Logo Przewdonik Katolicki

Kim jestem, aby pouczać...

Szymon Hołownia
Fot.

Faktom nie da się zaprzeczyć abp Wielgus zafundował polskiemu Kościołowi średniej wielkości trzęsienie ziemi. Pytanie tylko, co dalej. Czy przez najbliższe tygodnie będziemy biegać po okolicy pokazując sobie nawzajem swoje rany, wypytując ludzi i dzieląc ich na obozy, szukać winnych, tropić medialne spiski, czy wreszcie weźmiemy się do roboty, by to co w ostatnim tygodniu...

Faktom nie da się zaprzeczyć – abp Wielgus zafundował polskiemu Kościołowi średniej wielkości trzęsienie ziemi. Pytanie tylko, co dalej. Czy przez najbliższe tygodnie będziemy biegać po okolicy pokazując sobie nawzajem swoje rany, wypytując ludzi i dzieląc ich na obozy, szukać winnych, tropić medialne spiski, czy wreszcie weźmiemy się do roboty, by to co w ostatnim tygodniu zostało nadwyrężone wyremontować lub – w niektórych wypadkach – zbudować jeszcze raz, tylko lepiej.

Jedną z największych ran, jakie Kościół polski odniósł w ubiegłym tygodniu, nie był bowiem spadek zaufania do Kościoła jako takiego (bo ludzie nadal przecież przychodzą do świątyń i rozmawiają o sprawie ze swoimi księżmi). Cała rzecz uderzyła w bardzo konkretne miejsce w naszej wspólnocie – w biskupów. Po zamknięciu ery wielkich, ponadczasowych autorytetów w rodzaju Jana Pawła II czy Prymasa Wyszyńskiego było jasne, że polski Kościół musi zacząć pokazywać wiernym, że fundamentalną sprawą w Kościele jest więź katolika ze swoim lokalnym biskupem. Że Kościół buduje się na tej właśnie więzi, na tym właśnie zaufaniu. Proszę zapytać polskich wiernych, z czym kojarzy im się ich biskup. Spora część z nich nie jest w stanie wymienić nawet jego nazwiska, co pokazują badania Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Jest w Polsce co najmniej kilkunastu hierarchów, którzy wykonują w swoich diecezjach świetną robotę. Problem w tym, że jeśli okręt wchodzi w strefę wysokich fal, wiosłować winni wszyscy.

Coś musi się zmienić w polityce personalnej polskiego Kościoła. Może już czas otworzyć się na myśl, że biskupami mogliby zostawać nie tylko byli kanclerze kurii i rektorzy seminariów, ale też świetni w duszpasterstwie proboszczowie albo wybitni zakonnicy. Dziś po prostu przestaje nas być stać na kadrowe błędy.

Wiem, że chwilę po przeczytaniu tych słów niektórzy duchowni żachną się, że kim niby jestem, aby pouczać najwyższe instancje mojego Kościoła. Otóż ja też jestem jego częścią. I serce mnie boli, gdy widzę, jak odchodzą z niego powoli, ale metodycznie, coraz większe grupy moich znajomych, którzy stwierdzają, że bycie katolikiem nie jest im w sumie do niczego potrzebne. I albo wszyscy razem – od biskupów do szeregowych wiernych – siądziemy wreszcie do stołu i zaczniemy się poważnie zastanawiać, jak stworzyć sensowny plan antykryzysowy, albo za chwilę zupełnie nas nie będzie.

W Kościele istnieje instytucja synodów. Pomyślane jako debata wszystkich stanów lokalnego Kościoła nad jego najważniejszymi problemami, zmieniają się często w akademie ku czci, gdzie wygłasza się smętne referaty, którym przysłuchuje się niewielka grupa kościelnych aktywistów. Co stoi na przeszkodzie, żeby reanimować ten koncept i rozreklamować najpierw na szczeblu parafii, a później diecezji?

Ludzie czasem nie oczekują konkretnych rozwiązań, wystarczy żeby mieli miejsce, gdzie mogą podzielić się swoimi wątpliwościami, zasugerować pomysły. Niech to się nie nazywa synod, niech zwie się „duszpasterską herbatą”, „z biskupem przy kominku”. Problemem polskiego Kościoła jest to, że za mało w nim rozmowy, a za dużo dąsów. I tylko my możemy ten stan rzeczy zmienić.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki