Co z tą Ukrainą?




















Rządząca koalicja straciła jednak parlamentarną większość, a pokłócone partie pomarańczowej rewolucji, czyli proprezydencki blok Nasza Ukraina oraz BJUT premier Julii Tymoszenko, pogrążały się w coraz bardziej zaciętych sporach. Informacja o kolejnym ukraińskim kryzysie wywołała w Polsce żywy odzew. Ukraina przegrywa zachodnią...
Czyta się kilka minut

 

Rządząca koalicja straciła jednak parlamentarną większość, a pokłócone partie „pomarańczowej rewolucji”, czyli proprezydencki blok Nasza Ukraina oraz BJUT – premier Julii Tymoszenko, pogrążały się w coraz bardziej zaciętych sporach. Informacja o kolejnym ukraińskim kryzysie wywołała w Polsce żywy odzew. „Ukraina przegrywa zachodnią szansę”, „Załamanie filaru polskiej polityki wschodniej”, „Rosja nie przegapi tej okazji” – przestrzegały artykuły w najbardziej poczytnych polskich dziennikach. Krytykowano prezydenta Juszczenkę za zbyt pochopną decyzję, premier Julię Tymoszenko za to, że w imię zbliżających się wyborów prezydenckich rozpoczęła bezpardonową walkę z głową państwa.

Sprzeczne sygnały

 Kolejne wybory parlamentarne, poprzedzająca je kampania i ciągnące się miesiącami tworzenie nowego rządu na pewno nie są tym, czego Ukraina potrzebuje najbardziej. Szczególnie teraz, gdy Zachód przestraszony rosyjską interwencją w Gruzji był gotów na ściślejszą współpracę z Kijowem. Z drugiej strony Wiktor Juszczenko chyba nie miał innego wyjścia. Polityczny kryzys wywołany sporami w rządzącym „pomarańczowym obozie” trwa od wiosny. W ostatnich tygodniach spór jeszcze się nasilił. Walczyły pomiędzy sobą sekretariaty prezydenta i premiera, główni aktorzy nie szczędzili wzajemnych afrontów i uszczypliwości. Najpierw pani premier ochoczo zaśmiewała się z mało subtelnych dowcipów Putina na temat głowy ukraińskiego państwa, przenosząc w ten sposób wewnątrzukraińskie spory na najmniej pożądaną, bo rosyjską arenę. Później prezydent, rozwiązując parlament, zrzucił całą winę na swoją niegdysiejszą sojuszniczkę. Co gorsze, przedmiotem walki stała się także polityka zagraniczna. Julia Tymoszenko z dystansem wyrażała się o członkostwie w NATO i stanowczo odmówiła potępienia Rosji za gruzińską interwencję. Z kolei Wiktor Juszczenko mocno deklarował swoje prozachodnie sympatie i poparcie dla prezydenta Saakaszwilego. Jednym słowem, z Kijowa na Zachód płynęły sprzeczne sygnały. W tej sytuacji nawet bez przyspieszonych wyborów nadzieje na jakiekolwiek konkretne zbliżenie do euroatlantyckich struktur były niewielkie.

 Bohaterowie „pomarańczowej rewolucji”

 Pytanie, czy wybory mogą coś w tej materii zmienić? Na razie głównym przegranym wydaje się Wiktor Juszczenko. Rozpadło się popierające go ugrupowanie Nasza Ukraina, przy czym część jego polityków przeszła do obozu Tymoszenko. Prezydent cieszy się, czy też raczej martwi, wyjątkowo niskim, bo 6-procentowym poparciem, sympatię dla ewentualnej stworzonej przez niego partii deklaruje raptem 3 procent obywateli. Lepiej wyglądają notowania pani premier. Ekspertów zastanawia jednak upór, z jakim Julia Tymoszenko stara się do przyspieszonych wyborów parlamentarnych nie dopuścić. Odmówiła wydzielenia na nie pieniędzy, usiłuje prezydencki dekret zaskarżyć w sądzie. Wygląda więc, że opinie o popularności pięknej Julii są przesadzone i że tak naprawdę w nowej Radzie Najwyższej BJUT dostanie mniej mandatów niż obecnie. W takim wypadku o utrzymaniu stanowiska szefa rządu nie ma co marzyć, a i szanse w wyborach prezydenckich 2010 r. maleją. Nie można więc wykluczyć, że ostatecznie ofiarami sporów na szczytach władzy staną się główni bohaterowie „pomarańczowej rewolucji”.

Nihil novi

 W zasadzie nic nowego. Polacy też w tej chwili są świadkami bezpardonowej walki polityków wywodzących się przecież z jednego „solidarnościowego” obozu. Różnica polega na tym, że Polska jest już w Unii Europejskiej i NATO. Tymczasem wojna w Kijowie oznacza, że na ukraińską scenę polityczną wraca tryumfalnie prorosyjska Partia Regionów. Teraz prorosyjska bardziej niż jeszcze dwa lata temu. Wtedy mówiono o możliwości ewentualnego sojuszu Janukowycza z Juszczenką, wiodącą rolę w partii odgrywał prozachodni oligarcha Rinat Achmetow. Obecnie Achmetow został odsunięty na boczny tor, a wkoło Janukowycza skupiła się grupa wyraźnie prorosyjskich działaczy. W dodatku zwycięska Partia Regionów nową rządzącą koalicję będzie tworzyć z ugrupowaniami o jeszcze bardziej antyzachodnim nastawieniu, takimi jak komuniści czy Progresywni Socjaliści, którzy, co prawda, do obecnego parlamentu się nie dostali, ale teraz będą mieli drugą szansę.

Ukraińskie dylematy

 W tej sytuacji prawdopodobieństwo, że na grudniowym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw NATO Ukraina dostanie tzw. MAP, czyli Plan Działań na rzecz Członkostwa w Sojuszu, są praktycznie równe zeru. Co prawda wobec niechęci takich krajów jak Francja czy Niemcy szanse na to i tak były niewielkie, teraz jednak Kijów dostarczył niechętnym wygodnego argumentu. Mimo to nie uważam, że Ukraina ostatecznie przegrała swoją polityczną szansę, rujnując przy okazji jeden z filarów polskiej polityki wschodniej. Sprawa integracji z Zachodem niewątpliwie się przedłuży, powrót do rosyjskiej strefy wpływów wydaje się jednak mało prawdopodobny... i to z kilku powodów. Trwający właśnie kryzys ekonomiczny drastycznie odsłonił słabość rosyjskiej gospodarki. Jedyne giełdy, których praca była już kilka razy przerywana, to parkiety moskiewskie, a jeżeli rzeczywiście czeka nas recesja i wartość ropy naftowej będzie dalej spadać, to sytuacja zrobi się poważna. Rosja może wtedy stracić swój najpoważniejszy argument nie tylko w ukraińskich przetargach, czyli tanie ropę i gaz. To po pierwsze. Po drugie, odradzające się imperialne ciągoty Moskwy działają odpychająco na byłych wasali. Zachód, co prawda, nie potrafił skutecznie ochronić Gruzji przed rosyjską interwencją. Rosyjska akcja zbrojna udowodniła jednak, iż tylko wejście w euratlantyckie struktury gwarantuje krajom Europy Wschodniej spokój i normalny rozwój. Kreml nie chce partnerów, chce poddanych, a swoją władzę utrzymuje metodą dziel i rządź. Im bardziej niestabilna jest sytuacja wasali, tym dla Rosji lepiej. Rozumie to nawet najwierniejszy z wiernych, czyli prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka, szukający teraz porozumienia z Brukselą, tym bardziej rozumieją to ukraińscy politycy. Szczególnie ci młodsi, jak np. były minister obrony narodowej Anatolij Hrycenko czy przewodniczący parlamentu Arsienij Jaceniuk. W najbliższych wyborach nie odegrają jeszcze specjalnej roli, ale za 5 lat...? Dlatego uważam, że Polska dalej powinna wspierać Ukrainę. Kijów nie musi koniecznie dostać w grudniu tzw. MAP, by dostosowywać ukraińskie normy do NATO-wskich wymagań. Zawarta w sierpniu tego roku nowa umowa z Unią Europejską pozwala na wprowadzanie na Ukrainie programów pomocowych. Kolejnym narzędziem zbliżenia może być polsko-szwedzki PAP projekt wschodniego partnerstwa, pod warunkiem oczywiście, iż przybierze wreszcie realne kształty.

Euro 2012

 W tym kontekście nie sposób nie wspomnieć o wspólnych mistrzostwach Euro 2012. Przyspieszone wybory pewnie przedłużą ukraińskie przygotowania, rozwiązany parlament nie zdążył bowiem przyjąć ustaw koniecznych do przyciągnięcia zagranicznych inwestorów. Pojawiające się w Polsce obawy, że nieodpowiedzialni politycy storpedują ukraińską część imprezy są jednak przedwczesne. Po pierwsze, tego ukraińskim politykom nawet najbardziej oddani wyborcy by nie wybaczyli, po drugie, na przeprowadzeniu Euro bardzo zależy oligarchom. To dzięki nim np. stopień przygotowań stadionów u naszych wschodnich sąsiadów wygląda w większości wypadków zdecydowanie lepiej niż w Polsce. Oligarchom zależy na związanych z Euro zarobkach, przy okazji jednak Ukraina będzie miała szanse zaprezentowania się jako normalny kraj europejski. Może to być tym łatwiejsze, że w 2012 roku będzie już zarówno po parlamentarnych, jak i prezydenckich wyborach.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 44/2008