Logo Przewdonik Katolicki

Szalona miłość Marty

Renata Krzyszkowska
Fot.

Przez ponad pół wieku była przykuta do łóżka, nie jadła, nie piła, przyjmowała tylko Komunię Świętą. Co tydzień w mistycznym uniesieniu uczestniczyła w cierpieniach ukrzyżowanego Chrystusa. Marta Robin (czyt. Robę), bo o niej mowa, ciągle powtarzała, że jej powołaniem jest wspomaganie Kościoła przez modlitwę i cierpienie. 13 marca obchodzić będziemy 105. rocznicę jej...

Przez ponad pół wieku była przykuta do łóżka, nie jadła, nie piła, przyjmowała tylko Komunię Świętą. Co tydzień w mistycznym uniesieniu uczestniczyła w cierpieniach ukrzyżowanego Chrystusa. Marta Robin (czyt. Robę), bo o niej mowa, ciągle powtarzała, że jej powołaniem jest wspomaganie Kościoła przez modlitwę i cierpienie. 13 marca obchodzić będziemy 105. rocznicę jej urodzin.

Przyszła na świat w niewielkiej wiosce Châteauneuf-de-Galaure we Francji i tam spędziła całe swe życie. Była szóstym dzieckiem ubogich rolników Józefa i Ameli. Już w dzieciństwie odznaczała się wielką żarliwością religijną.

Zawsze dużo chorowała, dlatego nie mogła ukończyć szkoły. – Od 16. roku życia przez 27 miesięcy przebywała w stanie letargicznym, spowodowanym prawdopodobnie szalejącą wtedy grypą, tzw. hiszpanką. Po wyjściu z letargu objawia się jej Teresa z Lisieux, mówiąc, że wyzdrowieje, ale będzie bardzo cierpieć. W roku kanonizacji św. Teresy, 15 października 1925 r., Marta przynaglana miłością do Boga pisze akt całkowitego oddania się jego woli, jako całopalna ofiara. W 1926 roku otrzymuje stygmaty, a potem od 1929 r. zostaje całkowicie sparaliżowana i każdego tygodnia zaczyna przeżywać agonię Chrystusa. Paraliż obejmuje także przełyk, więc Marta przestaje przyjmować posiłki i napoje. Według świadectw kapłanów Hostia, którą przyjmowała, niejako wskakiwała w jej usta, jakby przyciągał ją magnes. W 1942 r. Marta traci także wzrok – opowiada o. Henryk Dziadosz SJ.

Powiernica spraw trudnych
Przez pokój, w którym Marta spędziła większość życia, przewinęło się ponad sto tysięcy osób. Miała niezwykły dar rady, udzielała trafnych podpowiedzi dotyczących rozwiązania różnych zagmatwanych ludzkich problemów. – Umiała w sposób delikatny i z wyczuciem, nie naruszając ludzkiej wolności, podpowiadać, jak rozwiązać trudne sprawy. Przede wszystkim miała jednak niezwykły dar modlitwy wstawienniczej i pamięć, która pozwalała jej „zabierać ze sobą” wszystkich, których spotkała w swoim pokoju i wszystkich, którzy ją prosili o modlitwę. Ja też miałem okazję ją spotkać i doświadczyć prawdy tych słów na sobie. Dziękuję Bogu za dar Marty, która stała się maleńka, aby widoczny w niej stał się Jezus Chrystus – zwierza się o. Henryk Dziadosz SJ.

Wiadomość o jej śmierci 6 lutego 1981 roku podały czołówki wszystkich francuskich mediów. W pogrzebie Marty uczestniczyło ponad 200 kapłanów i wiele tysięcy wiernych. Dziesięć lat później rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.

Stygmaty to tylko dodatek
Zdaniem teologów, mistyka Marty Robin należy do nurtu wielkiej mistyki posłania XX w. Wpisują się w nią także polskie ówczesne mistyczki: św. Faustyna, s. Leonia Nastał i s. Roberta Babiak. – Takie zjawiska nadprzyrodzone, jak nieprzyjmowanie pokarmów, stygmaty i objawienia możemy zrozumieć dopiero na kanwie mistyki posłania. Zjawiska te nie stanowią istoty życia mistycznego, nie są nigdy celem samym w sobie, a wręcz przeciwnie, jak u Marty „kłopotliwymi efektami ubocznymi”, o których starała się nie mówić, a nawet je ukrywać. Jednak są one darami, jakie otrzymują mistycy po to, by pomagały im w zrozumieniu misji posłania i przygotowały ich do wyrzeczenia się wszystkiego dla Boga. Także w przypadku Marty zjawiska nadzwyczajne są tylko źródłem i narzędziem w kształtowaniu świętości pasyjnej, bo poprzez tak ukształtowaną świętość Bóg przekazuje nam, czyli całemu światu, prymat miłości, który mamy realizować jako Jego wolę – tłumaczy ks. prof. Stanisław Urbański z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Zatroskana o wszystkich
Marta pragnęła, by jej misja przesłania miłości Chrystusa poprzez odnowę Kościoła i posługę laikatu mogła objąć całą ziemię. W tym celu w 1936 r. założyła wspólnotę „Ognisko Światła i Miłości”. Obecnie w świecie istnieje 75 takich wspólnot, które działają w czterdziestu krajach. Dwie z nich w Polsce – w Olszy koło Rogowa w archidiecezji łódzkiej i w Kaliszanach koło Józefowa nad Wisłą w archidiecezji lubelskiej. Ich zadaniem jest promieniować na świat bratnią miłością oraz niesieniem poprzez modlitwę i pracę świadectwa dobroci i miłości Boga, podobnie jak robili to pierwsi chrześcijanie. Charakterystyczną działalnością ognisk jest prowadzenie rekolekcji.

Swą troską Marta obejmowała nie tylko Ogniska Światła i Miłości, ale wszystkie wspólnoty i ruchy Kościoła posoborowego. Ich założyciele i fundatorzy szukali u niej wsparcia, rady i modlitwy. Częstymi gośćmi Marty byli: Jean Vanier i Thomas Philippe – założyciele Arki, Dominik Philippe – założyciel Wspólnoty św. Jana, siostra Magdalena – założycielka Małych Sióstr Karola de Foucauld, brat Efraim – założyciel Wspólnoty Błogosławieństw i wielu innych. Częstym jej gościem był także znany filozof francuski Jean Guitton, który dał piękne świadectwo o Marcie w książce: „Portret Marty Robin”.

O. Henryk Dziadosz SJ

– Z Martą Robin spotkałem się, będąc jeszcze w seminarium. Było to na początku sierpnia 1979 r. podczas odprawiania rekolekcji w Châteauneuf-de-Galaure. Porozmawiać z Martą można było tylko od poniedziałku do środy, ponieważ potem rozpoczynało się jej umieranie z Chrystusem. Na widzenie zawsze trzeba było uzyskać pozwolenie od ojca Finet, kierownika duchowego Marty, który był też jej tarczą ochronną przed osobami niepowołanymi, szukającymi taniej sensacji.

W piękny sierpniowy dzień w popołudniowych godzinach czekałem na podwórku jej gospodarstwa, a głęboką ciszę przerywał jazgot domowego ptactwa. Nie wiedziałem, jak będzie wyglądać wizyta, chociaż zostałem uprzedzony, że pokój, w którym leżała, jest zaciemniony, gdyż każdy najmniejszy promień światła sprawia jej dodatkowy ból. Po długim oczekiwaniu zostałem poproszony przez jedną z sióstr i zaprowadzony do domu. Znalazłem się w obszernej wiejskiej kuchni z wielkim piecem pośrodku. Tu znowu czekałem parę minut i zostałem wprowadzony za rękę do ciemnego pokoju. Usiadłem na krześle tuż przy łóżku Marty. W pokoju było bardzo ciemno, nie mogę więc opisać jego wyglądu, ani nawet jak wyglądała sama Marta. Pierwszy moment to rozczarowanie, że nie będę mógł jej zobaczyć, ale to trwało krótko, po tym, jak usłyszałem jej głos i nie miałem wątpliwości, że mogę dotknąć rąbka jednej z największych tajemnic z życia świętych. I chociaż przed tym spotkaniem miałem nieokreślone pragnienie doświadczenia jakichś nadzwyczajności, to wszystko rozwiało się po spotkaniu z żywą, normalną osobą, która miała głos zdrowej, silnej kobiety i rozmawiała o prostych sprawach, pytając: kim i skąd jestem, wypytując o życie Kościoła w Polsce, o powołania i o moich bliskich.

Rozmowę rozpoczęliśmy modlitwą i zakończyliśmy modlitwą, którą ona prowadziła. Nie wchodzę tutaj w szczegóły, by nie naruszać także prywatności tego spotkania. To co bardzo mnie uderzyło, to zwyczajność tej osoby, jakiś żar i zaangażowanie w to, o czym rozmawiała. Nie widziałem stygmatów, ani innych cudownych zjawisk, a jednak po wyjściu z jej domu ogarnął mnie niezwykły pokój i radość, które trudno opisać.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki