Logo Przewdonik Katolicki

,,Maluśki"

Bernadeta Kruszyk
Fot.

Miał dwanaście lat. Biegał z meldunkami od barykady do barykady. Do dziś pamięta świst kul i głuchy łoskot walących się domów... I jeszcze zapach... Specyficzny odór kanałów pełnych cuchnącej mazi i ludzkich trupów. Niemcy wrzucali do nich granaty albo wlewali benzynę, którą potem podpalali. To było piekło... Piekło na ziemi... Byłem w kanałach tylko raz - wspomina Zenon...

Miał dwanaście lat. Biegał z meldunkami od barykady do barykady. Do dziś pamięta świst kul i głuchy łoskot walących się domów... I jeszcze zapach... Specyficzny odór kanałów pełnych cuchnącej mazi i ludzkich trupów. Niemcy wrzucali do nich granaty albo wlewali benzynę, którą potem podpalali. To było piekło... Piekło na ziemi...
Byłem w kanałach tylko raz - wspomina Zenon Piwecki, pseudonim ,,Maluśki" - Szliśmy wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia i ulicy Nowy Świat. Cichutko, po omacku, by Niemcy nas nie wyczuli. Mieli swoje sposoby. Obserwowali włazy i gdy zobaczyli światło albo usłyszeli plusk wody, wrzucali granaty bądź wlewali benzynę, którą potem podpalali. Człowiek nie miał praktycznie żadnych szans. Dusił się, płonął albo umierał rażony odłamkiem. Widziałem ciała tych, którzy tak zginęli. Widziałem je, mimo ciemności.
Powstaniec - syn powstańca
Zenon Piwecki urodził się 1 września 1932 roku przy ulicy św. Wawrzyńca w Gnieźnie. Dwa miesiące przed wybuchem wojny wyjechał wraz z matką i bratem do Katowic, gdzie stacjonował jego ojciec - oficer żandarmerii wojskowej i jeden z zasłużonych dowódców powstania wielkopolskiego. Zamieszkali w domu brata ówczesnego Prymasa Polski - ks. kard. Augusta Hlonda, z którego zostali w 1940 roku wysiedleni. Pan Zenon doskonale pamięta początek wojny i noc, kiedy zabrano rodziców. - To było 20 września 1941 roku. Wracałem z ojcem ulicą świętego Jana, gdy nagle zatrzymało nas trzech gestapowców w cywilnych ubraniach. Wciągnęli ojca do bramy, zaczęli szarpać. Zdążył tylko ścisnąć moją dłoń. Zrozumiałem, że mam uciekać. Wtedy widziałem go po raz ostatni. Tej samej nocy zabrali też matkę. Nie mogłem nic zrobić... Dwa lata później jedenastoletni Zenon Piwecki dostał się do Warszawy i jak wielu jego rówieśników wstąpił do Szarych Szeregów. Był rok 1943. Po zaprzysiężeniu i przeszkoleniu został przydzielony do 4. plutonu, 4. kompanii Batalionu "Kiliński". Powstanie warszawskie zaczęło się dla niego dwadzieścia minut przed godziną ,,W". Wracał z kolegą Jankiem Gwiżdżem do punktu zbornego na cmentarzu kalwińskim na Woli. Zobaczył oddział żołnierzy AK ostrzeliwujący niemiecki transport samochodowy. Zrozumiał, że to już..., że nadeszła chwila, na którą wszyscy czekali. Nazajutrz, wraz ze swoim oddziałem ruszył w kierunku Śródmieścia. Wydzierali Niemcom każdy dom, każdą ulicę, najmniejszy skrawek ziemi. On i kilku jego kolegów byli łącznikami. Biegali z meldunkami od barykady do barykady. Wiedzieli, co robić, by nie dać się zabić. Jednak przed snajperami trudno było się ukryć. Któregoś dnia jeden z nich trafił Janka. Upadł i już nigdy się nie podniósł.
Krótki sen o wolności
Ze Śródmieścia oddział Zenona Piweckiego przedarł się na Stare Miasto, a potem do sąsiednich dzielnic. Walki i bombardowania nie ustawały ani na chwilę. Ludzie ginęli od kul, odłamków, pod gruzami walących się domów... Mimo to nikt nie myślał o śmierci. Cel był jeden - zająć kolejną przecznicę, kolejny budynek... Czasami przypominało to zabawę w kotka i myszkę. Niemcy na parterze, Polacy na pierwszym piętrze i znów Niemcy, na piętrze trzecim. Wypychali się nawzajem coraz wyżej. To była śmiertelna pułapka, z której mało kto wychodził żywy. 30 sierpnia ,,Maluśki" biegł z meldunkiem ulicą Zakroczyńską. Usłyszał ryk syren, a chwilę później huk detonowanych bomb. Nie miał czasu szukać schronu. Wbiegł do bramy jednej z kamienic. Jak przez mgłę pamięta walące się ściany i siebie wołającego o pomoc. Ktoś go znalazł. Wyciągnął. Zaniósł do punktu opatrunkowego. Miał niewielkie obrażenia. Godzinę później wracał już o własnych siłach do dowództwa. - Czy się bałem? Chyba nie. Cóż miałem do stracenia? Byłem sam na świecie. Nie wiedziałem nawet, czy moi rodzice żyją. Zresztą śmierci spodziewał się wtedy każdy. Była na porządku dziennym. ,,Maluśki" nosił meldunki jeszcze przez miesiąc. W drugiej połowie września dotarł ze swym oddziałem na ulicę Wilanowską, gdzie kilka dni później ciężko ranny został jego dowódca - st. sierż. Zygmunt Witczak. Jak się później okazało, miał w ciele dwadzieścia cztery odłamki granatnika. Stracił rękę i oko, ale przeżył. Powstanie powoli dogasało. Brakowało żywności, opatrunków, broni, wszystkiego. Padały kolejne punkty oporu. Oczekiwana pomoc nie nadchodziła. Sowieci przyglądali się ze spokojem dogorywającemu miastu. Brytyjczycy zdobyli się jedynie na użyczenie polskim pilotom samolotów, z których ci zrzucali zaopatrzenie, najdokładniej, jak mogli. Amerykanie też zrzucali, ale z takiej wysokości, że znaczna jego część trafiała w ręce okupanta. Nieludzko zmęczeni powstańcy ze łzami w oczach składali broń, a potem szli do niewoli. ,,Maluśkiego" przewieziono najpierw do Pruszkowa, a stamtąd w bydlęcym wagonie gdzieś w nieznane... Może do obozu. Nie wie, bo uciekł z transportu... Schronił się w Kłonicach, u dobrych ludzi...
Mój przyjaciel Józek
Pokolenie ,,Kolumbów" dorastało szybko. Wojna skutecznie odzierała ze złudzeń. Zabierała dzieciństwo, przyjaciół, najbliższych... Ojciec pana Zenona został zamordowany cztery miesiące po aresztowaniu. Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywają jego prochy. Matka przeżyła gehennę w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu i Berger Belzen. Odnalazła syna w 1945 roku. Dwa lata później wrócił jego starszy brat Marian - oficer 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka i weteran walk w Normandii. Wszyscy troje zamieszkali w Inowrocławiu. Życie powoli wracało do normy, ale toczyło się już w innej Polsce, nie takiej, o jaką walczyli. W inowrocławskim Liceum im. Jana Kasprowicza Zenon Piwecki poznał Antoniego Siemianowskiego - dziś kapłana i profesora gnieźnieńskiego PWSD oraz Józefa Glempa - przyszłego Prymasa Polski. To on namówił go, by został ministrantem. - Chodziliśmy do różnych klas, ale znaliśmy się dobrze - wspomina z uśmiechem. - Ja byłem prezesem Szkolnego Klubu Literackiego, a on pisywał wiersze. Już wtedy się wyróżniał. Był taki poważny i zawsze chodził w czarnym garniturze. To dzięki niemu zostałem ministrantem. Później, w 1949 roku wstąpiłem też do Sodalicji Mariańskiej. Oczywiście potajemnie. Było jak kiedyś w konspiracji.
Zakręty historii...
Do Gniezna pan Zenon wrócił w 1950 roku. Zdał maturę, a potem rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przez wiele lat pracował jako radca prawny. Dziś jest już na zasłużonej emeryturze. W 1989 roku założył w Gnieźnie Związek Żołnierzy AK wg struktur lat okupacji, którego został pierwszym komendantem. Od dwunastu lat jest prezesem gnieźnieńskiego oddziału Polskiego Związku Inwalidów Wojennych. Wśród wielu odznaczeń ma także medal ,,Zasłużony dla Archidiecezji Gnieźnieńskiej". O swej powstańczej przeszłości nie zapomniał nigdy, choć był czas, kiedy nie mógł o niej mówić. Na początku lat pięćdziesiątych za rzekomą napaść na funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej odsiedział siedem miesięcy. Jego brat zapłacił dużo wyższą cenę. Za swój wojenny życiorys został skazany na dziesięć lat, z czego ostatecznie odsiedział dwa i pół roku. Wyszedł, ale UB nigdy nie dało mu spokoju. Władza ludowa ,,miała alergię" na żołnierzy walczących pod sanacyjnymi dowódcami i z determinacją prześladowała tych, których nazywała ,,zaplutymi karłami reakcji". Nie zdołała jednak wymazać z pamięci Polaków wydarzeń tamtego sierpnia, choć usunęła je z każdego podręcznika historii. Dziś wiele się o nich mówi. Z szacunkiem... Szkoda, że nie wszyscy powstańcy tego doczekali.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki