Po raz pierwszy w tej kadencji Sejmu opozycja wygrała głosowanie. Jego przedmiotem był wniosek o odrzucenie obywatelskiego projektu ustawy przewidującego zachowanie przez państwo większościowego pakietu akcji paliwowej Grupy Lotos. Przeciwko rządowi zgodnie zagłosowały wszystkie ugrupowania opozycyjne – Prawo i Sprawiedliwość, Solidarna Polska, SLD i… Ruch Palikota. O co chodzi z tym Lotosem?
Na Węgrzech jedną z pierwszych decyzji po dojściu do władzy premiera Victora Orbana było wykupienie węgierskiego koncernu naftowego MOL z rąk rosyjskiej kompanii Surgutnieftiegaz. Patrzmy, uczmy się i wyciągajmy wnioski, chciałoby się powiedzieć . Zwłaszcza jeśli pod prywatyzacyjny młotek ma iść nowoczesny i dobrze rokujący na przyszłość koncern paliwowy Lotos. W przypadku spółek o kluczowym strategicznym znaczeniu dla państwa trzeba się dwa razy dobrze zastanowić „komu”, „gdzie „ i „za ile”. Bo inaczej może się to skończyć tak, jak ze wspomnianym MOL-em, którego udziały kupiła austriacka spółki OMV, aby następnie odsprzedać je Rosjanom z Surgutnieftgazu. Czy grozi nam podobny scenariusz?
Biedni bogacze
Grupa Kapitałowa Lotos to nie jest uboga firma. Czyż może zresztą być nią drugi, po PKN Orlen, producent paliw w Polsce? Przede wszystkim jednak Lotos jest spółką newralgiczną dla państwa, zapewniającą kompleksowy dostęp do najważniejszych dóbr energetycznych: od poszukiwania i wydobywania ropy naftowej, poprzez jej przetwarzanie, aż po sprzedaż hurtową i detaliczną. Żeby jednak gdański koncern mógł skutecznie działać i konkurować na przeżywającym ogromny kryzys światowym rynku przetwórstwa ropy, musiał się zmodernizować. Spółka zaciągnęła więc potężny kredyt na realizację ambitnego „Programu 10+”. Dzięki temu wybudowano nowoczesne, zaawansowane technologicznie instalacje, pozwalające na zwiększenie zdolności przerobowych ropy naftowej z poziomu 6 mln ton do 10,5 mln ton. W ten sposób Lotos stał się jedną z najnowocześniejszych rafinerii świata. Tyle tylko, że taki skok do przodu musiał odbić się na finansach spółki. I nie chodzi tu nawet o samą dochodowość – bo Lotos nadal uznawany jest za firmę „na plusie”, z której Skarb Państwa otrzymuje co roku potężny zastrzyk finansowy (chociażby w postaci 12 mld zł tytułu VAT, akcyzy i podatku dochodowego). Prawdziwym problemem jest brak wystarczającego zapasu kapitałowego, który pozwoliłby spółce na ekspansywne działanie. Bo, jak słusznie zauważył ekspert paliwowy Andrzej Szczęśniak w wywiadzie udzielonym portalowi businessmen.pl, „wyzwanie dla tej inwestycji tkwi w wielkości koniecznych zasobów kapitału. Są one ogromne jak na spółkę, która jednocześnie prowadzi inwestycje w wydobycie ropy na morzu”. I z tego powodu, zdaniem Szczęśniaka, wzięła się pilna potrzeba znalezienia inwestora strategicznego „o głębokich kieszeniach” – najlepiej takiego, który ma i kapitał, i dostęp do własnych złóż ropy.
Prezes Lotosu Paweł Olechnowicz od lat snuje zresztą plany stworzenia czegoś na wzór
potężnego koncernu bałtyckiego, opartego na dwóch filarach: złożach ropy norweskiego Statoila oraz właśnie na nowoczesnej rafinerii gdańskiego Lotosu. Szkopuł w tym, że w czasach globalnego kryzysu – szczególnie bardzo odczuwanego właśnie w sektorze paliwowym – trudno o inwestycyjnego królewicza na białym koniu. I dlatego, kiedy Ministerstwo Skarbu ogłosiło szumnie, że szuka chętnych na zakup pakietu kontrolnego akcji Lotosu, zgłosili się jedynie… Rosjanie.
„Pewna ostrożność i powściągliwość”
A skoro są Rosjanie, to są i kłopoty. Nie, bynajmniej nie chodzi tu o forsowanie jakichś rusofobicznych postaw na zapas, tylko o dotychczasowe smutne doświadczenia państw byłego bloku sowieckiego we współpracy energetycznej z firmami dawnego wschodniego hegemona. Bo gdyby paliwowi oligarchowie ze wschodu działali jedynie na zasadzie czystego interesu ekonomicznego, można byłoby zaryzykować wejście w taki biznesowy układ – zapewne z korzyścią dla obu storn. Ale Rosjanie traktują od dawna sektor energetyczny jako bezpośredni i najskuteczniejszy środek realizacji swojej polityki imperialnej. Trzymanie ręki na gazowych i naftowych kurkach zapewnia im prawie nieograniczone możliwości wywierania nacisków, powiększania wpływów i dyscyplinowania potencjalnych niepokornych. „Uzależnienie energetyczne od Rosji” nie jest tylko pustym straszakiem, to bolesny fakt.
A tymczasem ta „oczywista oczywistość” nie dla wszystkich jest taka oczywista. Jeszcze w czerwcu ubiegłego roku premier Donald Tusk indagowany na temat potencjalnego inwestora strategicznego dla Lotosu mówił: „Polska nie może jako poważny partner kogoś z definicji wykluczać, bo ma taką czy inną narodowość. Będziemy oceniać ewentualnych inwestorów wyłącznie pod kątem naszego interesu narodowego i interesu samej firmy”. Ale żeby i wilk był syty i owca cała, dodał również: „ Ze względu na pozycje surowcową Rosji i na nasze częściowe – Bogu dzięki – tylko, ale jednak uzależnienie od strony rosyjskiej, wskazana jest pewna ostrożność i powściągliwość”. Pięknie, tylko że jedno wyklucza drugie. A już zupełnie irracjonalnie zabrzmiała wypowiedź rzecznika rządu Pawła Grasia, który na antenie Radia ZET stwierdził: „Wykluczenie Rosjan z prywatyzacji Lotosu byłoby bardzo szkodliwe, bo to oznacza obniżenie ceny, a to jest działanie na szkodę spółki i na szkodę państwa”.
Przez długi czas w ogóle zresztą nie było wiadomo, kto kręci się wokół kupna gdańskiego koncernu. Do tego stopnia, że w końcu sam wicepremier Waldemar Pawlak zaapelował do ówczesnego ministra skarbu Aleksandra Grada o bardziej otwarte informowanie opinii publicznej o szczegółach prywatyzacji Lotosu, stwierdzając, że toczy się ona w „tajemniczych okolicznościach”. Rąbka tajemnicy uchyliła dopiero rosyjska gazeta „Kommiersant”, podając, że wstępne zainteresowanie kupnem akcji Lotosu wyraził TNK-BP – trzeci pod względem wielkości koncern paliwowy w Rosji. Co prawda połowa jego akcji należy do brytyjskiego BP, ale resztę dzierżą w swoich rekach wierni Kremlowi oligarchowie: Michaił Fridman, Wiktor Wekselberg i Leonard Bławatnik. Potem na dziennikarskiej giełdzie pojawiły się jeszcze dwie inne rosyjskie spółki: Gazpromnieft i Rosnieft.
Koniec końców do niczego nie doszło. W grudniu zeszłego roku proces prywatyzacji Lotosu zakończył się bez rozstrzygnięcia, bo do resortu skarbu nie wpłynęła żadna oferta wiążąca w sprawie zakupu akcji gdańskiej rafinerii. Kryzys na rynku paliwowym okazał się silniejszy. Ale to wcale nie oznacza, że Rosjanie definitywnie zrezygnowali z kupna Lotosu. Co najwyżej czekają na lepsze czasy.
„Zaskok” w parlamencie
Pytanie więc, co dalej z gdańskim koncernem? Co prawda rząd ogłosił już, że Lotosu nie ma w planie prywatyzacyjnym na lata 2012–2013, no ale gdyby pojawił się nagle poważny inwestor z dużym kapitałem, to kto wie…
Najważniejsze jednak, że sprawa prywatyzacji Lotosu stała się w końcu przedmiotem poważnej publicznej dyskusji. Wszystko dzięki obywatelskiemu projektowi ustawy o zachowaniu przez państwo większościowego pakietu akcji Grupy Lotos, pod którym zebrano 150 tys. podpisów. Ciekawie było zwłaszcza podczas sejmowego głosowania w sprawie podtrzymania ustawy i skierowania jej do dalszych prac w komisji skarbu. Za takim rozwiązaniem opowiedziała się w komplecie cała opozycja – od PiS-u aż po Ruch Palikota – dzięki czemu, po raz pierwszy w tej kadencji, wygrała arytmetyczne starcie w Sejmie. Poparcie (lub co najmniej życzliwą neutralność) dla obywatelskiego wniosku zadeklarowała także część posłów koalicyjnego PSL-u, a nawet trzech wstrzymujących się od głosu parlamentarzystów z PO.
Tak czy owak, najgorszą rzeczą w przypadku Lotosu jest dziś pośpiech. „Z punktu widzenia naszej firmy nie ma żadnej pilnej konieczności przyspieszania procesu prywatyzacji (…). Mamy program rozwoju, mamy wszelkie warunki jego realizacji, umacniamy pozycję rynkową. Kiedyś przełoży się to na wielkie pieniądze dla Skarbu Państwa” – stwierdził prezes koncernu Paweł Olechnowicz w wypowiedzi dla jednego z portali internetowych. Dość powiedzieć, że Lotos ma 7 koncesji na prowadzenie poszukiwań gazu łupkowego, a w styczniu tego roku gdańska rafineria przerobiła rekordowe 786 tys. ton ropy naftowej …
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













