Projekt reformy samorządowej z 1990 r. był naszą technologiczną odpowiedzią na dotychczasową omnipotencję państwa. Chodziło przede wszystkim o radykalne i natychmiastowe zerwanie z odziedziczonym po komunizmie mechanizmem władzy, a więc odejście od zasady jednolitej władzy państwowej oraz wszechobecnego centralizmu. Zdecydowaliśmy się więc na krok, którego bały się uczynić inne kraje postkomunistyczne. I kiedy u nas bardzo szybko zaczął funkcjonować żywy, aktywny samorząd, gdzie indziej panowała nadal martwa cisza, a o wszystkim decydowano po staremu w Pradze czy w innej Bratysławie.
Założenia
Prawdziwym jądrem i istotą reformy miało być upodmiotowienie społeczności lokalnej, przekazanie jej władzy w sprawach lokalnych oraz uprawnień majątkowych, własności i środków niezbędnych do działania na nowych zasadach. Jednocześnie ów krok miał także skutkować uwolnieniem rządu i centrali państwa od ciężaru zajmowania się sprawami lokalnymi. Założenie było oczywiste: państwo ma się zajmować sprawami ogólnopaństwowymi, a nie problemem braku kredy w szkole czy niedoborem węgla w budynku użyteczności publicznej.
Od samego początku zakładano również, że nowy samorząd będzie się rozwijał od dołu - czyli od społeczności gminnych - ku górze, a nie na odwrót. Podczas tworzenia nowych struktur samorządu lokalnego planowano powrót do rozwiązań sprzed gierkowskiej reformy administracyjnej z 1975 r., czyli ponowny podział na gminę i powiat. W dalszej perspektywie czasowej uzupełnieniem tego miała być także reforma, a właściwie stworzenie od zera samorządu wojewódzkiego, czyli organów, których nigdy wcześniej w Polsce w zasadzie nie było.
Dziś, z perspektywy ponad 20 lat, można powiedzieć, że założenia te sprawdziły się doskonale, zarówno od strony technicznej, czyli wprowadzenia nowej, zdecentralizowanej techniki zarządzania, jak i zewnętrznych, obiektywnych skutków – wszystkie te drogi, mosty, szkoły czy baseny wybudowane przez instytucje samorządowe są przecież tego najlepszym dowodem.
Partyjniactwo
Niestety, trochę gorzej reforma powiodła się z punktu widzenia jej skutków społecznych.
I choć zapewne większość obywateli docenia zmiany, jakie zaszły wokół nich w ciągu tych dwóch dekad, to jednak frekwencja w wyborach samorządowych oscyluje nadal w okolicach 40 proc. Czyżby ludzie cały czas nie zdawali sobie sprawy z tego, że te wszystkie niezwykłe przemiany otaczającej nas przestrzeni biorą się z działań władz lokalnych, a oni jako wyborcy mogą mieć ogromny wpływ na lokalne decyzje?
Przyczyn tego stanu rzeczy upatrywałbym w fakcie coraz większego odwracania się obywateli od polityki - także tej w wymiarze lokalnym - wręcz pogardzania nią. Uważam, że z punktu widzenia przyszłości państwa i jego interesów jest to katastrofalna tendencja.
Być może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdyby Lech Wałęsa nie zadecydował o rozwiązaniu Komitetów Obywatelskich „Solidarności” - niemal bezpośrednio po wygranych wyborach samorządowych w maju 1990 r. To był wielki cios dla tworzącej się dopiero tkanki samorządu, ponieważ komitety były w tamtym czasie rzeczywiście emanacją społeczną, a nie partyjną.
Proces coraz większego upartyjnienia samorządu pogłębiło dodatkowo usankcjonowanie i utrzymywanie do dziś proporcjonalnej ordynacji w wyborach samorządowych.
Silny opór ze strony partii politycznych sprawia, że nie udaje się przeforsować jedynego naturalnego w warunkach samorządowych rozwiązania, w postaci podziału na jednomandatowe okręgi wyborcze. Zmiana ordynacji wyborczej jest jednak jedyną sensowną drogą odpartyjnienia samorządu i zdjęcia społecznego odium niechęci wobec polityki lokalnej.
Konflikt
Wojciech Szczęsny Kaczmarek, prezydent Poznania w latach 1990-1998, zwykł mawiać, że „rura kanalizacyjna nie ma barw partyjnych”. To stwierdzenie nie jest oczywiście całkowicie prawdziwe, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie zabiegał o to, aby położyć ową przysłowiową rurę „tu”, a ktoś inny, by umieścić ją „tam”. Ale rzeczywiście, co do zasady, debata o rozwoju i zarządzaniu gminą czy o gospodarce komunalnej nie ma w ogóle sensu w jakimkolwiek kontekście światopoglądowym.
Niestety, spójność społeczna - tak bardzo potrzebna w samorządzie - jest rozrywana przez wspomniane już wyżej partyjniactwo. W efekcie nawet dobre pomysły zgłaszane przez jedną stronę, są kontestowane jako „nie nasze” przez tę drugą. Wielu burmistrzów czy wójtów ma w związku z tym niezbyt dobre relacje z organami ustawodawczymi, szczególnie tam, gdzie większość radnych znajduje się w partyjnej lub personalnej opozycji. A stąd już tylko krok do spisku przeciwko burmistrzowi. I to jest rzeczywiście problem.
Cały ten system jest bowiem tak pomyślany, aby lokalny samorząd działał razem. Aktywność, zarządzanie, profesjonalizm to domena władzy wykonawczej – tutaj pałeczka powinna znajdować się w rękach burmistrza, zarządu powiatu, marszałka czy starosty, natomiast rada w samorządzie winna być – mówiąc w dużym uproszczeniu – czymś na kształt areopagu mężów zaufania społecznego. Nie powinniśmy zatem szukać w radzie przesadnego profesjonalizmu, a raczej społecznych oczu, które przez pryzmat wrażliwości społecznej i dobrego rozumienia miasta będą kontrolowały poczynania władzy wykonawczej. Problem w tym, że ten ideał zderza się niestety z ambicjami radnych. Oni chcieliby rządzić.
Czas jednak upływa bezpowrotnie - podobnie jak unijne pieniądze. Dlatego też te samorządy, które będą dalej wiodły swoje tak piękne, tak beznadziejne i tak bezsensowne spory ambicjonalne, zaczną odstawać od reszty pod względem infrastrukturalnym. I dopiero wtedy poczują, ile na tych lokalnych wojenkach straciły.
Centralizm
Dzisiaj problemem nie tyle jest sama centralizacja czy niewystarczający poziom decentralizacji, co raczej fakt, że w Polsce mamy nadal do czynienia z bardzo widoczną centralistyczną kulturą sprawowania władzy. To jest kultura rodem z XIX w. W II Rzeczypospolitej była ona wzmacniana najpierw koniecznością zszycia Polski z trzech dużych kawałków, a potem wielkim kryzysem ekonomicznym lat 30. Później natomiast pojawił się komunizm, który miał centralizm wypisany na sztandarach. Nie czarujmy się – dzisiejsi polscy politycy, bez wyjątku, są dziećmi tamtej epoki. Oni pochodzą z PRL-u, nie z Ameryki. Byli wychowywani w mniemaniu, że alfą i omegą wszystkiego jest centrum i tak też dzisiaj rządzą – wszyscy politycy wszystkich partii. Pokusa jest zaś tym większa, że łatwo o usprawiedliwienia – mamy globalizację, Unię Europejską - wszystko to daje wygodny pretekst do myślenia centralistycznego.
W konsekwencji Polska znajduje się, niestety, w pewnej rozsypce doktrynalnej. Brakuje demokratycznej, decentralistycznej doktryny państwowej. Wszystkie te piękne słowa - demokratyzm, decentralizacja, samodzielność, dbanie o swoje - nie tworzą u nas wyzwań nowego ładu o charakterze cywilizacyjnym. Państwo nie daje obywatelom mocnych, fundamentalnych podstaw do tego, żeby budowali sami swój świat i aby rozumieli, że to od nich samych tak wiele zależy.
Jeśli więc miałbym się czymś przejmować, to właśnie centralistyczną kulturą władzy politycznej, a nie kondycją naszego samorządu. Bo polski samorząd jest silny, absolutnie porównywalny z tym, który funkcjonuje na Zachodzie, a zmiany, które zaszły od 1989 r., są już na szczęście nieodwracalne.
Wysłuchał Łukasz Kaźmierczak
Prof. dr hab. Michał Kulesza – prawnik, kierownik Zakładu Nauki Administracji na
Wydziale Prawa i Administracji UW, redaktor naczelny miesięcznika „Samorząd Terytorialny”, specjalista w zakresie prawa administracyjnego i administracji publicznej. Jeden z głównych twórców reformy samorządowej z 1990 r. (gminnej) oraz reformy samorządowej z 1998 r. (powiaty i województwa samorządowe).
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













