Negatywy ważniejsze niż życie

O „przymusie fotografii” pisała w swoim słynnym eseju Susan Sontag.
Pasuje to jak ulał do działalności fotografów powstania warszawskiego,
dla których nadrzędnym celem było udokumentowanie wydarzeń tego czasu.
Czyta się kilka minut
Fot. Materiały prasowe
Fot. Materiały prasowe

Autor najsłynniejszego, ikonicznego zdjęcia z powstania warszawskiego, czyli obrazu ukazującego wybuch pocisku trafiającego w budynek Towarzystwa Ubezpieczeń Prudential, Sylwester „Kris” Braun, wcale nie był zawodowym fotografem. Amatorów fotografii, którzy utrwalili na kliszach Warszawę i ludzi powstania, znamy co najmniej kilkunastu, a historycy mówią o blisko pięćdziesięciu. Dzięki nim możemy wyobrazić sobie atmosferę i grozę tych dni. Zawsze ryzykowali, czasem mieli szczęście, ale wiedzieli, że udokumentowanie tych wydarzeń będzie fundamentalne dla zachowania pamięci przez przyszłe pokolenia.
Przede wszystkim musieli posiadać aparaty fotograficzne, a to było dozwolone tylko dla tych, którzy prowadzili fotograficzne atelier. W 1941 r. weszło w życie prawo zabraniające robienia zdjęć w miejscach publicznych, więc wyjście na ulicę z aparatem uznawane było przez okupacyjne władze za szpiegostwo. Fotografowie Warszawy działali w konspiracji, istniała komórka fotograficzna Delegatury Rządu na Kraj oraz Referat Foto-Filmowy Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK. Prowadzone były nawet tajne kursy sprawozdawców wojennych w Warszawie i w oddziałach partyzanckich.
W czasie powstania wyszli na ulice, niektórzy jako reporterzy, inni jako żołnierze batalionów powstańczych. Fotografowali swoich towarzyszy i przeprowadzane akcje, w których sami brali udział lub byli ich świadkami.

„Brok”
Ślub powstańczej pary – jedno ze słynnych zdjęć pokazujących życie powstańczej Warszawy. Życie, a nie śmierć. Jego autorem jest Eugeniusz „Brok” Lokajski – lekkoatleta, oszczepnik, wielokrotny mistrz Polski, mistrz świata w wieloboju; brał udział w igrzyskach olimpijskich w Berlinie w 1936 r. Fotografował jeszcze przed wojną aparatem Leica. Dzięki karierze sportowej przeżył dwie łapanki – za każdym razem został rozpoznany przez niemieckiego żandarma i puszczony wolno. Był wielkim miłośnikiem fotografii. Na Saskiej Kępie miał pracownię fotograficzną, robił zdjęcia w teatrach i z tego się utrzymywał. W 1942 r. otworzył zakład fotograficzny w Śródmieściu.
W powstaniu walczył jako oficer łącznikowy w kompanii „Koszta”; po kilku tygodniach jako jego dowódca. Fotografował na pierwszej linii, a zdjęcia wywoływał w mieszkaniu swojej siostry. Nakręcił też film ze szturmu na budynek PAST-y, który był pokazywany w kinie „Palladium”. Zginął pod gruzami w sklepie fotograficznym na Marszałkowskiej, zaszedł tam w poszukiwaniu filmów. Był w drodze do Komendy Głównej AK, gdzie został wezwany, aby zrobić zdjęcia powstańcom do fałszywych dokumentów, umożliwiających im wyjście z miasta z ludnością cywilną.
Nie szukał nadmiernej ekspresji, chwytał obiektywem życie bez pozy, nie stylizował scen. Często robił je całymi seriami, tworząc fotoreportaże z określonego miejsca czy wydarzenia. Czasem to poruszone obrazy ruin miasta, niektóre z tzw. podwójną ramą okna, drzwi, dziury w murze. Zdjęcia (zachowało się 1200 klatek) przechowała jego siostra w blaszanym pudełku, które zawsze miała przy sobie. Powiedział jej, że to najważniejsze: pilnować ich tak, żeby nigdy nie zginęły.

„Jur”
Korespondentem z ramienia Delegatury Rządu na Kraj i Komendanta Głównego AK był Jerzy „Jur” Tomaszewski, który fotografii uczył się na tajnym kursie. Pracował w niemieckiej firmie fotograficznej, która wywoływała zdjęcia zrobione przez niemieckich żołnierzy i oficerów. Często przedstawiały zniszczenia miasta, publiczne egzekucje, łapanki czy warunki życia w getcie. Tomaszewski i inne osoby zaangażowane w konspirację robili mikrofotografie tych dokumentów, które wysyłane były do Londynu. W 1943 r. grupa została zdekonspirowana, ale Tomaszewskiemu udało się uciec.
Kiedy wybuchło powstanie, został wyznaczony przez Biuro Informacji i Propagandy AK na fotoreportera. Negatywy miał ratować za wszelką cenę. Miał dwadzieścia lat. Jest autorem mojego ulubionego zdjęcia z powstania warszawskiego: trzy dziewczyny ze zgrupowania „Radosław” patrzą śmiało w obiektyw. Właśnie przeszły kanałami trasę z placu Krasińskich na Starym Mieście do Wareckiej na Śródmieściu. Inne słynne zdjęcie przedstawia łączniczkę przebiegającą pod ostrzałem ulicę Nowy Świat. Wspominał: „Z rozkazu, który otrzymałem 1 sierpnia 1944 r., zapamiętałem trzy podstawowe zasady. Fotoreporter wojenny musi być wszędzie, a najczęściej na pierwszej linii frontu, filmy muszą być wywoływane natychmiast po zrobieniu zdjęć, negatywy chronić w pierwszej kolejności przed własnym życiem”. Przyznawał też, że z powodu tak młodego wieku nie zdawał sobie sprawy z wagi tego, co robił. Dokumentował walki na Woli, w Śródmieściu i na Powiślu. Tam został ranny 6 września. Ostatnie zdjęcie zrobił, leżąc w bramie, potem oddał aparat i negatywy kolegom. Mówił, że pewnej granicy nie mógł przekroczyć, nie fotografował ludzi uciekających z Powiśla i błagających o pomoc. Wtedy pomagał. Trafił do obozu w Pruszkowie, skąd udało mu się uciec. Nie wiedział, co stało się z negatywami. Okazało się, że ukryła je Wacława „Wacka” Zacharska w puszce pod wanną jednego z budynków. Odnalazła je trzydzieści lat później. Ocalało dwa tysiące zdjęć.

„Kris”
„Trwał ostrzał Śródmieścia. Siedziałem na dachu swojego domu na Kopernika 28, przypuszczając, że Niemcy będą chcieli zniszczyć Prudential. Zobaczyłem pocisk lecący na tle nieba. Wyczekałem moment uderzenia. Eksplozja rozwijała się w zupełnej ciszy, bez żadnego podmuchu. Zdziwiony robiłem zdjęcia. Przy trzecim nastąpił huk, doszedł do mnie głos i okropny podmuch, aż trzymałem się komina, żeby nie spaść. Zrobiłem wtedy około sześć zdjęć” – wspominał po wojnie autor najsłynniejszej fotografii powstania warszawskiego, Sylwester „Kris” Braun. Był geodetą, który chwycił za aparat. Była to niewielka Leica z małoobrazkowym filmem Agfa, można ją było schować do kieszeni marynarki. Przed powstaniem ryzykował, robiąc zdjęcia Warszawy i jej zniszczeń, które sygnował „copyright by KRIS” i sprzedawał. Te swego rodzaju pamiątki wojenne były chętnie kupowane. Zaczął naukę profesjonalnej fotografii w jednym z atelier stolicy, w lutym 1944 r.
uzyskał tytuł mistrza w rzemiośle i założył własne studio. Po wybuchu powstania z legitymacją Prasowego Sprawozdawcy Wojskowego na zlecenie Biura Informacji i Propagandy AK dokumentował działania w mieście. Do Biura przekazywał odbitki, negatywy zachowywał.
„Kris” miał asystentkę – Berta Weissberger, Żydówka, która przetrwała na aryjskich papierach, po 1 sierpnia pomagała w punkcie sanitarnym. Znali się od 1943 r., oboje przeżyli wojnę. Ciekawy może wydawać się fakt, że on o niej w ogóle nie wspominał. Okazało się, że ona wciąż żyje, mieszka w USA, a odnaleźli ją kuratorzy trwającej w Muzeum Warszawy wystawy „Sylwester «Kris» Braun. Fotograf od powstania”. „Czułam się wolna przez dwa miesiące. Nikt mnie nie szukał. Nikt mnie nie obserwował – mówi po 80 latach. – Miałam przyjaciela, który mnie odnalazł i przyniósł mi aparat fotograficzny. Wiedziałam, jak go obsługiwać. Spędziłam czas powstania, robiąc zdjęcia. Miałam zezwolenie od AK, opaskę z napisem AK. Mogłam chodzić wszędzie” – wspomina. Miała wtedy 18 lat.
Warto w tym miejscu wspomnieć też o innej fotografce, Ewie Faryaszewskiej (ps. „Ewa”), łączniczce batalionu „Wigry”, dzięki której możemy zobaczyć unikalne kadry barwne. Nową wówczas techniką wykonała 31 zdjęć głównie Starego i Nowego Miasta dla wydziału odpowiedzialnego za ratowanie zabytków. Pod koniec sierpnia 1944 r. zmarła na skutek ran.
Berta i „Kris” schowali fotografie w dwóch słoikach zaklejonych parafiną. Zakopali je pod podłogą kamienicy przy Marszałkowskiej, w której urządzili ciemnię. Po wojnie udało im się je odnaleźć, niektóre potem zaginęły, reszta trafiła do Muzeum Warszawy. Szacuje się, że „Kris” jest autorem około trzech tysięcy zdjęć, ocalało półtora tysiąca negatywów. Wiele z tych autorskich odbitek można zobaczyć na wystawie oraz w wydanym z okazji 80. rocznicy powstania warszawskiego albumie. Zawiera on także teksty analizujące warsztat fotografa i śledzące jego powstańcze ścieżki, zastanawiając się nad narracją, jaką te fotograficzne dokumenty tworzą.

---

„Sylwester «Kris» Braun.
Fotograf od powstania”
Muzeum Warszawy
Wystawa czynna do 29 grudnia
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 33/2024