Nasze wspólne Woskriesienije

Białorusini znów pielgrzymują do Białyniczy. Tak jak przez stulecia czynili ich ojcowie. Przychodzą do maryjnego sanktuarium, które dziś mieści się w niewielkim, wiejskim drewnianym domku.
Czyta się kilka minut

 

Białorusini znów pielgrzymują do Białyniczy. Tak jak przez stulecia czynili ich ojcowie. Przychodzą do maryjnego sanktuarium, które dziś mieści się w niewielkim, wiejskim drewnianym domku.

 

Kilka miesięcy temu pisaliśmy na łamach „Przewodnika Katolickiego” o odrodzeniu parafii Białynicze, od kilkuset lat nazywanej Białoruską Częstochową. Wspomnieliśmy wówczas m.in. o nieznanym do tej pory losie cudownego obrazu Matki Bożej Białynickiej, skutecznie ukrytego przed rosyjskim zaborcą w XIX w., tuż przed likwidacją miejscowego kościoła.

Zaintrygowani, postanowiliśmy śledzić dalsze losy poszukiwań niezwykłej ikony oraz rozwój miejscowego kultu maryjnego. Śladów obrazu nie znaleźliśmy, natrafiliśmy jednak w Białyniczach na coś zupełnie innego: na żywy przykład autentycznej ekumenicznej współpracy w najczystszej postaci.

 

Od Krakowa do Kremla

Poszukiwania ikony Matki Boskiej Białynickiej najbardziej utrudnia ideologia. Nic w tym zresztą dziwnego, skoro istnieje kilka skrajnie różniących się od siebie wersji, uzasadniających pochodzenie ikony oraz jej dalsze losy. Rozbieżności czasowe sięgają – bagatela - 600 lat. Niektórzy uważają np., że to jedna z tych niezwykłych ikon, które wyszły spod ręki samego św. Łukasza. Zgodnie z tą teorią białynicki obraz mógł znaleźć się w Krakowie już ok. roku 1000, co rzekomo miałoby świadczyć pośrednio o prawosławnych, cyrylo-metodiańskich korzeniach Polski. Pojawiają się także opinie, że po chrzcie Rusi ikona przypłynęła Dnieprem do monastyru bazylianów w Orszy. Stamtąd dopiero miał ją zabrać Hetman Wielki Litewski Lew Sapieha i umieścić w klasztorze Karmelitów w Białyniczach. Inni  przekonują jednak z zapałem, że Sapieha wywiózł ją w 1612 roku prosto z …Kremla, na zakończenie krótkich polskich rządów w stolicy Rosji.  

- Jeden rzut oka na reprodukcję wystarczy, by stwierdzić, że ikona Matki Boskiej Białynickiej nie może liczyć tysiąca lat. Wydaje się, że  namalowana została już po założeniu klasztoru w Białyniczach w 1634 r. Ikona pojawia się tam na pewno dziesięć lat później.

Natomiast jej kopia, znajdująca się do dziś w kościele na warszawskim Lesznie, znana jest od 1641 r. Być może więc oba obrazy mają jakiś wspólny, starszy pierwowzór -

- zastanawia się ks. Karol Tomecki, obecny proboszcz parafii w Białyniczach, który od kilku lat zajmuje się tajemnicą zaginionego obrazu.

Wiadomo natomiast, kiedy po raz ostatni ikonę widziano – było to w 1876 r., podczas schyłkowej fazy carskich represji popowstaniowych. Obraz zniknął bez śladu kilka miesięcy przed ostatecznym zamknięciem kościoła przez Rosjan. Reszta stanowi już tylko przedmiot mniej lub bardziej udanych spekulacji. Część historyków uważa, że białynicka ikona znajduje się w którymś z rosyjskich klasztorów prawosławnych, inni z kolei przychylają się do opinii, że miejscowemu proboszczowi udało się zawczasu ją ukryć. Tu i ówdzie pojawiają się także co jakiś czas nowe kopie obrazu, przedstawiane jako te „jedyne”, „autentyczne” i „prawdziwe”. Najbardziej interesujący wydaje się trop prowadzący do jednego z kościołów pod Baranowiczami na zachodniej Białorusi. Podczas remontu jednego z ołtarzy bocznych natrafiono tam w latach 90. na ukrytą pod innym obrazem ikonę Matki Boskiej Białynickiej. Zdaniem specjalistów jest to albo bardzo wczesna kopia, albo nawet oryginał. Stuprocentowej pewności jednak nie ma.

Parafia jak dwa powiaty

Kiedy ks. Tomecki, wytrawny duszpasterz z kilkunastoletnim doświadczeniem w pracy na Białorusi, obejmował w 2008 r. miejscową parafię, zdziwiły go dwie rzeczy: brak jakichkolwiek śladów po wysadzonym w powietrze w czasach sowieckich zabytkowym kościele oraz - jakby na przekór temu - tlące się nadal pozostałości dawnego potężnego kultu maryjnego.

Przymusowa bezdomność trwała na szczęście dość krótko – traf chciał, że jedna z parafianek wyjeżdżała właśnie na stałe do Mińska i sprzedawała swój stary dom. I to właśnie on stał się kaplicą, w której do dziś gromadzą się miejscowi katolicy. Miejsca tam niewiele, co najwyżej na 20-30 osób. Ale to już i tak prawdziwy tłok.

Skala życia religijnego? Cóż, jak to w dawnych Sowietach, w miarę regularny kontakt z parafią utrzymuje ok. 60 mieszkańców dziesięciotysięcznych Białyniczy. – Pocieszam się tym, że mogę teraz udzielać ślubów osobom, które wiele lat wcześniej przygotowywałem do Pierwszej Komunii Świętej. W parafii mamy więc już nie tylko ludzi starszych i ewentualnie ich wnuki, ale także całe wielopokoleniowe rodziny – i już samo to w sobie stanowi wielkie osiągnięcie – cieszy się ks. Tomecki.

Praca duszpasterska ma tutaj swoją szczególną białoruską specyfikę, która bardzo często polega na konieczności przywracania podstawowych, często zupełnie zapomnianych reguł i kanonów pobożności. Proste nie jest nawet przekonanie ludzi, że niedziela naprawdę może być  „Boża i nasza”. Ale tutejsi katolicy mają także swój wyjątkowy żar, który pozwolił im przechować w zakamarkach domostw wiarę ojców, wyrażającą się w kulcie Matki Boskiej Białynickiej. Lata wojującego ateizmu nie potrafiły także wyplenić z Białorusinów tradycji pielgrzymowania do Białyniczy. Dlatego dziś do drzwi kaplicy znów stukają pielgrzymki wiernych.

 

Co inni powiedzą?

Białoruś uznawana jest nie bez przyczyny za peryferie Europy. Ale nawet peryferie mają swoje peryferie. W kraju utrzymuje się wszak nadal socjalny podział na Mińsk i

kołchozową prowincję. A Białynicze leżą 150 km na wschód od stolicy…

W mieście niewielu jest chrześcijan - do cerkwi i dwóch protestanckich świątyń przychodzi w niedzielę raptem ok. 200 osób. Na takiej ateistycznej pustyni ratunkiem może być więc współpraca między poszczególnymi wyznaniami. - Przemawiają za tym chociażby względy praktyczne. Rozbicie chrześcijan jest bowiem bardzo zręcznie wykorzystywane przez miejscową władzę. Słyszymy często wymówkę: „my byśmy wam nawet pozwolili zrobić to czy tamto, tylko co powiedzą na to inni?”. I dlatego właśnie musimy pokazać, że potrafimy coś robić razem – przekonuje ks. Tomecki. Ekumenizm to także asumpt do tworzenia zaczątków czegoś, co na Zachodzie zwykło się nazywać opinią publiczną. Na Białorusi takie pojęcie właściwie nie istnieje. Dobrze byłoby więc, żeby przynajmniej chrześcijanie mieli wspólny pogląd na najważniejsze kwestie społeczne.

Najlepiej współpraca układa się z zielonoświątkowcami, z którymi parafia wydaje nawet wspólną gazetkę zatytułowaną „Woskriesienije” (Niedziela). Nikogo tutaj nie razi, że ksiądz katolicki głosi gościnnie kazania w zborze, a pastor uczestniczy w obchodach 249. rocznicy koronacji Matki Boskiej Białynickiej.  Nie ma jednak mowy o żadnym indyferentyzmie religijnym, zacieraniu dogmatycznych różnic i podbieraniu sobie wiernych. Dowodem na to niech będą słowa miejscowego pastora zielonoświątkowego: „Jeżeli duszpasterze będą ze sobą współpracować, to nie dojdzie do wzajemnego przeciągania sobie ludzi. Wszyscy mamy przecież tutaj wystarczająco dużo do zrobienia”.

O wiele trudniejsze są niestety relacje z prawosławiem. – Ktoś kiedyś powiedział, że ekumenizm oznacza, iż rękę powinien podawać ten, który jest silniejszy. Na Białorusi prawosławie jest uznawane przez państwo za religię panującą – przypomina ks. Tomecki.

Katolicki proboszcz marzy także o budowie kościoła z prawdziwego zdarzenia, w którym mogłaby znaleźć się przynajmniej kopia Obrazu Matki Boskiej Białynickiej – ot, choćby ta odnaleziona w Baranowiczach. – Zewsząd słyszę, że to nierealne, że nie uda się zebrać pieniędzy. Jednak głęboko wierzę, że Białynicze mają wielki potencjał tradycji.  Dzięki ludzkiej ofiarności i pomocy Matki  Bożej jesteśmy  w stanie odnowić dawny maryjny kult

– przekonuje ks. Tomecki. I opowiada o tym, jak miejscowa władza próbowała straszyć pastora zielonoświątkowców wizją budowy kościoła przez jego katolickiego konkurenta. Na co tamten odpowiedział: „To nie konkurent, a ja mu jeszcze w tym pomogę”.

 

 

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2010