Logo Przewdonik Katolicki

Tęsknota za jednością

Ks. Krzysztof Różański
Fot.

Gdy przed niemal 50 laty bł. Jan XXIII zwoływał Sobór Powszechny, pośród chrześcijan wybuchła z mocą nadzieja na osiągnięcie jedności. Gorliwcy nasłuchiwali sprawozdań z soboru, oczekując na wiadomość o nastaniu jednej owczarni Chrystusowej.


 

 


 

Wolą Pana Jezusa jest, „aby byli jedno” (J 17, 21). Chrześcijanie jednak wielokrotnie ulegali pokusie podziałów. Już w pierwszych wspólnotach uczniów Pańskich pojawiały się napięcia i pęknięcia jedności. Św. Jakub pytał: „Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami?” (Jk 4, 1), a św. Paweł, któremu doniesiono o podziałach pośród członków gminy w Koryncie, napominał w imię Pana Jezusa Chrystusa, aby byli zgodni, i by nie było wśród nich rozłamów; by byli jednego ducha i jednej myśli. Pytania, jakie im stawiał, wskazują na dramatyzm sytuacji: „Myślę o tym, co każdy z was mówi: Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa. Czyż Chrystus jest podzielony?” (1 Kor 1, 10-13).

 

Skutek grzechu

Przyjęcie, a następnie realizacja misyjnego nakazu Chrystusa przez apostołów (por. Mt 28, 19), doprowadziły do zaistnienia Dobrej Nowiny w kontekście różnych kultur i ludzkich mentalności. Owocem tego zetknięcia stało się nie tylko liczbowe i geograficzne rozszerzenie się chrześcijaństwa, ale także powstanie wspólnot o zróżnicowanej dyscyplinie prawnej i liturgicznej. W ten sposób Bóg pozwolił odkrywać ludziom piękno różnorodności Kościoła i cieszyć się w Nim jednością wszystkich ludów i narodów.

Obserwacja chrześcijaństwa w wielości jego wyznaniowych denominacji (katolicy, prawosławni i protestanci), wskazuje jednak nie tylko na zróżnicowanie, ale i skonfliktowane wyznawców Chrystusa. Poważne rozłamy i drobne pęknięcia doprowadziły w historii do utrwalonych podziałów, a nawet antyewangelicznej wrogości, walk i wojen, których skutkiem stała się gorsząca nienawiść i trwała niechęć.

Czasem może się wydawać, że obecny brak jedności przynależy do natury Kościoła. Podział wśród chrześcijan jest wszak faktem od wieków. Może nadszedł czas, by się z tym stanem pogodzić?

Trzeba powiedzieć, że rozłam wśród braci jest skutkiem grzechu. To ludzka uległość wobec podstępów i pokus szatana doprowadziły do podziałów. Nie znaczy to jednak, że dzisiejsi chrześcijanie różnych wyznań, trwając w swoich wspólnotach, trwają w grzechu. Podobnie, jak pragnąc zbawienia nie można godzić się na grzech, tak też nie wolno chrześcijaninowi żyć w postawie obojętności lub przyzwolenia na istniejące podziały i rozłamy. Nie godzi się też nigdy braci nazywać heretykami czy schizmatykami (nawet jeśli początek danej chrześcijańskiej wspólnoty stanowiła herezja czy schizma). Chrystus Pan chciał Kościoła w jedności sióstr i braci. Pozostaje On drogą człowieka do zbawienia, niezależnie od konfesyjnej przynależności.

 

Imperatyw sumienia

Polscy katolicy żyjący w społeczeństwie religijnie dość jednorodnym mogą na co dzień nie odczuwać ciężaru podziałów pośród chrześcijan. Osobiście z ludźmi innych wyznań spotkałem się w sposób świadomy dopiero na progu swego dorosłego życia, spędzając tydzień w Taizé. Tam modlitwa o jedność i zabieganie o jej zaprowadzenie wydały mi się czymś ważnym, związanym z moją wiarą. Przyjazny klimat dialogu z siostrami i braćmi z innych Kościołów sprawił jednak, że rozłam nie wydał mi się czymś bolesnym. Brak jedności między Chrystusowymi owcami zabolał mnie dopiero podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej. Wyznaczone w Bazylice Zmartwychwstania strefy kultu dla prawosławnych, katolików, ormian, koptów i etiopczyków, panująca podejrzliwość i odczuwalna niechęć uświadomiły mi, jak smutną i bolesną sprawą są panujące pomiędzy chrześcijanami podziały.

Papieże epoki Soboru Watykańskiego II nie mogli przejść do porządku dziennego nad panującymi podziałami. Odczytując znaki czasów, podejmowali wysiłki zmierzające do spełnienia woli Chrystusa Pana wobec Kościoła. Błogosławiony Jan XXIII powołał przed 50 laty Sekretariat dla Popierania Jedności Chrześcijan (5 czerwca 1960), który pomyślany pierwotnie jako jedna z komisji przygotowujących sobór, stał się później papieską Radą, koordynującą dążenia ku jedności.

Jan Paweł II miał przekonanie, że poszukiwanie jedności  nie jest jedynie ludzką sprawą, ale wynikiem prowadzenia Bożego. W encyklice „Ut unum sint” stwierdzał, że to „Pan naprawdę ujął nas za rękę i prowadzi nas”. Jego liczne spotkania z chrześcijanami niebędącymi w pełnej jedności z Kościołem Rzymskim wynikały z odczytania wezwania, jakie Bóg kieruje do wierzących. „Kościół katolicki z nadzieją podejmuje dzieło ekumeniczne jako imperatyw chrześcijańskiego sumienia oświeconego wiarą i kierowanego miłością (…). Jest to nadzieja jedności chrześcijan, która swe Boskie Źródło znajduje w jedności trynitarnej Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (UUS 8).

Czy chrześcijanie drugiej dekady XXI w. będą ludźmi o podobnej wrażliwości sumienia? Spoglądając na modlących się o jedność podczas trwania 32. Europejskiego Spotkania Młodych w Poznaniu, można mieć nadzieję. Trzydziestotysięczny tłum młodzieży, której w sposób dyskretny towarzyszyli pasterze Kościoła, manifestował w praktyce to, co Jan Paweł II zawarł w słowach: „Wierzyć w Chrystusa znaczy pragnąć jedności; pragnąć jedności znaczy pragnąć Kościoła; pragnąć Kościoła znaczy pragnąć komunii łaski, która odpowiada zamysłowi Ojca, powziętemu przed wszystkimi wiekami” (UUS 9).

 

Tolerancja?

W czasie liturgii, tuż przed przyjęciem Chrystusa w Eucharystii, celebrans prosi Boga w imieniu zgromadzonych: „Prosimy Cię, nie zważaj na grzechy nasze, lecz na wiarę swojego Kościoła i zgodnie z Twoją wolą napełniaj go pokojem i doprowadź do pełnej jedności”. Komunia, jaka za chwilę połączy Chrystusa z wierzącym, stanowi podstawę komunii kościelnej, łączącej wyznawców jednego Pana. Tylko Pan może nas doprowadzić do jedności. To nie ludzkie wysiłki, pertraktacje i negocjacje, ale zaufanie Chrystusowi Panu i zdanie się na Niego mogą sprawić, że nastanie „jedna owczarnia i jeden Pasterz”.

Czy więc należy się jedynie modlić i biernie czekać na nadejście jedności? Bierność nie ma w sobie nic z ewangelicznego zapału. Bierność oznacza stagnację, rezygnację, oziębłość. W przeszłości Polska uznawana była za ostoję tolerancji. W granicach Rzeczypospolitej znajdowali schronienie liczni innowiercy, którym przyzwalano na wolne wyznawanie wiary. Tolerancja, choć szlachetna, ma w sobie jednak coś z bierności. Oznacza ona, że jestem gotów znosić drugiego. W odniesieniu do dzieci jednego Boga przykazaniem jest jednak miłość, a nie tolerancja.

„Sama tolerancja między Kościołami to stanowczo za mało. Co to bowiem za bracia, którzy się jedynie tolerują? Trzeba się również wzajemnie akceptować. (…) Nie można jednak poprzestać na wzajemnej akceptacji. Pan dziejów stawia nas wobec trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa. Wybija wielka godzina. Nasza odpowiedź winna dorastać do wielkości chwili szczególnego Bożego kairosu. (…) Jezus Chrystus, Ten, który jest i który przychodzi, oczekuje od nas czytelnego znaku jedności, oczekuje wspólnego świadectwa” (Jan Paweł II, Wrocław, 31 maja 1997). Wiara w powtórne przyjście Chrystusa łączy wszystkich chrześcijan. Czy zastanie nas zjednoczonych, czy choć tęskniących za pełną jednością?

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki