W krwawiącym sercu Afryki

Kilka dni temu w Burundi zastrzelono jezuitę Elie Komę. Przypuszcza się, że mogła to być kara dla pochodzącego z plemienia Tutsi zakonnika za jego zaangażowanie w proces pojednania między zwaśnionymi plemionami. W tym skonfliktowanym regionie od wielu lat misjonarską posługę pełnią także polscy karmelici. Jednym z nich jest ojciec Jan Kanty Stasiński.



Wielu podróżników, którzy...
Czyta się kilka minut

Kilka dni temu w Burundi zastrzelono jezuitę Elie Komę. Przypuszcza się, że mogła to być kara dla pochodzącego z plemienia Tutsi zakonnika za jego zaangażowanie w proces pojednania między zwaśnionymi plemionami. W tym skonfliktowanym regionie od wielu lat misjonarską posługę pełnią także polscy karmelici. Jednym z nich jest ojciec Jan Kanty Stasiński.

Wielu podróżników, którzy odwiedzili Burundi, podkreśla, że nigdzie indziej nie widzieli tak pięknej Afryki. Ani też w żadnym innym miejscu na Czarnym Lądzie nie spotkali tak serdecznych i życzliwych ludzi. Ten kraj miałby więc wszelkie dane do tego, aby stać się „Szwajcarią Afryki”. A jednak nią nie jest. Odkąd bowiem ta dawna belgijska kolonia uzyskała w 1961 roku niepodległość, toczy się tam ciągła walka o władzę. Ta permanentna wojna domowa i wyniszczający spór etniczny między Tutsi i Hutu powodują, że – pomimo korzystnych warunków przyrodniczych – panuje tu ogromna nędza.

Najtrudniej jednak zrozumieć, jak w tym pięknym miejscu i wśród tych niesłychanie życzliwych ludzi mogło kilkanaście lat temu dojść do wybuchu jednego z najpotworniejszych aktów ludobójstwa od czasu zakończenia II wojny światowej.

Teraz zaryczy prezydent

Burundi nazywane bywa czasem „Sercem Afryki” i rzeczywiście przypomina je nieco swoim kształtem. To maleńkie górzyste państwo, leżące niedaleko równika przy północnym krańcu jeziora Tanganika, zajmuje teren odpowiadający mniej więcej jednej jedenastej powierzchni Polski.

Klimat Burundi jest względnie „urodzajny”, opady dosyć regularne i rzęsiste, a nawet podczas kilkumiesięcznej pory suchej zdarza się przynajmniej jeden tydzień deszczu, po którym wszystko rośnie jak na drożdżach. Bliskie sąsiedztwo wielkiego jeziora Tanganika i duża wysokość sprawiają, że temperatury oscylują wokół 30 stopni. W porównaniu z innymi regionami Afryki są to zupełnie znośne warunki klimatyczne. Nic więc dziwnego, że gęstość zaludnienia jest w Burundi prawie dwukrotnie większa niż w Polsce. Na Czarnym Lądzie stanowi to prawdziwy ewenement.

Sześć milionów mieszkańców Burundi zajmuje się przede wszystkim rolnictwem – zwłaszcza uprawą manioku, słodkich batatów i bananów – a także hodowlą bydła, kóz i owiec.

– Krowy są w Burundi bardzo szanowane, wszystko co się do nich odnosi jest uznawane za bardzo dobre, np. kiedy prezydent ma przemówić w radiu, mówi się, że teraz prezydent zaryczy. Natomiast jeśli chłopiec chce powiedzieć dziewczynie szczególnie wyszukany komplement, to mówi: masz oczy piękne jak krowa. Młode dziewczyny starają się zresztą naśladować krowi chód – śmieje się ojciec Jan Kanty Stasiński, który przebywa w Burundi z przerwami od 1971 roku.

Imana wie wszystko

Pierwsi misjonarze dotarli do Burundi pod koniec XIX wieku. Dziś można powiedzieć, że jest to państwo w dużej mierze zewangelizowane, czego dowodem jest fakt, że katolicy stanowią w nim około 70 procent ludności.

– Niewątpliwie przyczyniły się do tego tradycyjne miejscowe wierzenia. To jest właściwie czystej krwi monoteizm. Tutejsi mieszkańcy uznają istnienie istoty najwyższej, którą nazywają Imana. To słowo pisane z małej litery znaczy szczęście. Jest to więc jakby uosobione szczęście. Imana to ktoś, kto wszystko wie, wszystko może, kto daje życie i jest dobry. My używamy słowa Imana na określenie Boga prawdziwego – tłumaczy ojciec Jan Kanty.

Poza wiarą w jednego Boga Imanę, istnieje wśród miejscowych także kult Kirangi – kogoś podobnego do naszego szatana – legendarnego przodka, bardzo złego i mającego dużą moc. – W Burundi nie ma kultu Imany, bo skoro on jest dobry, to po co mu się przypochlebiać. Ofiary składa się za to Kirandze, żeby go udobruchać i zdobyć życzliwość – uśmiecha się ojciec Jan Kanty.

Ewangelizację Burundi ułatwia także panująca na tych terenach rygorystyczna moralność, zwłaszcza dotycząca życia rodzinnego. Trudno się jednak temu dziwić, zaważywszy na okrucieństwo kar, jakie jeszcze do niedawna groziły za cudzołóstwo, np. kobieta, która zaszła w nieślubną ciążę, była wiązana w mrowisku. Nie było to powodowane względami etycznymi, a raczej strachem przed gniewem przodków i ich zemstą z zaświatów.

– Kiedy opowiadam misjonarzom z innych afrykańskich państw o panujących tu zasadach czystości seksualnej, to kręcą na to głową i mówią, że w takim razie nie mieszkam w Afryce – mówi ojciec Stasiński.

Polowanie na karaluchy

Przez wieki tutejsze plemiona żyły ze sobą w pełnej symbiozie, zawsze jednak pomiędzy Tutsi i Hutu istniały wyraźne różnice. Tutsi są wysocy, smukli, mają pociągłe nosy i bardzo długie palce, Hutu przeciwnie – są niscy i krępi. Ci ostatni, choć dominują liczbowo (w Burundi i Ruandzie stanowią 85 procent ludności), to zajmują niższą pozycję społeczną – samo słowo hutu pisane z małej litery oznaczy zresztą sługę.

Od kilkudziesięciu lat te różnice plemienne są wykorzystywane do manipulowania ludźmi. Prawdziwy dramat nastąpił jednak dopiero pod koniec ubiegłego wieku. Konflikt zaczął się najpierw w Burundi, gdzie w 1993 roku zamordowano demokratycznie wybranego prezydenta z plemienia Hutu. Potem wojna przeniosła się do sąsiedniej Ruandy.

– To nieprzebierająca w środkach walka o władzę, z wykorzystywaniem różnic etnicznych i społecznych. Tutejsi ludzie są bardzo naiwni, można nimi z łatwością manipulować. Oni wierzą w najgłupsze rzeczy, np. rozpruwali małe dzieci, bo ktoś powiedział im, że są nafaszerowane granatami – wyjaśnia ojciec Jan Kanty. Jego zdaniem na świecie panuje mylne przekonanie, że mordowali Hutu, a Tutsi byli jedynie bezbronnymi ofiarami rzezi. Tymczasem to Tutsi sprowokowali konflikt i zabijali na podobną skalę. Mało kto wie także, że wojna w Burundi była tak samo krwawa jak w osławionej Ruandzie. Mówi się, że konflikt pochłonął w tym kraju setki tysięcy ofiar.

Ojciec Stasiński sam kilkakrotnie otarł się o śmierć. Najcięższe chwile przeżył podczas próby wywiezienia z Ruandy do Burundi sióstr zakonnych – klarysek klauzurowych z plemienia Tutsi. Działo się to w tym samym dniu, w którym w obecności białych współbraci zamordowano franciszkanina Tutsi.

– Jechaliśmy ambulansem z zamalowanymi szybami. W pewnym momencie zatrzymał nas tłum ludzi. Ktoś kazał nam otworzyć samochód, grożono nam spaleniem auta. Wzbraniałem się, w końcu przywódca tłumu zajrzał przez szybę i powiedział, że w środku są iendzi (karaluchy) – tak Hutu nazywają Tutsi. Wtedy myślałem, że to już nasz koniec. A ów Hutu zaczął zapewniać, że jeśli wszyscy wyjdą z wozu, to nikomu nie stanie się nic złego. Odpowiedziałem: ja mógłbym tobie wierzyć, ale kto opanuje tych ludzi? Na szczęście w pewnym momencie nadjechali żołnierze reżimowi i widząc białych, pokazali nam, żebyśmy zawracali. Pojechaliśmy za nimi i to nas uratowało – wspomina tamte chwile grozy ojciec Stasiński.

Dziś pomimo formalnego zakończenia konfliktu sytuacja w Burundi pozostaje nadal napięta. Co prawda, u władzy znów stoi prezydent z plemienia Hutu, ale w kraju panuje anarchia, a wojsko w większości złożone jest z Tutsi. – Ci ludzie, którzy chodzą do kościoła i są naprawdę zaangażowani religijnie, nie brali udziału w tamtych rzeziach. Widziałem też piękne przykłady poświęcenia, np. dzieci naszego kucharza z plemienia Tutsi zostały uratowane przez rodzinę Hutu. A ci, którzy zabijali, czynili to w większości z głupoty, bo nawet nie ze złości. Zabrakło im tego hamulca, który daje wiara. Dlatego tak potrzebna jest tam nasza dalsza obecność – mówi z mocą ojciec Stasiński.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 9/2006