Logo Przewdonik Katolicki

Długa surowa zima

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Bez wolności religijnej, bez szans na dobrą pracę. Za to prawie na pewno z pustym brzuchem i realną groźbą dokonania żywota w którymś z obozów pracy. Ot, życie katolików za azjatycką żelazną kurtyną.

 

Prześladowanie chrześcijan kojarzy się nam dziś głównie z opresją w państwach islamu. Pakistan, Irak, Egipt, Afganistan – te nazwy wymieniamy jednym tchem. Owszem, czasami dochodzi do nas to i owo z Wietnamu, Korei Północnej albo z Chin, ale traktujemy te doniesienia trochę „lajtowo”, przykładając do nich mniejszy ciężar gatunkowy. Zupełnie niesłusznie. Wystarczy prześledzić informacje agencyjne z ostatnich kilkunastu tygodni, aby przerazić się skalą antychrześcijańskiej przemocy w azjatyckich Krajach Ryżu.

 

Chiny – droga niezależna od Piotra

Scenariusz jak z niskobudżetowego filmu sensacyjnego: w środku nocy policja porywa czterech biskupów, aby zmusić ich do udziału w – uznanych przez Kościół za nielegalne – święceniach biskupich jednego z kapłanów namaszczonych przez władzę. Wszyscy znikają bez śladu: nie wiadomo gdzie są, nie wiadomo, czy żyją, nie wiadomo, kto jeszcze podzieli ich los. Inni biskupi chronieni są z kolei przez kordon wiernych, czuwających dzień i noc w obawie przed atakiem „nieznanych sprawców”. Tylko że wszystko to jest prawdą. Rzecz działa się na początku lipca w prowincji Guangdong tuż przed świeceniami biskupimi „patriotycznego” księdza Josepha Huanga Bingzhanga.

Od kilku miesięcy i tak nie najlepsze już stosunki między Stolicą Apostolską a Pekinem uległy gwałtownemu pogorszeniu. Chińska władza nie uznaje żadnej sfery, która pozostawałaby poza jej kontrolą. Niezależny Kościół Katolicki – to się nie mieści w głowach tamtejszych partyjnych aparatczyków. Jedyną dopuszczalną formą wyznawania katolicyzmu jest działalność w ramach koncesjonowanego Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich, lojalnego wobec „porządku prawnego Chińskiej Republiki Ludowej”. Natomiast członkowie podziemnego „Kościoła katakumbowego”,  pozostającego w sukcesji apostolskiej z Watykanem, są zastraszani, bici, nękani profilaktycznymi aresztowaniami na 48 godzin, a  najbardziej niepokorni zsyłani do cieszących się ponurą sławą laogai – reedukacyjnych obozów pracy przymusowej, którym bliżej jednak do rzeczywistości obozów koncentracyjnych. Powodem represji może być dosłownie wszystko. Ot, choćby taka „zbrodnia przeciw ustrojowi” jak rekolekcje kapłańskie, prowadzone w domu prywatnym. Właśnie na takiej podstawie aresztowano jako „włamywacza” ks. Wang Chengli – administratora wschodniochińskiej diecezji Heze – oraz trzech innych kapłanów. Jego los pozostaje nieznany.

W ostatnich tygodniach Pekin nasilił jednak przede wszystkim działania obliczone na rozbicie jedności chińskich katolików. Zaplanowana została cała seria święceń biskupich bez zgody papieża. 29 czerwca nielegalną sakrę biskupią przyjął ks. Paul Lei Shiyino, a dwa tygodnie później  ks. Joseph Huang Bingzhanga. Obaj kapłani zaciągnęli na siebie w ten sposób karę ekskomuniki. Państwowa Administracja dla Spraw Religijnych oświadczyła, że nałożenie kar kościelnych na nowych „biskupów” jest  „nierozważne”, „brutalne” i „poważnie godzące” w chińskich katolików. „Historia dowiodła, że Kościół katolicki w Chinach nie ugnie się przed groźbami Watykanu, a większość duchowieństwa i wiernych zdecydowanie wybierze drogę niezależności w wybieraniu i święceniu biskupów” – stwierdził Pekin.

Tymczasem Patriotyczne Stowarzyszenie Katolików Chińskich zapowiada rychłe obsadzenie lojalnymi wobec Pekinu księżmi kolejnych 40 wakujących stolic biskupich. W odpowiedzi rzecznik Stolicy Apostolskiej ks. Federico Lombardi stwierdził, że święcenia kapłanów, którzy przyjęli sakrę biskupią bez zgody papieża, to „nowa rana” zadana Kościołowi katolickiemu w Chinach. Ojciec Święty Benedykt XVI wezwał natomiast wszystkich wiernych do modlitwy za miejscowych katolików, aby „ich pragnienie trwania w jednym Kościele powszechnym było silniejsze od pokusy drogi niezależnej od Piotra”.

 

Wietnam – tu nie ma katolików

Wietnamska rzeczywistość jest trochę podobna do chińskiej polityki religijnej sprzed 1989 r. Chiny kontrolują dziś dla samej potrzeby kontroli, a w Wietnamie prześladuje się chrześcijan, ponieważ ateizm stanowi tam nadal ważny element oficjalnej doktryny państwowej. To kraj, który tkwi nadal głęboko w czasach komunistycznej walki z „opium dla mas”.

Symbolem martyrologii wietnamskiego Kościoła stała się wioska Con Dau w diecezji Da Nang. Głośno zrobiło się o tym miejscu rok temu, kiedy tamtejsi katolicy zostali spacyfikowani przez służbę bezpieczeństwa za swój sprzeciw wobec próby zajęcia własności kościelnej i zniszczenia miejscowego cmentarza. Część parafian została uznana za „wrogów ludu” i zesłana do obozów pracy. Inni uciekli z kraju w obawie przed represjami. Ci stracili wszystko, a ich domy zajęli „lojalni obywatele Socjalistycznej Republiki Wietnamu”.

Tym, którzy zostali w Con Dau, grozi eksmisja. Już teraz burzy się domy, w których mieszka 2 tys. katolików oraz miejscowy 135-letni kościół parafialny. Biczem na niepokornych chrześcijan jest bowiem w Wietnamie prawo o gruntach, zezwalające władzy na całkowicie bezkarne wyrzucenie ludzi z dnia na dzień na bruk. A władza zadecydowała, że na miejscu zrównanej z ziemią wioski Con Dau powstanie biznesowy „projekt ekoturystyczny”.

Tutaj również próbuje się stworzyć model Kościoła równoległego, bazującego na formacji „księży patriotów”. Ceną za przywileje i parasol bezpieczeństwa ze strony władz jest oczywiście bezgraniczna lojalność wobec dziedziców Ho Chi Minha. Najbardziej zasłużeni „patriotyczni kapłani” mogą nawet dostąpić zaszczytu udziału w wietnamskim wariancie „demokracji”. Tak stało się pod koniec maja, kiedy siedmiu księży „patriotów” zostało wybranych w głosowaniu do parlamentu i rad kilku prowincji.

Zdecydowanie najskuteczniejszą formą kontroli katolików jest jednak „dystrybucja sakramentów” – bo to władza określa, gdzie może powstać świątynia i gdzie mogą działać kapłani. Przy czym z ust wietnamskiego urzędnika słychać najczęściej: „Na terenie prowincji X nie ma oficjalnie żadnych katolików, dlatego nie ma dla kogo wydawać zezwolenia”. Tak jest choćby w trzech prowincjach: Lai Chau, Dien Bien i Son La. Na tych terenach obowiązuje całkowity zakaz działalności katolickich duchownych.

 

Korea Północna – trzy czwarte w więzieniach

To państwo stanowi przypadek szczególny, nawet na tle brutalności chińskiego i wietnamskiego reżimu. „W żadnym innym kraju na świecie chrześcijanie nie są w sposób równie bezwzględny prześladowani jak to ma miejsce w Korei Północnej” – możemy przeczytać w ubiegłorocznym raporcie ma temat łamania wolności religijnej na świecie opracowanym przez organizację chrześcijańską „Open Doors”. Skąpe informacje docierające zza koreańskiej żelaznej kurtyny są wstrząsające. Kilka tygodni temu protestancki pastor Lim Chang Ho podał, że w Korei Północnej żyje nadal ok. 40 tys. chrześcijan, z czego absolutna większość – 30 tys. osób – uwięziona jest w łagrach! Tyle że przypadku tego kraju trudno o jakiekolwiek wiarygodne dane. Być może więc w więzieniach siedzą dziś wszyscy chrześcijanie, a być może nie ma ich już tam w ogóle. Włoska agencja misyjna AsiaNews powołuje się nawet na informatorów przekonujących, że w północnej Korei pozostała tylko 200-osobowa garstka wiernych w bardzo podeszłym wieku.

Nie wiadomo też, czy są tam jacyś kapłani. Oficjalnie administratorem apostolskim Phenianu jest co prawda arcybiskup Seulu, kard. Nicholas Cheong Jinsuk, ale nie ma on prawa wstępu na terytorium Korei Północnej.

Miejscowi chrześcijanie zmuszeni są wyznawać nie tyle nawet urzędowy ateizm, co niemalże boski kult komunistycznych satrapów z dynastii zapoczątkowanej prze Kim Ir Sena.

Każdy, kto wierzy w cokolwiek innego, zostaje automatycznie zaklasyfikowany jako „wróg  ustroju”, co sprawia, że jego szanse na przeżycie drastycznie maleją. To praktycznie dobrowolne skazanie się na śmierć głodową. A jak pisze swoim raporcie Open Doors, „w sytuacji powszechnego braku wolności praktycznie każde działanie da się zakwalifikować jako <<zbrodnię przeciwko narodowi>>”. Jednym z takich „przestępców” stał się jakiś czas temu amerykański misjonarz Eddie Jun Yong-su. Komunistyczna władza uznała, że dopuścił się on „zbrodni przeciwko Korei Północnej” ponieważ przyjechał jako biznesmen, a w rzeczywistości zajmował się „działalnością misyjną i prozelityzmem”. Amerykanin koreańskiego pochodzenia spędził w koreańskim więzieniu ponad pół roku i dopiero kilka tygodni temu, po interwencji specjalnego wysłannika rządu USA, został wypuszczony na wolność.

Ale nawet w tak stalinowskich warunkach jakie panują w Korei – nie mówiąc już o nieco łagodniejszej rzeczywistości Wietnamu czy w Chin – dochodzi do nowych nawróceń i wzrostu liczby „podziemnych” wiernych. Jak wyjaśnić ten fenomen? Najlepiej słowami emerytowanego biskupa Hongkongu, kard. Josepha Zen Ze-kiuna: „Nikt nie wie, jak długo będzie trwała surowa zima, ale nasi wierni się nie lękają. Swój lęk przezwyciężą wiarą i modlitwą, która da im siłę, by naśladować męczenników i niezliczonych żyjących bohaterów wiary, aby dawać mężne świadectwo zmartwychwstałemu Panu”.

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki