Logo Przewdonik Katolicki

Ciężka paranoja

Szymon Hołownia
Fot.

Co roku podczas wakacji w naszym kraju powtarza się ten sam cyrk, bo doprawdy trudno to nazwać inaczej. 25 lipca, w dniu wspomnienia św. Krzysztofa, tysiące rodaków pucuje samochody, by następnie ustawić je w rządku na przykościelnym parkingu. Biskupi i księża pracowicie je święcą, a przy okazji apelują, by sierpień przeżyć w zupełnej trzeźwości. Post od wina, piwa, wódki,...

Co roku podczas wakacji w naszym kraju powtarza się ten sam cyrk, bo doprawdy – trudno to nazwać inaczej. 25 lipca, w dniu wspomnienia św. Krzysztofa, tysiące rodaków pucuje samochody, by następnie ustawić je w rządku na przykościelnym parkingu. Biskupi i księża pracowicie je święcą, a przy okazji apelują, by sierpień przeżyć w zupełnej trzeźwości. Post od wina, piwa, wódki, tak dla zdrowia i ducha – na miesiąc. Po czym w okolicach Matki Bożej Zielnej przychodzi długi weekend, a po nim policja wydaje rok w rok niemal identyczne komunikaty.

W tym roku przez tych kilka dni złapano prawie 3 tysiące pijanych kierowców. Co – zważywszy na fakt, że statystycznemu kierowcy podobnemu do mnie, który przejechał w życiu ze 200 tysięcy kilometrów, kontrolę drogową udało się przeżyć wszystkiego może pięć razy – pozwala podejrzewać, że w istocie pijaków na naszych drogach było w ten weekend z kilkadziesiąt tysięcy.

Ksiądz swoje, ja swoje
Z jednej strony – wszystkie możliwe kościelne zachęty, z drugiej – ludzie, którzy, choć w 98 proc. uważają się za katolików, i tak po pijaku siadają za kółko, ryzykując, że zabiją swoich bliźnich. Gdzie są źródła tego dysonansu?

Pierwsza ciśnie się na usta odpowiedź najprostsza. Dzieje się, jak dzieje, bo nierozsądni po prostu zdarzają się wszędzie. Sakrament chrztu nie ma przecież mocy uwolnienia człowieka ze skłonności do kretyńskich zachowań. To fenomen statystyczny – mordercy, gwałciciele, prostytutki i oszuści trafiają się i wśród rzymskich katolików, i wśród naszych braci prawosławnych, wśród luteran, muzułmanów, itd. Tu pojawia się jednak pytanie o jakość wyznawanej wiary. O to, czy człowiek, który na serio traktuje piąte przykazanie (Nie zabijaj) i poważnie myśli o tym, by „kochać bliźniego swego jak siebie samego”, może podjąć ryzyko znalezienia się w sytuacji, w której staje się potencjalnym mordercą.

Odpowiedź znów jest prosta – nie może. A mimo to je podejmuje. Dlaczego? Ano dlatego, że owe 98 procent Polaków, którzy uważają się za członków Kościoła katolickiego, miewa w nosie zdecydowaną większość komunikatów, które ten Kościół im przekazuje. Przecież nie jest tak, że Polacy nie słuchają tylko apeli o trzeźwość na drogach. Całkiem spora część z nas (z niektórych badań wynika, że nawet 2/3) ma w głębokim poważaniu to, co Kościół mówi o etyce seksualnej. Badania przeprowadzone parę lat temu na polskich maturzystach pokazują, że Dekalog za moralnie wiążący uznaje jedynie około połowy naszych młodych wiernych. W Polsce już nie tylko się rozwija, w Polsce kwitnie w najlepsze tzw. prywatyzacja wiary, przekonanie, że co mówi ksiądz – to jedno, ale moje osobiste życie – to drugie. Te płaszczyzny: Kościół i życie – coraz bardziej będą się rozchodzić.

Masowo znaczy dobrze?
I to właśnie dlatego zachwyty nad wciąż trwającą polską religijnością masową są tak dramatycznie pozbawione sensu. Bo polska religijność masowa może istotnie przetrwać jeszcze kilka lub kilkadziesiąt lat, a Msze rocznicowe i procesje ze strażakami wciąż będą cieszyć oko biskupów. Problem w tym jednak, że będzie to wisienka na torcie. A trzon polskiego Kościoła będzie wyglądał inaczej – niczym kolejka ludzi w sushi barze, którzy z jadącego taśmociągu wybierają sobie a to miseczkę z ryżem, a to dwa dodatkowe wodorosty, to co akurat będzie im smakować. Do kościoła będą chodzić, gdy „poczują potrzebę”. Nie zniosą, aby „Bóg mieszał im się do sypialni”. Będą przekonywać, że „urodzenie dziecka to wyłącznie sprawa kobiety”; będą się wzruszać na głos Jana Pawła II, by po chwili tłuc żonę, a przy tym wszystkim wciąż będą deklarować, że są katolikami!

I nie minie dużo czasu, gdy zaznamy fenomenu obserwowanego we Francji, gdzie co niedziela uczęszcza do kościoła mniej niż 5 procent ludności, ale ponad 70 procent gorąco przekonuje, że jest częścią katolickiej wspólnoty.

Płytko i rytualnie
To oczywiście obraz ciężkiej paranoi. Człowiek, który zapisuje się, dajmy na to, do klubu golfowego, zrobi przecież wszystko, by przestrzegać regulaminu i ostatecznie z tego klubu nie wypaść. Z Kościołem jest inaczej. Nie da się przecież zmazać sakramentu chrztu, wiara opiera się na wolnej woli człowieka, nikt tu nikogo nie będzie sprawdzał w drzwiach, a po siedmiu ostrzeżeniach wyrzucał. Tym większa jednak odpowiedzialność tych, którzy tym Kościołem żyją – biskupów, księży i świeckich.

My musimy w końcu otrząsnąć się z tego słodkiego letargu, ekscytowania się tym, że mamy kościoły pełne młodych ludzi. Bo ile ich jest? Dwa lub trzy w Warszawie? W sumie – parę tysięcy ludzi na miasto, w którym żyje ich pewnie dobry milion? Przestańmy łudzić się tym, że pielgrzymki wciąż są liczne, że przecież wciąż są ministranci. Spróbujmy wreszcie spojrzeć w oczy smutnej prawdzie – wiara Polaków z roku na rok będzie coraz bardziej rytualna, coraz płytsza, coraz mniej mająca wspólnych punktów z życiem. Polak, który idzie do łóżka ze swoją dziewczyną, mimo że nie ma z nią ślubu, i ten, który siada za kółkiem, mimo iż przed chwilą osuszył pół litra, to z grubsza ten sam gatunek chrześcijanina – przekonanego, że owszem Pan Bóg jest, że należy się do Niego modlić, ale życie jest tylko życiem.

I są takie miejsca, gdzie człowiek musi, niestety, być „mądrzejszy” od księdza.

Wyzwanie dla nas wszystkich
Przed polskim Kościołem stoi wielkie wyzwanie. Jeśli chce przetrwać, musi nauczyć swoich wiernych wierzyć w Boga. Nauczyć nie tylko debatować o lustracji i o tym, kogo poprzeć w wyborach, ale rzeczy znacznie bardziej podstawowych – tego, że w tabernakulum znajduje się ten sam Jezus, który dwa tysiące lat temu mieszkał w Palestynie (bo badania pokazują, że o tym, iż Jezus był Bogiem i człowiekiem, wie... 26 procent rodaków); że jest niebo, że opowieści o szatanie, który próbuje nam mącić, to nie są bajki dobrej starej cioci.

Polski Kościół – my wszyscy – musimy też znaleźć nowe sposoby dotarcia do ludzi z naszym przesłaniem. Tu potrzebne są rekolekcje, na które można przecież zaprosić lekarza z miejscowego pogotowia, by opowiedział, jak się umiera na drodze, policjanta, żeby pokazał parę zdjęć, przyniósł okulary, w których człowiek widzi świat, tak jak widzi się go po wódce. Ludzie muszą zobaczyć, że piąte przykazanie to nie pobożne gadu-gadu, a coś, co boleśnie i mocno dotyka życia. I co pozwala dobrze to życie przeżyć. A później może przyjdzie czas na kolejne przykazania. I opowieść o nadziei, która czeka nas po śmierci.

Pointa? Wiara i życie coraz rzadziej się u nas spotykają. I to jest sekret policyjnych poweekendowych statystyk. Może Pan Bóg daje nam je również po to, byśmy wreszcie wzięli się do roboty. Jezus nie obiecał nam wcale, że „jakoś to będzie”. A więc sprawa naprawdę jest prosta – polski Kościół musi być żywym Ciałem Chrystusa, a nie muzeum pełnym koronek i figur. Albo w to uwierzymy, albo nasze prawnuki na najbliższą Mszę będą musiały jeździć do Tanzanii.

Autor jest publicystą „Rzeczpospolitej”

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki