Logo Przewdonik Katolicki

Niemieckie "żarty"

Szymon Hołownia
Fot.

Grube żarty, jakie z Jana Pawła II zrobił sobie niemiecki Die Welt, nie wywołały we mnie oburzenia. Wywołały litość. Dostatecznie długo żyję na tym świecie, by wiedzieć, że ludzie mają różne poczucie humoru. Jednych do uśmiechu prowokuje Kabaret Starszych Panów, inni krztuszą się z radości, gdy ktoś podczas kolacji zepsuje powietrze...

Grube żarty, jakie z Jana Pawła II zrobił sobie niemiecki „Die Welt”, nie wywołały we mnie oburzenia. Wywołały litość. Dostatecznie długo żyję na tym świecie, by wiedzieć, że ludzie mają różne poczucie humoru. Jednych do uśmiechu prowokuje „Kabaret Starszych Panów”, inni krztuszą się z radości, gdy ktoś podczas kolacji „zepsuje” powietrze w salonie. Dowcip moich niemieckich kolegów należał niestety do drugiej z wymienionych wyżej kategorii.

W całej tej sprawie najciekawsze wydało mi się jednak pytanie: co robić z tym dalej? Gdybym mieszkał w Niemczech, nie miałbym większych problemów z odpowiedzią – postulowałbym czytelniczy bojkot gazety, która zamieszcza takie kretyństwa. To jedna z podstawowych reguł wolnego rynku – każdy z nas wyraża swój sąd o pracy innych ludzi setki razy dziennie, kupując tę gazetę a nie jakąś inną, wybierając niebieski proszek do prania zamiast czerwonego i decydując się na oglądanie tego a nie innego kanału w telewizji. Ale co mam zrobić ja – mieszkający w Polsce katolik, którego do żywego dotyka, gdy jakiś matoł wyśmiewa się z kalectwa Jana Pawła II? Słać protesty? Zrobić durny żart o Niemcach? Iść na wojnę?

Kilkanaście lat temu pewien stary zakonnik, zapytany przeze mnie o roboczą definicję mnicha, odpowiedział: to człowiek, na którym zatrzymuje się zło. Pochłaniacz zła, który choć go doświadcza, nie przekazuje go dalej. W psychologii takie zachowanie nazywa się też czasem kontenerowaniem emocji, zbieraniem ich i zamykaniem w miejscu, z którego nie będą się mogły wydostać. Podobna nuta pobrzmiewa przecież także u źródła – w wezwaniu Jezusa, by jeśli ktoś chce nas uderzyć w jeden policzek, tym chętniej nadstawić mu i drugi. A więc – czy to znaczy, że kiedy ktoś wyśmiewa się z naszych świętości, mamy nie przechodzić do kontrataku, mamy nie bronić naszych słusznych praw? Gdzie przebiega granica między chrześcijaninem a zwykłym fajtłapą, po którym każdy może „jeździć” jak mu się żywnie podoba, bo wiadomo, że przecież jako chrześcijanin nie bardzo może oddać?

Odpowiedź na to pytanie tkwi chyba w innych słowach Jezusa, gdy mówi On o tym, że królestwo Jego nie jest z tego świata. A więc zbudowane jest na zupełnie innych, niż te ziemskie, prawach. Jeśli ktoś na mnie bluzga, ja też – owszem, mogę mu nabluzgać zwrotnie; problem w tym, że w żaden sposób nie zwiększy to sumy dobra na świecie, nie przybliży Królestwa Bożego. Powołaniem chrześcijanina jest zmniejszać sumę zła, choć w obliczu ewidentnej krzywdy, jaka nas spotyka, nie jest to zadanie proste. Jezus pokazał to dobitnie, gdy wisiał na krzyżu, a stojący na dole ludzie robili sobie z umierającego człowieka żarty, znacznie bardziej brutalne niż panowie z „Die Welt”. Jezus, choć z pewnością nie czuł się z tym dobrze, nie wygłaszał tyrad, nie przekonywał nikogo, że ma rację, nie dochodził swoich praw, nie wygrażał im, nie zapowiadał zemsty. Cierpliwie tego wszystkiego słuchał. Uczył nas, że chrześcijaństwo nie jest religią dla twardych mścicieli. Że świat, być może, będzie nas czasem wyzywał od fajtłap czy ofiar. Jego też wyzywał, i dzięki Niemu mamy pewność, że po tamtej stronie to my będziemy śmiać się ostatni.

Zamiast więc szykować odwet na tych, którzy nam wygrażają, jasno wyartykułujmy swoje stanowisko, a później po prostu pomódlmy się za kolegów z „Die Welt”. Najlepiej o dar poczucia humoru, bo na razie go, jak widać, nie mają.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki