Logo Przewdonik Katolicki

Po drugiej stronie granicy

Kamila Tobolska
Fot.

Najczęściej z sentymentem wspominamy polskie Kresy. Cmentarz Orląt Lwowskich czy Ostra Brama w Wilnie to cel wielu naszych wycieczek. A czy myślimy o tym, jak żyje się naszym rodakom na Wschodzie?

 

Druga wojna światowa i decyzje polityczne zwycięskich mocarstw sprawiły, że część Polaków mieszkających na Kresach znalazła się poza granicami naszego kraju. Ich sytuacja była wyjątkowo trudna, bo oprócz tęsknoty za ojczyzną doznawali wielu szykan ze strony władz radzieckich. Traktowani byli też jako obywatele drugiej kategorii. Niestety, nierzadko tak jest i teraz.

 

Codzienne dylematy

Trzeba przyznać, że zasadniczo nie pamiętamy o Polakach mieszkających za naszą wschodnią granicą. Na szczęście są jednak tacy, którzy interesują się ich losem. − Mam korzenie kresowe, moja rodzina pochodzi z Huculszczyzny i zawsze mnie ciągnęło w tę stronę – przyznaje Monika Narmuntowska-Michalak z Zielonej Góry. Natomiast Piotr Szelągowski z Poznania zainteresował się losem rodaków żyjących na Wschodzie wiele lat temu po wizycie w jego parafii księdza z białoruskich Baranowicz. – Bardzo poruszyło mnie kazanie tego kapłana, do dzisiaj utrzymuję z nim kontakt. Z czasem zacząłem bardziej interesować się zagadnieniem polskości na Kresach, odwiedzając też tamte rejony – opowiada pan Piotr. Również pani Monika wiele razy była na Wschodzie i miała okazję przyjrzeć się codzienności mieszkających tam naszych rodaków. − Polakom na Wschodzie żyje się trudno – stwierdza krótko. – Zarabia się tam niewiele, niskie są również renty. Wielu ludzi, szczególnie starszych przeżywa na co dzień dylematy, czy kupić coś do jedzenia, czy lekarstwo. Nie mówiąc już o butach, płaszczu czy okularach. Wysokie są także ceny żywności – wymienia pani Monika. − Wielokrotnie słyszałem narzekania na panujące na Ukrainie łapówkarstwo. Moi znajomi, mieszkający tam Polacy, mówili mi też, że mają w sercu żal, iż nie są po tej stronie granicy, po której chcieliby być – mówi pan Piotr.

 

Niełatwy powrót

Trudna jest również na Ukrainie sytuacja Kościoła katolickiego. Po represjach, które dotknęły go w czasach powojennych, w całym kraju czynnych pozostało kilkanaście świątyń. Katolicyzm powrócił na te tereny dopiero po odnowieniu struktur kościelnych na początku lat 90. XX w. − Żyjący tam Polacy bardzo na to czekali, pragnąc, aby chociaż w ten sposób wróciła do nich polskość – stwierdza pan Piotr. To nie był jednak łatwy powrót. Do dzisiaj katolicy walczą m.in. o to, aby odzyskać swoje kościoły. Taka jest również codzienność ks. Piotra Smolka, który od kilkunastu lat służy wśród Polaków mieszkających w okolicach Lwowa. Jest on proboszczem w Przemyślanach, jak również w czterech pobliskich parafiach. Są to wspólnoty niewielkie pod względem liczby wiernych, a jest i taka, która ma tylko jedną parafiankę.

 

Książki i paczki

Kontakty z naszymi rodakami mieszkającymi na Wschodzie uwrażliwiły panią Monikę i pana Piotra na ich sytuację. Oboje starają się nieść pomoc Polakom. Pan Piotr prowadzi zbiórkę książek dla rodaków, dzięki czemu - jak podkreśla - chce „podbudowywać tam polskość”. – Polacy na Wschodzie nie mają pieniędzy na potrzeby życia codziennego, a co dopiero na kupowanie książek. W zeszłym roku zebraliśmy około 4 tys. egzemplarzy i przekazaliśmy je w kilka miejsc: na Litwę, Ukrainę i Białoruś – wyjaśnia pan Piotr, który pragnąc zachęcić innych do pomocy, zaangażował się w działalność Polskiego Towarzystwa Miłośników Krzemieńca i Ziemi Krzemienieckiej.

Z kolei pani Monika wraz z mężem Andrzejem rozpowszechnili w swoim mieście Ruch Apostolatu Emigracyjnego (RAE) – Pomoc Polakom na Kresach, który wyrósł ze wspólnoty Towarzystwa Chrystusowego. − Obecnie działamy na rzecz Polaków żyjących na Ukrainie, obejmując opieką 150 żyjących tam rodzin. Każdego miesiąca wysyłamy około 40 paczek, w których znajdują się żywność, lekarstwa czy odzież – wyjaśnia pani Monika i dodaje, że mogą pomagać Polakom wyłącznie dzięki życzliwości wielu mieszkańców Zielonej Góry oraz różnych instytucji, parafii i firm z terenu tego miasta. Dwa lata temu rozpoczęli jako RAE współpracę z zielonogórskim oddziałem Towarzystwa Miłośników Lwowa. Zbieżne cele działania mobilizują ich do wspólnego przeprowadzania akcji pomocowych.

 

Poruszająca historia

Wsparcie, którego zielonogórski RAE udziela Polakom na Ukrainie, obejmuje również pomoc medyczną. − Jeździmy z mężem na Ukrainę od 10 lat i wielokrotnie byliśmy w różnych szpitalach. Panujące tam warunki to Trzeci Świat, przede wszystkim bardzo niski jest poziom medycyny. Staramy się więc umożliwić Polakom leczenie w naszym kraju, pokrywając jego koszty. Teraz na przykład leczy się w Zielonej Górze młoda Polka ze Lwowa z chorobą Parkinsona. Tam lekarze nie dawali sobie rady z tą chorobą – opowiada pani Monika.

Państwo Michalakowie postanowili pomóc także półtorarocznej lwowiance, Agnieszce Mokrzyckiej. − O sytuacji tej dziewczynki dowiedzieliśmy się z „Kuriera Galicyjskiego”, polskiej gazety, która ukazuje się na Ukrainie. W kwietniu pojechaliśmy do Lwowa i poznaliśmy osobiście Agnieszkę i jej rodziców – opowiada pani Monika. Historia, którą usłyszeli, bardzo ich poruszyła.

Państwo Julia i Rościsław Mokrzyccy mieszkają wraz z córeczką w bardzo skromnych warunkach w jednopokojowym mieszkaniu w starej kamienicy. Julia opiekuje się dzieckiem, a jedyne źródło dochodu to pensja Rościsława, który jest kierowcą. Kiedy Agnieszka miała sześć miesięcy, Julia zauważyła, że coś jest nie w porządku z jej oczkiem i że pojawiła się na nim plamka. Lekarz skierował ją do poradni okulistycznej, a stamtąd trafiła do kliniki okulistycznej w Odessie. – Rozpoznano u Agnieszki siatkówczaka, czwarty, najgorszy stopień nowotworu gałki ocznej. Jej rodzice wydali na leczenie bardzo dużo pieniędzy, bo na Ukrainie medycyna jest niby bezpłatna, ale za wszystko i tak trzeba zapłacić. W końcu usłyszeli, że jeżeli to oczko jest niesprawne, to trzeba usunąć gałkę oczną – mówi pani Monika.

 

Szansa dla Agnieszki

Julia i Rościsław Mokrzyccy nie chcieli pogodzić się z taką decyzją lekarzy. Od znajomych usłyszeli o klinice w niemieckim Essen i zaczęli starania, aby właśnie tam była leczona Agnieszka, pomimo wysokich kosztów, które będą musieli w związku z tym ponieść. Pomoc zaoferowali państwo Michalakowie, którzy rozpoczęli zbiórkę pieniędzy na ten cel, tworząc specjalne subkonto na koncie Towarzystwa Miłośników Lwowa. W efekcie tego dziewczynka mogła pojechać w drugim tygodniu lipca na konsultacje medyczne do Essen. Tamtejsi lekarze stwierdzili, że trzeba jeszcze poczekać, wyznaczając następną konsultację na koniec sierpnia. − Niemieccy lekarze widzą dużą szansę na uratowanie obu oczu Agnieszki. Nowotwór nie postępuje, jest nieaktywny, mamy więc nadzieję, że terapia się powiedzie. Jedyną przeszkodą są koszty. Leczenie dziewczynki będzie kosztowało 15 tys. euro, a wspólnie z rodzicami udało nam się zebrać dopiero 6 tys. – wyjaśnia pani Monika, dodając, że pomimo to rodzice Agnieszki są zdecydowani ratować zdrowie swojej córeczki za wszelką cenę.

 


Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki