Logo Przewdonik Katolicki

Janek z Warszawy

Mateusz Wyrwich
Fot.

Zagrał blisko czterysta ról w teatrze, telewizji i kinie. Jest aktorem wszechstronnym: dobrze czuje się zarówno w repertuarze komediowym, jak i dramatycznym. Pod koniec 2006 roku Jan Kobuszewski obchodził dwie ważne rocznice: półwiecze pracy aktorskiej oraz półwiecze związku małżeńskiego z Hanną Zembrzuską, najpiękniejszą koleżanką ze szkoły teatralnej. Jak podkreśla, właśnie...

Zagrał blisko czterysta ról w teatrze, telewizji i kinie. Jest aktorem wszechstronnym: dobrze czuje się zarówno w repertuarze komediowym, jak i dramatycznym.

Pod koniec 2006 roku Jan Kobuszewski obchodził dwie ważne rocznice: półwiecze pracy aktorskiej oraz półwiecze związku małżeńskiego z Hanną Zembrzuską, najpiękniejszą koleżanką ze szkoły teatralnej. Jak podkreśla, właśnie tę życiową rolę najwyżej sobie ceni. – Mam fantastyczną rodzinę: niezwykłą żonę i córkę, wspaniałego zięcia i ukochane wnuki – wyznaje Jan Kobuszewski. I dodaje, że nie żyje po to, by pracować, ale pracuje po to, by żyć, zawód sytuując na drugim miejscu.

Aktor od lat jest związany z jasnogórskim sanktuarium maryjnym. To dzięki wstawiennictwu Maki Bożej Jasnogórskiej, jak mówi, przed blisko ćwierćwieczem został uzdrowiony z choroby nowotworowej. Jest w maryjnej stolicy częstym gościem. Tu też znajduje się jego zdjęcie – dwunastolatka w komży, niosącego chorągiew z wizerunkiem św. Antoniego.

Jest człowiekiem poważnym, choć najczęściej występuje w rolach komediowych. Sam zresztą również lubi się śmiać. – I dzięki Bogu mam talent do sprawiania innym radości – opowiada i z mocą podkreśla – nie chcę, by moja praca była tylko zabawą dla zabawy. W spektaklach przez niego reżyserowanych, jak i tych w których gra, zwraca uwagę, aby za śmiechem szła refleksja. Wkłada przy tym dużo pracy w swoje role. Uważa, że aktorstwo to na swój sposób misja, powołanie. Być może dlatego role Kobuszewskiego mają tak znakomite recenzje.

Jest romantykiem. Lubi czytać prozę poetycką, marzyć i wpatrywać się poza horyzont, spędzając możliwie wiele czasu w swym letnim domu na Mazurach, majsterkując czy gawędząc z miejscowymi. Wrażliwy romantyk, esteta. Dobry człowiek, nieobojętny wobec innych – podkreślają jego znajomi. Kiedyś pytany na internetowym czacie o receptę na życie, odpowiedział: „Uśmiech, trochę rozumu, dużo radości”.

Szkoła przy miejscu straceń
Urodził się pięć lat przed II wojną światową w kochającej się rodzinie, jako trzecie dziecko. Mama poświęcała się wychowywaniu dzieci. Ojciec był urzędnikiem państwowym, zamiłowanym varsavianistą. Często przemierzał z synem stolicę, pokazując mu najważniejsze miejsca i przywołując ciekawe historie. Dziś lubi opowiadać młodszemu pokoleniu o przedwojennej Warszawie. – Było nas dwóch panów w rodzinie – ojciec i ja, wicegospodarz – wspomina Jan Kobuszewski. – Otaczał nas babiniec: matka i dwie siostry. Rodzina dawała mi ciepło i bezpieczeństwo. Dzięki moim kobietom dzieciństwa i mojej żonie darzę panie wielkim szacunkiem za ich mądrość, pracę, wierność.

W ten sielski świat chłopięctwa brutalnie wkroczyła wojna, pozbawiając go dzieciństwa i pozostawiając do dziś na nim skazę. Przez lata okupacji z okien szkoły widział miejsce straceń rodaków. Przechodząc tamtędy, mijał na ulicy ledwie co zastygłą krew, posypaną piaskiem. Do dziś śnią mu się koszmary wojny. – Moja tragedia polega na tym, że bezpowrotnie utraciłem dzieciństwo. Dziesięcioletni chłopak, który wychodzi z ruin po powstaniu warszawskim, jest starym człowiekiem. Jako mały chłopiec nie brałem udziału w powstaniu, ale moi starsi o dwa, trzy lata koledzy z naszych tajnych kompletów szkolnych walczyli. Wszyscy ze starszych klas zginęli, więc tego nie sposób nie pamiętać. Dopiero po latach jakoś zacząłem dochodzić do siebie, ale już nigdy nie odzyskałem dzieciństwa.

Wróg ustroju
Po koszmarze niemieckiej okupacji czas dyktatury komunistycznej wydał mu się zdecydowanie łagodniejszy. Pierwsze lata spędził z rodzicami w niewielkim mieszkanku na warszawskiej Saskiej Kępie. Dziś jest współautorem książki o tej dzielnicy. Tam chodził do szkoły i uczęszczał na nabożeństwa w kościele pw. NMP. Jeszcze w latach 40. ich okno wychodzące na ul. 3 Maja zawsze było udekorowane biało-czerwonymi chorągiewkami. W latach 50. już tylko mieszkanie. – Można powiedzieć, byliśmy z założenia „na indeksie”. Rodzice pochodzili z przedwojennej inteligencji, którą komuniści niszczyli. Oni sami też zresztą nie kryli swojej niechęci wobec nowego ustroju – opowiada Jan Kobuszewski. – Byłem ministrantem w czasie komunizmu, ale strachu nie czułem. Jako dziecko doświadczyłem większego zła. Przede wszystkim cieszyliśmy się, że nasza rodzina wyszła cało z wojny i żyliśmy nadzieją, że ten ustrój szybko się skończy. Ojciec zawsze mówił: „Słuchaj, Janek, jest jak jest, ale uczyć się trzeba. Być może niebawem będzie wolna Polska”. Omijałem też kolegów w czerwonych krawatach, którzy chcieli rządzić, albo faktycznie rządzili nauczycielami.

Dziś już wie, że między innymi dzięki owym kolegom w czerwonych krawatach nie dostał się za pierwszym razem na studia. Napisali bowiem w zetempowskiej opinii o Kobuszewskim: „Jednostka pochodząca z rodziny inteligenckiej, naszym zdaniem wróg ustroju. W żadnym wypadku nie przyjmować na żadne studia”. Mimo jednak tak „zszarganej opinii” Kobuszewskiemu udało się wreszcie dostać na studia. Najpierw skończył aktorską szkołę lalkarską, później dramatyczną w Warszawie. Jego ulubiony nauczyciel, wybitny aktor Aleksander Zelwerowicz, już na studiach doceniając jego talent, tak go żartobliwie charakteryzował: „Wysoki na twarzy, pociągłego wzrostu”.

Jestem dumny z niepodległości
Jan Kobuszewski z nadzieją czekał na wolną Polskę. Rok 1956 uważał tylko za zmianę metod sprawowania totalitarnej władzy przez komunistów. Podobnie jak i rok 1968, kiedy to wraz z kolegami odszedł z zespołu Teatru Narodowego po zdjętych przez komunistów „Dziadach”. Powstanie „Solidarności” przyjął niemal jak niepodległość i od razu zaangażował się w jej działalność. Stan wojenny uważa za kolejną polską „czarną noc”. – Nie potrafiłem przez jakiś czas przyjąć do siebie tej tragicznej wiadomości, że Polacy mogli zrobić coś takiego Polakom – wspomina Jan Kobuszewski. – Było to dla mnie jak uderzenie pałką w łeb. Trudno się było z tego otrząsnąć. Trzeba jednak było pracować, działać w podziemiu i żyć. I dziś jestem dumny, że udało nam się wywalczyć niepodległość.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki