Logo Przewdonik Katolicki

Ładny gips

Barbara Sawic
Fot.

Wszystko zaczęło się we wrześniowy czwartkowy wieczór 2010 r., a działo się w Warszawie. Mój kolega Stefan (powszechnie nazywany Dzikiem) wracał do domu. Obok domu towarowego Smyk zatrzymał się na przejściu dla pieszych. Ruszył naprzód, gdy pojawiło się zielone światło.

 

Stefan zostaje ofiarą

Gdy znajdował się na środku przejścia, zza zakrętu wyjechało auto. Kierowca najwyraźniej chciał przejechać przed zmianą świateł. Pieszy zorientował się w jego zamiarach (trwało to krócej niż przeczytanie tego zdania) i cofnął się nieco. Niestety, auto przejechało po jego prawej stopie i pomknęło w kierunku mostu Poniatowskiego. Dzik pomyślał: „Żyję, nic się nie stało, to tylko zbite mięśnie”. Stróża prawa przy zdarzeniu nie było; poszkodowany dostrzegł tylko kamerę monitoringu. Dokuśtykał na komendę policji, która mieści się  obok jego domu przy ul. Wilczej (co trwało znacznie dłużej niż przeczytanie całego tego tekstu). Zgłosił zdarzenie policjantowi, który uprzejmie się zdziwił: „Jak to, samochód po panu przejechał, a pan na komendę przyszedł?” Pytanie: „Gdzie byliście, gdy to się działo?, funkcjonariusz zbył milczeniem.

 

Ofiara zostaje pacjentem

Mój kolega poszedł do domu. Po godzinie okazało się, że z nogą jest źle. Puchła mimo okładu. Wraz z mamą zdecydował, że czas udać się do szpitala pełniącego ostry dyżur. Zatem – kuśtykanie po schodach (czwarte piętro w przedwojennej kamienicy bez windy), jazda taksówką. Każdy ruch sprawiał ból. W Szpitalu Klinicznym Dzieciątka Jezus założono Dzikowi kartę chorego, następnie ktoś poszedł zbudzić lekarza dyżurnego. Medyk, być może pochodzący z pachnącej korzeniami Arabii, może z Palestyny lub Syrii (cierpiącemu miło było myśleć, że może to chrześcijanin z Libanu), skierował go do drugiego „wybudzonego” lekarza, na rentgen. Orzeczenie po oględzinach zdjęcia: trzy złamania środstopia; dwa poprzeczne, jedno wzdłużne. Trzeci „wybudzony” medyk nastawił stopę, nałożył gips i oddał pacjenta w ręce kolegi (być może Libańczyka). Ten zapisał – na receptę, a jakże – kilka leków, w tym zastrzyki.

 

Pacjent zostaje ofiarą

Jako że dochodziła godz. 2 w nocy, leków nie można było kupić. W szpitalu apteki nie uświadczysz, a nawet gdyby była, to dzień wcześniej weszła w życie ustawa zakazująca aptekom szpitalnym nocnej sprzedaży. Ofiara wypadku z pomocą matki wróciła taksówką do domu, gdzie czekali do godz. 6.30, tj. do otwarcia apteki. Zażycie lekarstw uśmierzyło nieco ból. O godz. 8 Stefan poinformował przez telefon o zdarzeniu swego pracodawcę. Gdy zasnął, mama pożyczyła od kogoś kule ortopedyczne dla niego.

 

Biurokracja górą

W poniedziałek 13 września, zgodnie z zaleceniem lekarza (Arabia, Palestyna, Syria, może Liban) pacjent zgłosił się do poradni urazowo-ortopedycznej Szpitala Dzieciątka Jezus. O godz. 7.30 jego mama była pięćdziesiąta w kolejce do rejestracji, on – dwudziesty w kolejce do rtg. Dalej kolejki: po odbiór zdjęcia, do lekarza, do punktu wydawania zwolnień lekarskich... Tu o godz. 13 Dzik dowiedział się, że zabrakło druków. Pielęgniarka poprosiła, aby przyszedł jutro i uprzejmie wręczyła kartkę z numerem telefonu.

Kodeks pracy wyznacza siedem dni na dostarczenie zwolnienia lekarskiego. Widząc zdenerwowanie syna, mama „urwała się” nazajutrz z pracy. Pojechali po odbiór dokumentu. Że można odebrać, wiadomo było około południa, po dziesięciu telefonach. Z przychodni – do miejsca pracy, gdzie koledzy i przełożona nie szczędzili wyrazów wsparcia i troski. Zwolnienie złożono (sześć tygodni) i do domu.

Dalej opowieść toczy się jak z górki. Co dwa tygodnie kontrola. Czyli koszmar stromych schodów, kolejki: do rejestracji i do lekarza kierującego na rentgen, kolejka do zdjęcia, oczekiwanie na odbiór, wejście bez kolejki do lekarza i po chwili słowa: „Zapraszam na kontrolę za dwa tygodnie”.

 

Spera in Domine (złóż nadzieję w Panu)

18 października zdjęto Dzikowi gips (nie doszło do obiecanej wcześniej zamiany na gips bardziej elastyczny, widocznie zabrakło pieniędzy na ekstrawagancję). Teraz mógł się poruszać, używając tylko jednej kuli. Zwolnienie kończyło się 31 października i nasz bohater zamierzał 2 listopada stawić się do pracy. Tymczasem pracodawca listem poleconym za potwierdzeniem odbioru skierował go na badania kontrolne...  Ale to już całkiem nowa historia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki