skorzystać ze świątecznego dnia i dłużej poleniuchować w łóżku. Kiedy usłyszał pukanie, nałożył szlafrok...
usłyszał w mieszkaniu od żony
Dochodziło wpół do dziesiątej rano, kiedy ktoś gwałtownie zapukał do mieszkania.
Była pierwsza niedziela marca. Mariusz Królikowski, mieszkaniec kamienicy przy ulicy Działowej w Poznaniu, postanowił skorzystać ze świątecznego dnia i dłużej poleniuchować w łóżku. Kiedy usłyszał pukanie, nałożył szlafrok i otworzył drzwi.
- Coś się pali! - usłyszał głos przerażonej sąsiadki. - W tym samym momencie poczułem swąd dymu - wspomina Królikowski, 41-letni, szczupły szatyn z wąsikiem.
Wskoczył do pokoju i pospiesznie włożył na siebie spodnie i sweter. - Chyba nigdy w życiu nie ubierałem się szybciej - opowiada.
Kiedy wybiegł na klatkę, sąsiedzi wiedzieli już, że pożar wybuchł w mieszkaniu dwojga staruszków na pierwszym piętrze. "O, Boże!" - pomyślał Królikowski i co sił w nogach ruszył schodami w górę.
Piekło na ziemi
Dziewięćdziesięciodwuletnia Emilia Pańska i dziewięćdziesięcioczteroletni Mieczysław Epsztejn zajmowali trzypokojowe mieszkanie pod numerem 72 od prawie pół wieku, kiedy po wojennej tułaczce osiedlili się w Poznaniu.
Jako Żydzi w czasie okupacji stracili najbliższych. - Mieciu patrzył, jak hitlerowcy spalili jego żonę i dwie córeczki, a na oczach Emy gestapowcy zastrzelili jej męża i synka - opowiada Alicja Kobus, przewodnicząca Wyznaniowej Gminy Żydowskiej w Poznaniu, która opiekowała się dwojgiem staruszków.
- Ci ludzie przeżyli na ziemi prawdziwie piekło - mówi Alicja Kobus. Rozmawiali o tym z nią niechętnie, "bo o takich sprawach trudno rozmawiać". Pan Mieczysław pokazywał jej kiedyś rany na swoich nogach. - Pamiątka po Syberii, gdzie jako zesłaniec pracował w kopalni - mówi Alicja Kobus.
Tam spotkał późniejszą towarzyszkę swego życia, Emilię Pańską. Oboje wrócili do Polski. Pracowali jako urzędnicy. Mieszkali samotnie, bo nie mieli nikogo z rodziny.
Alicja Kobus: - Ich najbliższą rodziną byli mieszkający w kamienicy sąsiedzi.
Dym gryzł
Mieszkająca piętro wyżej Małgorzata Rozłuska była w łazience, gdy poczuła swąd spalenizny. - Od razu pomyślałam, że to może u "Mietków" się pali - osiemdziesięcioletnia, energiczna kobieta tak nazywa dwoje staruszków.
Umyte włosy okręciła ręcznikiem i zadzwoniła. Telefon odebrał pan Mieczysław. - Mietek, czy u was się nie pali? - zapytała Rozłuska. Odpowiedzi nie było. W słuchawce usłyszała tylko błagalny, gasnący głos: "Małgosia, Małgosia".
Małgorzata Rozłuska przypomniała sobie, że ma klucz do swoich sąsiadów. Dali jej kiedyś, żeby podlewała kwiaty, kiedy wyjeżdżali na dłużej. Zeszła jak tylko mogła najszybciej na dół i otworzyła drzwi. - Zdołałam uchylić je tylko na dwadzieścia centymetrów, bo od wewnątrz zabezpieczone były dodatkowym łańcuszkiem - opowiada. - Przez szparę buchnął gryzący dym.
Cukierki na święta
Dochodząca do placu Wielkopolskiego ulica Działowa widnieje na dziewiętnastowiecznych planach Poznania. - Więc tamtejsze zabudowania musiały być dużo wcześniejsze - tłumaczy historyk sztuki profesor Jan Skuratowicz.
W lutym 1945 roku stojące przy Działowej kamienice strasznie ucierpiały. - Znajdowały się na linii ognia Armii Czerwonej, która ostrzeliwała broniących się na pobliskiej Cytadeli Niemców - opowiada profesor Skuratowicz.
Trzypiętrową kamienicę pod numerem dwudziestym, o elewacji w brzoskwiniowym kolorze, odbudowano na początku lat pięćdziesiątych. Osiem mieszkań, w nich kilkanaście osób. Prawie wszyscy mówią sobie po imieniu.
- My tu wszyscy żyjemy jak jedna rodzina - mówią mieszkańcy. Zostawiają sobie klucze, zapraszają się na kawę, na imieniny robią sobie prezenty.
Wszyscy szczególnie lubili Emilię Pańską i Mieczysława Epsztejna. - Od dziecka dostawałem od nich zawsze na święta paczkę z cukierkami - wspomina Jarosław Królikowski, osiemnastoletni syn pana Mariusza.
Dajcie mi latarkę
Kiedy Mariusz Królikowski dotarł na piętro, nie zastanawiał się ani chwili: pchnął z całej siły drzwi, żeby zerwać blokujący je łańcuszek i wbiegł do środka w poszukiwaniu dwojga staruszków. Nie wytrzymał długo. Zachłysnął się dymem i musiał wybiec na korytarz, żeby zaczerpnąć powietrza.
- Dajcie mi jakąś szmatę i latarkę, bo tam jest ciemno jak w jaskini! - krzyknął do stojących przed drzwiami kobiet.
Ktoś podał mu ręcznik, którym zasłonił sobie twarz przed gryzącym dymem. W drugiej trzymał latarkę. - Ale słabo świeciła i niewiele mi pomogła - wspomina. Po kilkudziesięciu sekundach wybiegł ponownie zaczerpnąć powietrza. W tym czasie ktoś otworzył wejściowe drzwi, żeby zrobić przeciąg.
Kiedy Królikowski wszedł po raz trzeci do mieszkania, usłyszał jakieś jęki. Po omacku, potykając się co rusz o jakieś przedmioty, zaczął iść w kierunku, skąd wzywano pomocy. Wtedy natknął się na leżącą na podłodze panią Emilię. Była nieprzytomna. Walcząc z gryzącym niemiłosiernie dymem, wyciągnął ją na klatkę schodową.
Królikowski wiedział, że czasu ma coraz mniej. Wszedł ponownie do mieszkania i chciał otworzyć okno, żeby wpuścić świeżego powietrza. Wtedy zobaczył leżącego Mieczysława Epsztejna. Nie wiedział, czy staruszek żyje. - Chwyciłem go pod ramiona i wyciągnąłem na korytarz - wspomina pan Mariusz.
Chciał jeszcze raz wejść do płonącego mieszkania, żeby próbować ugasić ogień, kiedy pojawili się strażacy. Pokazał im tylko zawór gazowy. Ogień szybko ugaszono. - Dzielnie się pan spisał - powiedział mu jeden ze strażaków biorących udział w akcji.
Kiedy strażacy gasili ogień, podjechała karetka i zabrała dwoje staruszków do szpitala.
Dyplom i kwiaty
Pięć dni po feralnej niedzieli Mariusz Królikowski przyszedł do siedziby Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej przy ulicy Masztalarskiej. Zastępca komendanta, młodszy brygadier Jerzy Ranecki wręczył mu dyplom.
"Działania Pana zasługują na najwyższy szacunek z naszej strony, gdyż po sprawnej interwencji Pana osoby te uniknęły bezpośredniego zagrożenia zdrowia i życia" - takie słowa znajdują się na dyplomie, który komendant Ranecki wręczył Królikowskiemu.
Razem z dyplomem dostał wiązankę z irysów, tulipanów i żonkili. Kwiaty dawno już zwiędły. Dyplom przechowuje "na szacownym miejscu".
Żona miała pretensje
- Nie uważam się wcale za bohatera - tłumaczy Królikowski, kiedy wspominamy w jego mieszkaniu wydarzenie z początku marca. - Tak trzeba było postąpić - ucina.
Po chwili: - Zresztą cała kamienica się wtedy spisała. Każdy robił, co mógł, a starsze panie jak łanie biegały po schodach, żeby tylko pomóc.
Spytałem go, czy nie bał się wchodzić do zadymionego mieszkania. - Nie myślałem wtedy o sobie, tylko o tym, jak pomóc tym staruszkom - odpowiedział.
- Dla mnie jesteś bohaterem - odzywa się Liliana Królikowska, żona pana Mariusza. - Nie każdy zareagowałby tak, jak ty.
Przyznaje, że tamtej niedzieli miała pretensje do męża za brawurę. - Przecież mogłeś zginąć - skrzyczała go, kiedy wrócił do mieszkania.
Żydowska modlitwa
W ciepły kwietniowy dzień rodzina, przyjaciele i sąsiedzi z kamienicy przy Działowej odprowadzili Mieczysława Epsztejna na Cmentarz Junikowski w Poznaniu. Zmarł miesiąc po pożarze. Nad jego grobem odmówiono po hebrajsku żydowską modlitwę za zmarłych "El mole rachamim".
- Nie miał woli życia - mówi Alicja Kobus. - Kiedy odzyskał przytomność i uświadomił sobie, co się stało z mieszkaniem, zamknął się w sobie i zgasł.
Emilia Pańska też nie wróciła do mieszkania na Działowej. Po wyjściu ze szpitala pojechała do Domu Opieki Społecznej w Śremie. Sąsiedzi wspominają, że była bardzo przygaszona i mało rozmowna. O pana Mieczysława nikogo nie pytała. - Mamy wrażenie, że ona o wszystkim wie, ale nic nie mówi. Tak jakby się od wszystkiego odcięła - twierdzi Małgorzata Rozłuska.
- Kiedy zawiozłam ją do Śremu, zapytała, czy z nią zostanę - mówi Alicja Kobus. - Szkoda, że pod koniec życia musiało spotkać ich jeszcze takie nieszczęście.
Mieczysław Epsztejn i Emilia Pańska często opowiadali Alicji Kobus o swoich sąsiadach. - Mówili mi, jacy są dla nich życzliwi i jak im pomagają. Przekonałam się, że mówili prawdę - stwierdza Alicja Kobus.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













