Logo Przewdonik Katolicki

Moje spotkanie z księdzem Jerzym nadal trwa...

Dominik Górny
Fot.

Z Kazimierzem Kaczorem, aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym, przyjacielem ks. Jerzego Popiełuszki

 

 

Z Kazimierzem Kaczorem, aktorem teatralnym, filmowym i telewizyjnym, przyjacielem ks. Jerzego Popiełuszki

 

 

 

 

W jednym z kazań ks. Jerzego Popiełuszki słyszymy, iż „nadziei nie można uśmiercić” – czy to właśnie „nadzieja” była w Pana odczuciu istotą jego powołania?

– Na pewno tak, ale poza nią, a może nawet na pierwszym miejscu – miłość do ojczyzny. W kazaniach ks. Jerzego można ją postrzegać jako „czyste” uczucie przejawiające się w miłości do ludzi, w zawierzeniu, że potrafią być dobrzy oraz w nadziei, że ta wiara przyniesie im nie tylko zbawienie, ale i upragnioną wolność ojczyzny. Tak uważaliśmy wszyscy, a przecież takich jak ja, którzy dostąpili zaszczytu przebywania z ks. Jerzym, były wokół niego setki…

 

Jednak charyzma ks. Popiełuszki sprawiła, iż mógł się Pan poczuć jego przyjacielem…

– Myślę, że ks. Jerzy dostrzegł we mnie gotowość do niesienia mu pomocy, a on na takie „ludzkie odruchy” był wyjątkowo wyczulony…

 

Kiedy po raz pierwszy spotkał go Pan osobiście?     

Na początku, w okresie „Solidarności”,  spotykałem się z nim np. na różnych uroczystościach czy podczas Mszy św. Czasem zamienialiśmy nawet kilka słów, jak to bywa przy takich okazjach. Spotkanie, które zapoczątkowało naszą bliższą znajomość, miało miejsce w grudniu 1981 r. A było to tak: Razem z teatralnymi kolegami próbowaliśmy zbudować podziemną strukturę „Solidarności”, aby stworzyć kasę zapomogową dla artystów internowanych, represjonowanych i takich, którzy z powodu bojkotu telewizji stracili źródło utrzymania. Wiedziałem, że ks. Jerzy, będący duszpasterzem warszawskich hutników, oraz Andrzej Szczepkowski, prezes ZASP, tworzyli podobne kasy i mają podobne potrzeby… Udałem się więc do ks. Jerzego… Zadzwoniłem do drzwi – raz, drugi, trzeci… bez skutku… Wszedłem do zakrystii, ale nikogo nie było. Spróbowałem zadzwonić raz jeszcze i wtedy zobaczyłem, że firanka w oknie na pierwszym piętrze się poruszyła, ale nikt nie otworzył drzwi. Poczekałem dłuższą chwilę i odszedłem. Opowiedziałem o tym mojemu przyjacielowi Jurkowi Markuszewskiemu. I to dopiero on, działacz podziemia, mający wiele znajomości, umożliwił mi spotkanie z księdzem Jerzym. I gdy jakiś czas później zadzwoniłem do jego drzwi, od razu mnie podjął z zażenowaniem wyznając, iż kilka dni wcześniej widział mnie, jak stałem pod jego oknem: „...ale nie poznałem, przepraszam, a nie chciałem otworzyć, gdyż w zielonej kurtce, jeansowych spodniach i jakiejś czapce wyglądał pan jak jakiś ubek…”. I w tak przedziwny sposób „wszedłem” w codzienność ks. Jerzego…              

 

Jak wyglądała ta „codzienność”?

– Na przykład po obiedzie ks. Jerzy miał ochotę się zdrzemnąć, ale cóż, rzadko mu się to udawało, bo ciągle ktoś do niego miał sprawę. Bardzo lubił herbatę, kawę z biszkoptami, słodycze, szczególnie cukierki, którymi obdzielał goszczącą w jego domu licealną młodzież, bo to właśnie ona odwiedzała go najczęściej. Dzielił się wszystkim co miał. A młodzież była w niego tak zapatrzona, iż sprawiała wrażenie, że jest skłonna pomóc mu dosłownie we wszystkim, o co by ją poprosił. Oni go nie tylko podziwiali, oni go po prostu kochali.

Ze spraw przyziemnych to  ks. Jerzy np. nie bardzo lubił chodzić do dentysty – czasem nawet nalegał, abym z nim poszedł, prosząc: „Chodź ze mną, gdyż boję się, że po drodze zawrócę”. Odnosząc się zaś do sfery duchowej – był niezwykle skromny, niewymagający, szczodry w dawaniu dobra, przy jednoczesnym braku oczekiwań, że ono do niego powróci.

Każdemu ofiarowywał piękno swojej pokory…

 

W jakiej mierze, jako „artysta pokory”, nauczył Pana aktorstwa?

– Nauczył mnie, iż wielkie słowa: Bóg, wiara, honor, ojczyzna, patriotyzm można wypowiadać w najprostszy z możliwych sposobów, bez zbędnego patosu, aby przywrócić im pierwotne znaczenie – wyjaśnienia Bożych przykazań powinniśmy poszukiwać w naszej codzienności, w szczerym zrozumieniu naszych, zwyczajnych ludzkich problemów – chociażby znaczenie przykazania „nie zabijaj” sprowadza się przecież również do tego, aby w codziennym życiu nie robić krzywdy bliskiej czy obcej osobie, nie zabijać w niej nadziei. 

W zawód aktora wpisane jest niebezpieczeństwo popadnięcia w stan samouwielbienia, bo skoro tyle ludzi przychodzi, gdyż chce mnie słuchać, to pewnie jestem niesłychanie ważny. Tymczasem postawa ks. Jerzego przekonywała, że wielkość człowieka określa pokora. Msze św. za ojczyznę, które odprawiał, stawały się coraz bardziej popularne, a on nigdy nie przestał być sobą. Był wytrwały w „czuwaniu” nie dla własnego interesu, ale dla dobra ojczyzny. I dzięki takiemu świadectwu wspomniane Msze dla wielu ludzi wiązały się z powrotem do kościoła – nie w sensie instytucjonalnej hierarchii, ale w wymiarze wiary – do „każdego kościoła” – murowanego i przydrożnej kapliczki – niezależnie od tego, czy byłeś wątpiący, niewierzący, czy myślący inaczej…

Ściskało mnie w gardle, gdy pod koniec Mszy śpiewaliśmy „Boże, coś Polskę” i „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”. Wzruszeni rozchodziliśmy się do swoich domów, delikatnie przepychając się przez tłumy ubeków i wojska, starając się nie odpowiadać na ich zaczepki… Dodam też, że funkcjonariusze stojący wokół kościoła, po wysłuchaniu Mszy i takich pieśni, wydawali się spokojniejsi, zamyśleni, jakby zmuszeni do refleksji… 

 

Jakich wartości nie mógłby Pan w pełni docenić, gdyby nie poznał ks. Popiełuszki?

Ks. Jerzy poprosił mnie o to, bym czasem przeczytał niektóre z jego kazań jeszcze przed ich wygłoszeniem. Prosił o to wiele osób, do których miał zaufanie. Radził się w kwestii doboru słów – miały brzmieć tak, żeby potępiały zło, ale nie wywoływały nienawiści. Taką postawę podziwiałem, ale do dziś jest ona dla mnie trudna do naśladowania. Jak bowiem można zwalczać zło, cierpieć bez odczuwania chęci odwetu za wyrządzone krzywdy? Natomiast ks. Jerzy potrafił tak czynić. Mówi o tym chociażby opowieść ks. Boguckiego: Jadł kiedyś z ks. Jerzym uroczystą kolację w gronie kapłanów skupionych wokół parafii św. Stanisława Kostki. W pewnej chwili ks. Jerzy wstał od stołu i wyszedł. Wszyscy podbiegli do okien, by popatrzeć gdzie on tak popędził… i zobaczyli Jerzego, który dzielił się opłatkiem z zomowcami, którzy obstawiali kościół. Innym razem, podczas zimy, zaniósł im ciepłą zupę i herbatę…

Taką wartością była także wiara w moc modlitwy. Przyglądając się ks. Jerzemu, jak szczerze rozmawia z Bogiem, pomyślałem, że gdy będę w potrzebie, poproszę go, aby ze mną uklęknął, gdyż wtedy moje prośby zyskają większą szansę na wysłuchanie – zresztą do dziś w trudnych momentach proszę go o wstawiennictwo. Jest mi tak bliski, iż obawiam się, że jako błogosławiony – namalowany na obrazach i wyniesiony na ołtarze, „oddali się” niejako ode mnie… Chciałbym, żeby pozostał w moim wyobrażeniu takim, jakim był naprawdę... z serdecznym wyrazem uśmiechniętej twarzy…  

 

Po tak serdecznych osobach pozostają pamiątki…  

– Mam parę, ale jedną szczególną… Kiedyś ks. Jerzy powiedział, że chciałby mi podarować coś wyjątkowego i wyciągnął Biblię… Otwarł ją na pierwszej stronie, mówiąc, że  wpisze mi dedykację, ale jeszcze nie jest pewny jaką. Wiedziałem, że zwyczajowo np. pisze się „z pozdrowieniami” albo jakoś tak, ale nie zamierzałem niczego podpowiadać. W końcu stwierdził, że nic lepszego nie może napisać, jak: „Kazimierzowi Kaczorowi – Jerzy Popiełuszko”… To było dla niego najprawdziwsze. W tych słowach zawarł „wszystko” – istotę  naszej znajomości, wzajemnego wspierania się… Niedługo potem wyjechałem.

 

Co było tego przyczyną?

– Takich przyczyn było kilka… Pierwsza z nich wiązała się z tym, iż na jesień 1983 roku moja rodzina przestała czuć się bezpieczna – mieliśmy nocne telefony, uszkodzenia samochodu, nie wspominając o groźbach kierowanych do mojej córki, której miało wydarzyć się „coś złego”, jeśli nie zaprzestanę aktorskiego bojkotu i udziału w Mszach ks. Jerzego. Druga sprawa – atmosfera wokół Jerzego zaczęła „gęstnieć” – był prześladowany przez ubeków, którzy nie tylko go nachodzili, ale wyraźnie prowokowali. Podrzucali różne, podpadające ówczesnej władzy rzeczy, za które ciągali go na przesłuchania i po sądach. Kiedyś, wybijając okno, wrzucili do jego mieszkania granat… Po trzecie – część kościelnej hierarchii była przeciwna temu co robił ks. Jerzy i dawała do zrozumienia, aby na jakiś czas wyjechał do Rzymu, a tym samym zaprzestał swoich ryzykownych działań, gdyż „Msze nie mają służyć prowokowaniu władzy”. I czwarta rzecz – jeden z moich przyjaciół, podróżników i żeglarzy, Tony Halik, zaproponował mi rejs na Karaiby. Mieliśmy więc z Jerzym rozstać się tylko na pewien czas. Chciałem wrócić najpóźniej w październiku 1984 roku, gdyż ks. Jerzy obiecał mnie i mojej żonie, z którą miałem ślub cywilny, że pobłogosławi nasz związek sakramentalny w Częstochowie...

 

Co Pan powiedział ks. Popiełuszce podczas ostatniego spotkania?

– Ponieważ zależało mi na poprawie zdrowia i samopoczucia ks. Jerzego, bo widać było, że jest zmęczony, anemiczny, znerwicowany i powinien wypocząć – doradziłem, aby może skorzystał z możliwości wyjazdu do Rzymu. Nie wspominając już, iż propozycja tej podróży chyba wypłynęła od kard. Józefa Glempa. Czasem się zastanawiam, czy jeśli udałoby mi się go nakłonić do wyjazdu, mógłby dalej żyć…?

 

O co by go Pan dziś zapytał?

– „Jurek, jak się czujesz, mając sześćdziesiąt trzy lata?” – szczerze mówiąc, trudno mi sobie wyobrazić, aby mógł mieć tyle lat… Wspominalibyśmy dawne czasy, rozmawiali o postępowaniu ludzi, którzy niegdyś wydawali się naszymi przyjaciółmi…

 

Czy w swojej pamięci nosi Pan jakieś szczególne słowa, którymi można by zakończyć tę rozmowę?

– Nie chciałbym jej kończyć żadnymi słowami, bo odczułbym to tak, jakbym żegnał się z ks. Jerzym. Nie opowiadałem o tym, co się skończyło – dla mnie spotkanie z ks. Jerzym nadal trwa…

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki