Logo Przewdonik Katolicki

Poruszyli niebo i ziemię

Kamila Tobolska
Fot.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów, jakie dała nam naprotechnologia − tak uważa coraz więcej polskich małżeństw, które dzięki niej w końcu doczekały się upragnionego dziecka. Swoimi historiami podzielili się z nami rodzice Kamilki i Bartka.


 

Wyczekana i wymodlona

Anię i Marka Turowskich, małżonków z czteroletnim stażem, odwiedzam w ich mieszkaniu na wrocławskim osiedlu Gądów. Kiedy wchodzimy po schodach, Marek pokazuje mi stojący na półpiętrze dziecięcy wózek. – Tu parkujemy nasz pojazd – mówi z dumą. W pokoju gościnnym Ania właśnie karmi piersią niespełna dwumiesięczną kruszynkę. – To nasza wyczekana i wymodlona Kamilka – przedstawia córeczkę świeżo upieczona mama. – Tak naprawdę mamy ją dzięki temu, że czytam „Nasz Dziennik” – dodaje żartobliwie Marek. To właśnie z tego pisma dowiedział się o istnieniu naprotechnologii i zaczął zgłębiać ten temat. – Byłem w takim momencie życia, że czasami miałem wrażenie, że zmagam się z czymś nie do pokonania. Mimo obserwacji płodności, które Ania prowadziła już przed ślubem, i rocznych, intensywnych starań, nie mogliśmy bowiem zostać rodzicami – wspomina.

 

„Napro” to coś dla nas

Ania, jak przyznaje, na początku była raczej dość sceptycznie nastawiona do naprotechnologii. Dlatego Marek wracając z podróży służbowej, zdecydował się sam odwiedzić instruktorkę w podpoznańskim Puszczykowie. – Jeśli chodzi o naprotechnologię, południowy zachód naszego kraju to „biała plama”. Wyszukałem więc najbliższą mi geograficznie instruktorkę i nie ukrywam, że była zdziwiona, kiedy zobaczyła samego mężczyznę. To było w listopadzie 2009 r. – opowiada. Już w grudniu pojechali tam razem. – Marek zaciekawił mnie na tyle, iż stwierdziłam, że nie zaszkodzi spotkać się i porozmawiać, tym bardziej że pierwsze spotkanie jest niezobowiązujące – przyznaje Ania. − Po sesji wprowadzającej stwierdziliśmy, że „napro” to jest coś dla nas. Może tak do końca Anię przekonało to, że prowadząc obserwacje, nie trzeba używać termometru. Ona nie lubiła mierzyć temperatury – mówi jej mąż ze śmiechem, a Ania zaznacza, że obserwacje według modelu Creightona również na początku nie były łatwe i że należy ich dokonywać wiele razy dziennie. − Decydując się na coś, trzeba mieć jednak świadomość, że wiąże się to z jakimiś wymaganiami – stwierdza. Marek, tak jak zaleca naprotechnologia, pomagał żonie w wypełnianiu kart obserwacji. − Ta metoda sprzyja komunikacji małżeńskiej. Sprawia bowiem, że trzeba ze sobą dużo rozmawiać − zauważa, dodając, że zadbał też o zbadanie swojej płodności. – Na szczęście parametry nasienia były w normie, chociaż nie były rewelacyjne – wyznaje Marek.

 

Świadoma tego, co się dzieje

Wiosną, oprócz spotkań z instruktorką, zaczęły się również ich regularne wizyty u ginekologa zajmującego się naprotechnologią w Lublinie. Po badaniu ginekologicznym i przeprowadzonych w kolejnym cyklu różnych badaniach lekarz zalecił Ani kurację farmakologiczną, a Markowi suplementy poprawiające jakość nasienia, obojgu natomiast przejście na specjalną dietę. − Przyznam, że w trakcie leczenia zdarzały nam się kryzysy. Ale wytrwaliśmy dzięki naszej instruktorce, która w tym czasie nas wspierała – podkreśla Ania. − Mój cykl był strasznie rozregulowany, a do tego okazało się, że często nie dochodziło do owulacji – dodaje.

W październiku, krótko po kolejnej wizycie u lekarza, okazało się, że poczęło się dziecko. – Zgodnie z zaleceniem doktora, od razu zbadałam poziom progesteronu, który okazał się bardzo niski. Prawdopodobnie tylko dzięki szybkiemu podaniu leków nie doszło do poronienia – wspomina. Zresztą poziom hormonów Ania musiała regularnie badać prawie przez cały okres ciąży.

− Starając się o dziecko, naprawdę poruszyliśmy niebo i ziemię. Poruszeniem ziemi nazwałbym naprotechnologię, a nieba – modlitwę wielu osób, a zwłaszcza o. Ricardo Argañaraza, założyciela wspólnoty Koinonia Jan Chrzciciel, do której należymy. Bardzo nas ona umacniała na duchu – przekonuje Marek.

Kamilka urodziła się 22 czerwca. Ania planuje wkrótce wrócić do obserwacji według modelu Creightona. – Dają one kobiecie poczucie kontroli nad własnym ciałem i większą świadomość tego, co się z nim dzieje – stwierdza.

 

Nowy etap życia

Małgosia i Maciej Kłopot mieszkają w Przylepie k. Zielonej Góry. Pobrali się dokładnie sześć lat temu, ale, jak przyznają, wcześniej przez osiem lat żyli w związku niesakramentalnym. − Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że to jest niewłaściwe. Wówczas też nie planowaliśmy dzieci. Żyliśmy tak po prostu sami dla siebie – mówi Maciej. − Rodzice jednak trochę naciskali i było nam wstyd przed sąsiadami, a trochę też poczuliśmy pragnienie ustatkowania się, więc zdecydowaliśmy się na zawarcie małżeństwa – dodaje Małgosia, podkreślając, że szczególnym przeżyciem była dla nich ślubna Msza św., w której mogli w pełni uczestniczyć, przyjmując Komunię. − Dzięki łasce, którą Bóg daje w sakramencie małżeństwa, zaczęliśmy nowy, piękny etap naszego życia w małżeństwie. Zapragnęliśmy też dzielić naszą miłość z dziećmi, na które musieliśmy jednak jeszcze trochę poczekać – wyznają.

 

Mijały lata

Okazało się bowiem, że małżonkowie mają problemy z poczęciem. − Po dwóch latach starań zaczęliśmy szukać przyczyn naszej niepłodności. Podstawowe badania pokazywały, że wszystko jest dobrze. Nie dawało nam to jednak spokoju, więc udaliśmy się do Kliniki Leczenia Niepłodności – opowiadają. Tam zdiagnozowano u Małgosi endometriozę i to dość zaawansowaną. − Byłam przerażona. Gdyby nie wiara w mądrość Bożą i wsparcie mojego męża, pewnie bym się załamała. Rozpoczęliśmy jednak leczenie, najpierw przy użyciu laparoskopii, a potem hormonalne. Mimo że lekarze dawali szanse na poczęcie, nadal nie było efektu. Minęły kolejne dwa lata – wspomina Małgosia. − Zaczęliśmy myśleć o tym, że może Pan Bóg powołuje nas do innej formy rodzicielstwa, ale nie czuliśmy się jeszcze gotowi na adopcję. Jeden z lekarzy zachęcał nas do zabiegu in vitro, a inny odradzał naprotechnologię, twierdząc, że w naszym przypadku nie ma ona sensu − przyznaje Maciej.

 

Wielkie zaskoczenie

Przełomowe okazało się spotkanie z instruktorką, zorganizowane przez parafię w Sulechowie, na które mimo wszystko postanowili się wybrać. − Wyszliśmy z niego przepełnieni optymizmem, widząc dla siebie szansę. Dowiedzieliśmy się bowiem, że naprotechnologia potrafi sobie poradzić z moją endometriozą, która znowu dawała o sobie znać – podkreśla Małgosia. Umówili się na spotkanie z instruktorką, a potem rozpoczęli obserwacje według modelu Creightona. Już w kolejnym miesiącu przeżyli wielkie zaskoczenie, bowiem okazało się, że... spodziewają się dziecka. Nadal jednak pozostawali w kontakcie z instruktorką, która z powodu zbyt niskiego poziomu progesteronu zaleciła konsultacje z lekarzem naprotechnologiem. Na początku trzeciego trymestru ciąży znowu pojawiły się trudności, ale wszystko dobrze się skończyło i Bartek przyszedł na świat naturalnie i w terminie, 24 marca tego roku. − Cały czas się modliliśmy i ufaliśmy, że przecież Bóg nas prowadzi i nigdy nas nie zawiódł, odkąd zaprosiliśmy Go do naszego życia – podsumowują małżonkowie.

 

 


 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki