Logo Przewdonik Katolicki

Najlepsze dopiero przed nami

Dominik Górny
Fot.

Z Ireną Jarocką, legendą polskiej piosenki, rozmawia Dominik Górny

 

Z Ireną Jarocką, legendą polskiej piosenki, rozmawia Dominik Górny

 

Śpiewa Pani, że „nie wrócą te lata, te lata szalone” – może jednak warto powrócić do nich głosem wspomnień?

– Myślę, że warto wracać tylko do tego, co było miłe. Oczywiście, w moim życiu zdarzało się wiele nie tylko szczęśliwych sytuacji, ale nie żyję już smutną przeszłością. Uważam, że ona była po to, aby mnie czegoś nauczyć, wzmocnić, a przede wszystkim dać siłę do pokonywania nowych wyzwań, które niesie teraźniejszość. Mam taką filozofię, że jeśli wracają do mnie smutne wspomnienia czy niepowodzenia, to dlatego, że sytuacje z nimi związane jeszcze mnie wystarczająco dużo nie nauczyły. Próbuję dostrzec w nich coś pozytywnego, dzięki nim nauczyć się czegoś, żebym miała z nich większy pożytek. Bardzo często zadaję sobie pytanie: „Skoro problemy do mnie powracają, Boże, podpowiedz mi, czego z nich mogę się jeszcze nauczyć?”.

 

Czego się więc w ten sposób Pani nauczyła?

– Przede wszystkim tego, że jeśli ktoś mi zadaje ból, to nie zawsze musi być świadomy, że mnie rani. Z czasem okazywało się, że powinnam dziękować tym, którzy kiedyś wyrządzili mi krzywdę. To właśnie dzięki nim poznałam jakąś część życia, która mnie wzbogaciła. Może moje myślenie jest do pewnego stopnia okrutne, bo w końcu kto dziękuje Bogu za kłopoty i nieszczęścia swego życia, ale przecież ostatecznie człowiek najwięcej się uczy wtedy, kiedy jest w „życiowych dołkach”. Jeśli odczuwałam kiedyś ból, to dziś zostawiam go za sobą. Co ciekawe, kiedy myślę pozytywnie, ten ból już mnie tak jak dawniej nie dotyka, jest łagodniejszy. Takie pogodne myślenie to mój sposób na ułatwienie sobie życia.

 

Podkreśla Pani, że wyjazd do Stanów Zjednoczonych zmienił Panią jako człowieka. Na czym polega ta zmiana?

– Będąc w Stanach nauczyłam się umiejętności innego patrzenia na świat. Nie było to łatwe wyzwanie, bo mam wrażenie, że my, Polacy, jesteśmy z natury malkontentami. Lubimy, często dla zasady narzekać, „zwalać” swoje winy na innych itd. Taka już jest nasza słowiańska natura. Przyznam, że ja też w jakiejś mierze przejawiałam taką właśnie słowiańską naturę, mimo że w głębi byłam optymistką. Wyjazd do Ameryki zupełnie odwrócił mój sposób myślenia. Dzięki temu teraz, gdy mam problem, zaczynam zawsze od siebie. Nauczyłam się akceptować siebie i miejsce, w którym jestem. Potrafię się cieszyć tym, co mi przynosi życie, zwykłą codziennością…

 

…czyli tymi „małymi rzeczami”, o których śpiewa Pani na swojej najnowszej płycie. Dlaczego są one takie ważne? 

– W naszym życiu codziennie spotyka nas wiele piękna i szczęścia. Ale jest ono ukryte w drobiazgach, tym, co pozornie nieważne. Powinniśmy nauczyć się dostrzegać właśnie te „małe rzeczy”, czerpać z nich radość, bo z nich tworzą się wielkie marzenia. Proszę mi wierzyć, że one są dosłownie wszędzie, tylko trzeba chcieć je zauważyć!

 

W jaki sposób można tego dokonać?

– Trzeba w każdym napotkanym człowieku, w każdej chwili życia, dostrzegać w pierwszej kolejności to, co dobre. W jednej z książek przeczytałam kiedyś, że jeśli jest ci smutno, to najlepszym sposobem na poprawienie nastroju jest wspomnienie dobrych rzeczy. To mogą być ostatnie wakacje, piękny widok, miłe słowo – cokolwiek, co pozwoli poczuć się lepiej.

 

„Pieśń zrodzona w sercu jest prawdziwa jak poezja” – jak te słowa odnoszą się do Pani artystycznej drogi?

– Zarówno słowo, jak i piosenka najbardziej trafiają do słuchacza, jeśli w tym, co się mówi bądź śpiewa jest serce i pasja. Sztuka jest dziedziną życia, w której chyba najtrudniej jest ocenić, kiedy coś jest dobre, a kiedy coś nie ma wartości. Każdy sztukę widzi inaczej, ale to nie znaczy, że gorzej od innych. Serce artysty i publiczność jest najlepszym barometrem tego, ile dana sztuka jest warta. Publiczność natychmiast wyczuwa fałsz. Jeśli nawet nie wiedzą dokładnie, co się dzieje z artystą, to są w stanie stwierdzić, że coś im nie pasuje, czyli nie wierzą temu, co artysta śpiewa lub mówi. Publiczność domaga się prawdy. 

 

Czy to właśnie ta prawda pozwala Pani od tylu lat śpiewać na scenie?

– Na pewno tak. Przed każdym swoim koncertem lubię się skupić. Niezależnie od tego, co by się w moim życiu nie działo, problemy zostawiam za kulisami. Dzięki temu jestem „cała” dla publiczności. Jestem typem artystki, która nie potrafi nie dawać siebie. Każdy koncert jest dla mnie specjalny, każdy widz jest wyjątkowy. Śpiewam z całego serca. Wydaje mi się, że właśnie tym w pierwszej kolejności „zarażam” ludzi. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy nie nudzi mi się śpiewać setki razy „Odpływają kawiarenki” czy innych dawnych przebojów. Właśnie dzięki temu, że za każdym razem jest inna publiczność, jej inna reakcja i energia, nigdy się nie nudzę podczas śpiewania. Skoro jest nowa publiczność, to dawną piosenkę też śpiewam na nowo. W tym cała sztuka.

 

Każda Pani piosenka niesie w sobie inną barwę emocji. Jaki krajobraz one malują w Pani duszy?

– Może obraz impresjonistyczny, nasycony piękną kolorystyką… Tak określiłabym krajobraz swojej duszy, bo mimo tego, że śpiewam piosenki różne stylowo, każda z nich jest przetworzona przeze mnie, czyli jest w niej prawda. Tak jest z piosenkami jazzowymi, country, soulowymi czy pop-music.

 

Muzycznych stylów tyle, ile piosenek, a jaka właściwie jest Irena Jarocka – bardziej klasyczna czy dynamiczna?

– Z natury jestem spokojnym człowiekiem. Natomiast na scenie potrafię być zadziorna. W życiu lubię być skromna, choć na estradzie bywam kokietką. Scena mnie bardzo zmienia. Mam jak gdyby dwa życia – prywatne i sceniczne, które się od siebie zupełnie różnią.

 

Który z momentów estradowego życia zmienił Pani podejście do śpiewania piosenek, ich doboru i tematyki?

– Takich etapów w moim zawodzie było bardzo wiele. Przyznam się, że do 1976 roku bałam się śpiewać piosenek z „głębokim” tekstem, jak np. francuskich utworów Brella. Zwyczajnie nie wierzyłam w siebie, że piosenkę z dobrym tekstem będę potrafiła zaśpiewać aktorsko, z odpowiednim akcentem itp. Później zagrałam w „Motylem jestem, czyli romans czterdziestolatka” i ten film mnie otworzył. Pozwolił mi zaufać samej sobie, że w swoich piosenkach umiem przekazać coś głębszego.

 

Czy jest jakaś metoda, by dobrze zinterpretować piosenkę?

– Żeby dobrze zaśpiewać piosenkę z ważnym tekstem, potrzeba czasu i doświadczenia. Aby coś przekazać, nie można się bać otworzyć dla publiczności. Trzeba próbować nawet się z nią „bawić”, żeby nie było jakiejś niewidzialnej zapory, dystansu. Ma to być spotkanie z przyjaciółmi. Staram się, aby tak zawsze było, kiedy śpiewam zarówno piosenki polskie, jak i francuskie, a trzeba przyznać, że w swoim repertuarze mam ich wiele.

 

Czy są takie słowa piosenki, które można uznać za Pani artystyczne motto?

– „Dopóki mamy, co mamy, jest wszystko przed nami. Świat cały zamyka się w nas”. Niezależnie od tego, w jakim wieku człowiek by nie był, ile miałby za sobą dobrych i złych doświadczeń, zawsze wszystko to, co najlepsze jest dopiero przed nami. Wierzę, że przydarzy mi się jeszcze wiele wspaniałych rzeczy. Uwierzmy w swoją przyszłość, że jeszcze na wiele jest nas stać.  

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki