Logo Przewdonik Katolicki

Przyjdź, Panie Jezu! Tylko jeszcze nie teraz

Szymon Hołownia, fragment z książki "Maryja. Matka rodziny wielodzietnej".
fot. Adam Ján Figeľ/Adobe Stock

Nie da się być chrześcijaninem bez świadomości życia w czasach ostatecznych. Chrześcijanin w swoim DNA ma nie jakieś ckliwe rozpamiętywanie, ale tęsknotę, on czeka.

Nie jesteśmy „grupą rekonstrukcyjną Pana Boga”. Jesteśmy (czy naprawdę) zakochanymi, przebierającymi nogami przed drugą randką z miłością naszego życia. Do wszystkich, w których to, co przed chwilą przeczytali wzbudziło pełne politowania żachnięcie, wyśmiewający sentymentalizm uśmiech: jeśli nie mam racji, zidentyfikujcie mi, w swej łaskawości, inny rdzeń, inną zasadę chrześcijaństwa. Przecież jeśli tego w nas nie ma, możemy być wybitnymi specjalistami od seksuologii, bioetyki, społecznej sprawiedliwości, edukacji albo budownictwa, ba – nawet dobroczynnej działalności, co z tego jednak czyni nas chrześcijanami? Nie ma eklezjologii bez eschatologii. Kościół, którego horyzont kończy się na ścianie doczesności, jest żałosną parodią Kościoła (co w wielu miejscach wyraźnie dziś widać), a nie wspólnotą ludzi w drodze na spotkanie Żywego Baranka. A co ma z tym wspólnego ów nazaretański obrazek Maryi czy jej męża Józefa, wołających Syna do spania czy na obiad? Ano właśnie, że znowu to samo: jeśli nasze życie nie będzie jak gąbka nasączone wołaniem Go, utkane nie do rozplątania z naszej za Nim tęsknoty przeżywanej nie obok, nie ponad, ale w samym środku naszej codzienności – całe nasze chrześcijaństwo stanie się (w wielu zakątkach Polski już się staje) wyłącznie kulturowe, kultowe, a w istocie jałowe, bezpłodne.

Pełna treść artykułu w Przewodniku Katolickim 48/2019, na stronie dostępna od 24.12.2019

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki