Tragiczny los przypadków

Prezydentem został przez przypadek. Podobnie jak wcześniej wskutek splotu różnorodnych okoliczności przybył do odrodzonej Rzeczypospolitej zemigracji wSzwajcarii, gdzie również wyjechał wprzygodnych okolicznościach. Jego polityczna kariera, której ukoronowaniem stała się pięciodniowa prezydentura, to splot przypadkowych koincydencji zwieńczonych tragicznym...
Czyta się kilka minut

Prezydentem został przez przypadek. Podobnie jak wcześniej wskutek splotu różnorodnych okoliczności przybył do odrodzonej Rzeczypospolitej z emigracji w Szwajcarii, gdzie również wyjechał w przygodnych okolicznościach. Jego polityczna kariera, której ukoronowaniem stała się pięciodniowa prezydentura, to splot przypadkowych koincydencji zwieńczonych tragicznym finałem.

Rok 1922 w świeżo odrodzonej Rzeczypospolitej był niezwykle dynamiczny i pełen dramatycznych wstrząsów. Dopiero co gojąca rany po wojnie z bolszewikami Polska, z niepewnymi granicami i poważnymi problemami wewnętrznymi, czekała na pierwszego w swej historii prezydenta. Oficjalnie głową państwa był od 1918 roku naczelnik Józef Piłsudski. W kraju nie tylko tłumy, ale też elity polityczne były pewne, że pod koniec 1922 roku to właśnie on, owiany nimbem bohaterstwa marszałek, zostanie wybrany na pierwszego prezydenta odrodzonej Rzeczypospolitej. W obliczu jego postaci każda inna kandydatura wówczas mizerniała.

Pod rządami konstytucji

Urząd prezydenta został w Polsce wprowadzony po raz pierwszy przepisami konstytucji z 17 marca 1921 roku, zwanej marcową. Ustawa zasadnicza dawała jednak prezydentowi niewielkie uprawnienia. Miał on co prawda prawo inicjatywy prawodawczej, ale każdy wydany przezeń akt prawny wymagał dla ważności kontrasygnaty premiera i właściwego ministra. Prezydent z urzędu podpisywał i ogłaszał wszystkie sejmowe ustawy, których nie mógł jednak wetować. Jakkolwiek miał prawo powoływania ministrów, to jednak mógł czynić to wyłącznie na wniosek premiera, którego formalnie sam powoływał lub odwoływał, ale w wyraźnej zależności od większości sejmowej. Większość istotnych dokumentów, jakie prezydent według konstytucji marcowej podpisywał w imieniu państwa, wymagała zgody Sejmu. Prezydent, podobnie jak dziś, był też zwierzchnikiem sił zbrojnych w czasie pokoju, ale w czasie wojny nie mógł objąć stanowiska naczelnego wodza. Wobec tak wąsko skrojonego „garnituru” konstytucyjnych przywilejów, godność prezydenta Rzeczypospolitej stawała się czysto „dekoracyjna”.

Od Chjeny do Piasta

Jesienią 1922 roku, wraz z wyborem nowego parlamentu, weszła w życie nowa, wspomniana już konstytucja marcowa, uchwalona niespełna półtora roku wcześniej. Walka o głosy wyborcze pomiędzy młodymi stronnictwami politycznymi była burzliwa i zacięta. Sam wynik wyborczy daleki był od wskazania jednoznacznego zwycięzcy. W 444-osobowym Sejmie, najwięcej, bo 163  mandaty, otrzymał Chrześcijański Związek Jedności Narodowej, zwany przez politycznych przeciwników Chjeną. Z niemal 37 procentami głosów to prawicowe stronnictwo nie było jednak w stanie samodzielnie rządzić. Ostatecznie Chjena podjęła rozmowy koalicyjne z kompromisowym PSL Piast, który dysponował 70 mandatami sejmowymi, z góry odrzucając alianse z lewicą czy mniejszościami narodowymi. To właśnie przedstawiciel PSL Piast, Maciej Rataj, został marszałkiem Sejmu.

Zajęci parlamentarnymi swarami i roszadami posłowie i senatorowie początkowo nie bardzo przejmowali się czekającym ich wyborem Prezydenta RP, sądząc intuicyjnie, jak całe nieomal polskie społeczeństwo, że godność ta zostanie przez parlament niejako automatycznie powierzona dotychczasowemu naczelnikowi państwa Józefowi Piłsudskiemu. Jednak niespodziewanie dla większości naczelnik oświadczył, że godności prezydenta nie przyjmie. W parlamentarnych kuluarach zapanowała konsternacja, a następnie popłoch i nerwowe przymiarki pospiesznie kreowanych kandydatów. Pojawiały się nazwiska skądinąd całkiem zasłużonych Polaków: Wojciecha Trąmpczyńskiego, Józefa Hallera, Ignacego Jana Paderewskiego, Kazimierza Morawskiego, Wincentego Witosa. Główne partie polityczne nie potrafiły ustalić jednak kompromisowego, wspólnego kandydata.

Pewna siebie endecja, czyli prawicowa Chjena, wystawiła wreszcie swego faworyta – zasłużonego dla sprawy polskiej arystokratę Maurycego Zamoyskiego. Choć był możliwy do zaakceptowania przez różne siły polityczne, to jednak właśnie dla ludowców, domagających się radykalnej reformy rolnej,  kandydatura tego największego w Polsce posiadacza ziemskiego była raczej nie do przyjęcia. PSL Piast wystawił więc w odwecie kandydata z pozoru niezależnego, centrowca, dawnego socjalistę i współpracownika Piłsudskiego jeszcze z PPS – Stanisława Wojciechowskiego. Wszystko wskazywało na to, że to właśnie Wojciechowski zostanie prezydentem – był mniej kontrowersyjny niż Zamoyski, cieszył się poparciem Piłsudskiego, a i sami endecy mieli mu niewiele do zarzucenia. Poza tym w Sejmie zgłoszono jeszcze trzy, znacznie skromniejsze, symboliczne – jak się wydawało – kandydatury. PPS zaproponowało Ignacego Daszyńskiego, w listopadzie 1918 roku premiera rządu w Lublinie, doświadczonego polityka. Mniejszości narodowe forsowały na najwyższy urząd w państwie wybitnego językoznawcę Jana Baudouin de Courtenay. Piątym, najskromniejszym kandydatem, wystawionym przez niewielkie PSL Wyzwolenie, był minister spraw zagranicznych, profesor Gabriel Narutowicz. Rozpoczęła się więc wyborcza ruletka, pełna przetargów, nocnych rozmów, nagłych rozdań i przetasowań, przejazdów starymi limuzynami po Warszawie.

Wybór pierwszego obywatela

Dnia 9 grudnia 1922 roku w gmachu Sejmu zgromadzili się posłowie i senatorowie, tworzący  Zgromadzenie Narodowe. To przed nimi konstytucja stawiała przywilej, ale i odpowiedzialność wyboru pierwszego w dziejach Prezydenta Rzeczypospolitej. W pierwszej turze głosowania Zamoyski otrzymał aż 222 głosy, co stanowiło połowę składu Sejmu, nie było jednak wymaganą konstytucyjnie większością, pozwalającą na ogłoszenie nazwiska prezydenta. Tuż za nim był kandydat ludowców – Stanisław Wojciechowski ze 105 głosami. Baudouin de Courtenay otrzymał nadspodziewanie dużo, bo 103 głosy. Zaś Narutowicz i Daszyński odpowiednio – 62 i 49. Konieczna była druga tura, w której PPS swoje głosy oddane wcześniej na Daszyńskiego przekazała Wojciechowskiemu, zaś mniejszości narodowe odebrały poparcie dla językoznawcy na rzecz silniejszego Narutowicza. Wynik drugiej tury znów był niejasny: Zamoyski – 228, Wojciechowski – 152, Narutowicz – 151, Baudouin de Courtenay – 10 i Daszyński z jednym głosem (możliwe, że swoim własnym). Emocje dopiero teraz sięgnęły zenitu. Daszyński i Baudouin de Courtenay wypadli z dalszych głosowań, wyboru trzeba więc było dokonać pomiędzy trzema kandydatami. Endecja postanowiła za wszelką cenę wyeliminować Wojciechowskiego, sądząc słusznie, że silny Zamoyski w konfrontacji z Wojciechowskim jednak straci, bo na tego ostatniego przejdą głosy oddane uprzednio na innych kandydatów. Dlatego w czwartym głosowaniu endecy „dodali” nieco głosów Narutowiczowi, eliminując tym samym kandydata ludowców. Sprawa wydała się więc przesądzona – endecy z Chjeny byli przekonani, że w ostatecznym pojedynku wyborczym ludowcy, nie mając już swojego kandydata – Wojciechowskiego, poprą hrabiego Maurycego Zamoyskiego, który choć nie „ich”, to jednak sto razy lepszy od kandydata konkurencyjnego PSL Wyzwolenia – Narutowicza.

Perfekcyjna pułapka wyborcza Chjeny rzeczywiście zatrzasnęła się – tyle że wpadła w nią sama endecja. Nie przewidziała ona buntu w szeregach ludowców, którzy nie chcąc głosować na „pana hrabiego”, poparli przekornie Narutowicza. W ostatecznej rozgrywce ten najsłabszy, początkowo ostatni kandydat, otrzymał aż 289 głosów elektów ze Zgromadzenia Narodowego, wyprzedzając kandydata prawicy Maurycego Zamoyskiego z 227 głosami.

Pierwszego prezydenta odrodzonej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej wybrano legalnie. Elekcja ta była jednak efektem niedojrzałych kompromisów, politycznych targów, kalkulacji, koteryjnych zabiegów i intryg. Jakże jednak były one podobne do innych elekcji, z których niegdyś słynęła Rzeczpospolita.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 9/2008