Jeden czeka złożony na części u prywatnego właściciela na lepsze czasy. Inny, niedawno odreastaurowany, stoi wprawdzie w muzeum, ale przynajmniej jest uruchomiony. Trzeci z kolei też znajduje się w przestrzeni muzealnej, która niestety odziera go skutecznie z tajemniczości i piękna. Czwarty za to jest jedynym na świecie, który działa w tym samym miejscu od początku, czyli od roku 1905. Ich oryginalność polega na tym, że wszystkie powstały w czasach, gdy fotoplastikon przeżywał swoje najlepsze lata. Niektórzy miłośnicy tego wynalazku próbowali wykonać rekonstrukcje i tych jest w Europie całkiem sporo. Jednak oryginałami może poszczycić się tylko kilka miast, w tym Poznań, Łódź i Warszawa. Fotoplastikon to coś takiego, co można usytuować pomiędzy zwykłą fotografią a kinem. Na przełomie XIX i XX w. w Europie takie miejsca powstawały jak grzyby po deszczu. Trójwymiarowe zdjęcia dawały iluzję przenoszenia się w przestrzeni. Moda na fotoplastikon nie trwała jednak długo, bowiem bracia Lumière wynaleźli kinematograf i to kino całkowicie zawładnęło wyobraźnią. Dziwna drewniana beczka do prezentowania stereoskopowych fotografii szybko zaczęła wydawać się staroświecka. Niewiele egzemplarzy przetrwało obie wojny. W II poł. XX w. traktowano ów wynalazek jako przestarzały, a jego miejsce widziano co najwyżej w muzeach. Tymczasem XXI w. w swojej tendencji do zamiłowania do przeszłości odkrył fotoplastikon i jego możliwości na nowo. Fotoplastikony stają się przedmiotami kultowymi, a oglądanie fotografii w trójwymiarze w otoczeniu oldschoolowych przedmiotów i przy dźwiękach muzyki z okresu międzywojnia – modnym spędzaniem czasu.
„Jarmarczna rozrywka”
Bilet nie był nigdy drogi. Zwykły szary człowiek, nawet taki chwilowo bez pracy, mógł za grosze na moment przenieść się za oceany. Nigdy nie byłoby go stać na dalekie podróże, tymczasem przez kilka minut mógł wyobrazić sobie, że stoi na środku paryskiej ulicy lub leży pod palmą na jakiejś tropikalnej plaży. Tak było kiedyś w podwórzu czynszowej kamienicy przy Alejach Jerozolimskich w Warszawie. Dziś pod tym samym adresem, za jedyne 4 zł możemy się przenieść w epokę naszych pradziadków.
Najpierw jednak wynaleziono fotografię stereoskopową, czyli trójwymiarową. W 1833 r. po raz pierwszy uczeni zrozumieli, że przestrzenne widzenie związane jest z posiadaniem pary oczu: obrazy rejestrowane przez każde oko są dwuwymiarowe i dopiero po nałożeniu ich na siebie uzyskiwany jest efekt przestrzenny. W 1849 r. został skonstruowany stereoskopowy aparat fotograficzny, który wykonywał zdjęcia za pomocą dwóch obiektywów. Oddalone były od siebie tak jak oczy, mniej więcej o 65 mm. Można już było wykonywać stereoskopowe fotografie, ale jak je oglądać? Umożliwił to wynalazek Amerykanina, Oliviera Wendella Holmesa – lekki przenośny stereoskop, podobny do tych, które znamy z dzieciństwa (oglądaliśmy bajki na przeźroczach przez specjalne plastikowe okulary). Był rok 1861 i trójwymiarowe fotografie było można oglądać jedynie w bogatszych domach. Wkrótce urządzenie do zbiorowego oglądania takich zdjęć trafiło na jarmarki odwiedzane przez ludzi różnych klas społecznych. Stało się to dzięki Aloisowi Polaneckiemu, który skonstruował urządznie złożone z 25 stereoskopów wmontowanych w wieloboczną obudowę. Z takimi „salonami” jeździł po jarmarkach – to właśnie z tego powodu fotoplastikony zyskały przydomek „jarmarcznej rozrywki”. Dwadzieścia lat później ten wynalazek zainspirował Berlińczyka, Augusta Fuhrmanna, właściciela przdsiębiostwa Kaiser-Panorama. To on, udoskonalając wynalazek Polaneckiego, zbudował pierwsze fotoplastikony, które zwano „kaiserpanoramami”, czyli panoramami cesarskimi.
Kaiserpanorama
Kaiserpanorama Fuhrmanna pozwalała na jednoczesne oglądanie trójwymiarowych zdjęć 25 osobom. Pierwsza została wybudowana we Wrocławiu w 1880 r. Wieloboczny drewniany bęben miał średnicę 3,75 m. Dookoła rozmieszczono 25 wizjerów dla widzów, którzy mogli oglądać 50 par zdjęć stereoskopowych. Pierścień ze zdjęciami umieszczony był wewnątrz konstrukcji, a uruchamiał go mechanizm zegarowy. Fotografie zapisane na szklanych płytkach były od wewnątrz podświetlane, co zwiększało efekt trójwymiarowości. Fuhrmann stworzył wielkie przedsiębiorstwo medialne, założył mnóstwo filii w miastach niemieckich i należących do Cesarstwa Austro-Węgierskiego. W 1889 r. istniało w Europie 38 placówek, a 20 lat później już 250! Otworzył też wypożyczalnie przeźroczy i organizował wyprawy fotografów do odległych krajów. Podobno zgromadził aż 150 tys. fotografii trójwymiarowych. Od lat 20. XX w. fotoplastikony zaczęły znikać. Ostatnia kaiserkamera w Berlinie została zamknięta w 1939 r. Do roku 1955 działał fotoplastikon w Wiedniu. Do dziś fotoplastikon warszawski jest jedynym działającym w tym samym miejscu od momentu powstania.
Wehikuł czasu
Fotoplastikon warszawski pochodzi z 1905 r. Przetrwał I wojnę światową i dotrwał do II wojny. Wiadomo z licznych wspomnień, że wówczas lokal Fotoplastikonu wykorzystywano do celów konspiracyjnych. Niemcy najwidoczniej pogardzali już tym urządzeniem, skoro nie wpadli na pomysł agitacji za jego pomocą. Swobodnie można było więc w fotoplastikonie konspirować. Przerwał działalność dopiero w czasie powstania warszawskiego, ale już rok później został otwarty. Wśród ruin pokazywał kolorowe zdjęcia z innych czasów, dając ludziom wiele nadziei. Potem nadszedł zły czas i mimo że w 1987 r. warszawski fotoplastikon wpisano na listę zabytków, to dopiero w XXI w. został on uznany przez mieszkańców stolicy za magiczne miejsce Warszawy. Niemała w tym zasługa byłego właściciela, Tomasza Chudego, który odnowił pomieszczenie, odrestaurował urządzenie i uporządkował zbiór fotografii. Dziś fotoplastikonem opiekuje się Muzeum Powstania Warszawskiego. Zachowano przedwojenny klimat, wnętrze przywołuje atmosferę dawnej Warszawy, a gdy dodać do tego nostalgiczne pokazy, naprawdę możemy mówić o wehikule czasu.
Warto wspomnieć o fotoplastikonie, który stoi w Muzeum Kinematografii w Łodzi. Ten zabytek ma ponad 100 lat i przyjechał tu z Kielc. Niedawno odrestaurowano go i uruchomiono. Zachowały się komplety fotografii ze świata, ale nie z Łodzi. Dziś można obejrzeć także pokazy trójwymiarowych łódzkich zabytków sfotografowanych zaledwie kilka lat temu. Okazało się, że istnieją miłośnicy fotografii, którzy wyposażeni w stary sprzęt do robienia zdjęć stereoskopowych, potrafią wykonać zdjęcia nadające się do pokazania w ponad stuletniej maszynie! Takiego szczęścia nie ma fotoplastikon poznański. Kiedyś dostępny w kamienicy przy ul. Święty Marcin, dziś leży rozłożony na części, a jego właściciel, Antoni Ruta, który odziedziczył maszynę po rodzicach, nie ma gdzie go zaprezentować. W 2009 r. pokazano go w Starym Browarze podczas Biennale Fotografii i wzbudził ogromne zainteresowanie. Szkoda, że nie jest dostępny na co dzień w taki sposób jak warszawski. Byłby niemałą atrakcją turystyczną na skalę światową. Oryginalnych fotoplastikonów przetrwało bowiem na świecie naprawdę niewiele.