Logo Przewdonik Katolicki

Świadectwo Kajtka

Katarzyna Jarzembowska
Fot.

Lato 1944 roku. Ilu wyszło wtedy jasnych synków z czarną bronią w noc i poczuło, jak się jeży w dźwięku minut zło? Ilu zanim padło, jeszcze ziemię przeżegnało ręką? Ilu dopadła kula, ilu serce pękło?

 

 

 

 

 
 
Dla jednych powstańcy warszawscy to stracone pokolenie – tysiące młodych, którzy bez nadziei na wygraną rzucili się na niemieckiego Goliata. Dla drugich to godni potomkowie polskich herosów – Traugutta czy Kościuszki. Wolna Polska dała nam – ich następcom – szansę na poznanie prawdy o wydarzeniach tamtych dni. Dziś sierpień to już nie tylko błękit nieba i zieleń drzew, ale i smutny cień wojennych wydarzeń pisanych salwą z karabinu i hukiem bomb.     
 
Dramat walczących
Henryk Olczak urodził się 21 stycznia 1932 r. w Guście niedaleko Radomia. Później mieszkał w Warszawie przy ul. Melsztyńskiej. W powstaniu pełnił funkcję łącznika w I kompanii 146. plutonu. Dzisiaj żyje w Bydgoszczy i – jak sam mówi – jest żywym świadkiem trudnej historii.
Olczak uczęszczał do szkoły w Jedlińsku. Następnie Armia Krajowa skierowała go do gimnazjum – na tajne komplety. Rok 1944 to nauki pobierane przy kościele w Jedlińsku, gdzie znajdowała się filia placówki. – Wszystko było głęboko zakonspirowane. Żyło się w cieniu wielkiej tajemnicy – opowiada.
Ojciec Henryka Olczaka był rolnikiem, komendantem straży pożarnej i… partyzantem, a matka krawcową. Później ktoś „wskazał” ją Niemcom. – Matka została aresztowana. Nie powiedziała, gdzie są dzieci i mąż, bo „nie po to rodziła i za mąż wychodziła”. Wbijali jej szpilki pod paznokcie, katowali… – wspomina. Jako kilkunastoletni chłopak musiał uciekać. Zamieszkał na Melsztyńskiej w Warszawie, gdzie działała silna partyzantka Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Olczak został w Armii Krajowej, której dowódcą na tym terenie był Mieczysław Mleczarski, pseudonim „Zalew”.– Dokładnie pamiętam wybuch powstania. Byłem świadkiem bombardowań i ostrzałów. Niemcy zadali nam bolesny cios. Miałem wówczas 13 lat. Tata i dwaj bracia byli już w partyzantce. Rozpacz warszawiaków była wielka. Waliły się mury, pole walki przypominało gruzowisko, a powstańcy szli w ogień… Do ostatniej krwi… Zginęła cała moja rodzina. Zamordowano moich kolegów… To zrodziło we mnie ból i nienawiść…
 
Bóg i ojczyzna
Olczakowi po zaprzysiężeniu w 1944 r. nadano pseudonim „Kajtek”. Był wówczas głównym łącznikiem między partyzantką a powstańcami, pełnił funkcję sanitariusza, dostarczał również amunicję. – Miłość do ojczyzny zawsze była na pierwszym miejscu. Wpajał mi ją od samego początku ojciec, który służył pod dowództwem Józefa Piłsudskiego. Mieliśmy to niejako we krwi. Poza tym moja rodzina była bardzo wierząca. Ufam, że to Bóg mnie ocalił. Byłem trzy razy ranny – na ul. Złotej i Chmielnej. Miałem uszkodzoną rękę i nogę, z której odłamki wyjęto dopiero po wyzwoleniu. Mimo to walczyłem dalej. W czasie powstania nigdy nie rozstawałem się z Matką Bożą Pocieszenia. To było moje wytchnienie – wspomina.
 
Pielęgnować pamięć
Olczak szczególnie podkreśla rolę Kościoła, który niejednokrotnie przygarniał ludzi utrudzonych walką. Także „Kajtkiem” – który podczas powstania w kapliczce na Narbutta służył jako ministrant – zaopiekowali się księża. Dzisiaj – na ile pozwala zdrowie – uczestniczy w spotkaniach patriotycznych w bydgoskiej świątyni garnizonowej. –Jakie przesłanie płynie z tego wszystkiego dla obecnego pokolenia? Nieważne, z jakiej jesteś opcji – pamięć trzeba pielęgnować. To nasza spuścizna. Tylko w ten sposób można oddać hołd tym, którzy wzięli w nim udział, walcząc dla Polski. „Bój skończony i nic, oprócz sławy…” – zakończył „Kajtek”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki