Logo Przewdonik Katolicki

Czarownik z laptopem

PK
Fot.

Mamy dosyć mętne wyobrażenie o Afryce. Bardzo często wrzucamy wszystkie kraje do jednego worka, takie jak Namibia czy Nigeria, nie wiedząc, że Afryka Centralna wcale nie musi być do tych krajów aż tak podobna. Posługujemy się również pewnym stereotypem czarnego człowieka, będącego na niższej stopie cywilizacyjnej, niżej rozwiniętego intelektualnie, co nie zawsze okazuje się prawdą....

Mamy dosyć mętne wyobrażenie o Afryce. Bardzo często wrzucamy wszystkie kraje do jednego worka, takie jak Namibia czy Nigeria, nie wiedząc, że Afryka Centralna wcale nie musi być do tych krajów aż tak podobna. Posługujemy się również pewnym stereotypem czarnego człowieka, będącego na niższej stopie cywilizacyjnej, niżej rozwiniętego intelektualnie, co nie zawsze okazuje się prawdą. Właściwie nasze wyobrażenie o Afryce jest raczej dość infantylne.

W Zgromadzeniu Pallotynów na misje wyjeżdżają tylko ochotnicy. Ksiądz Krzysztof Miner chciał wyjechać, chociaż początkowo nie był pewien, dokąd. Z czasem zdecydował się na wyjazd do Afryki Centralnej. Trafił do Ruandy.

Czas powojenny


– W 1996 roku, kiedy tam wyjeżdżałem, zdawałem sobie sprawę, że jest to rzeczywistość powojenna, ale inaczej się słyszy o takiej sytuacji, a inaczej się w nią wchodzi. Kiedy przygotowywałem się do wyjazdu, trwała wojna, więc do końca nie wiedziałem, czy w ogóle wyjadę – opowiada ks. Krzysztof.
Jego przełożeni wyszli jednak z założenia, że nie wiadomo, kiedy sytuacja się poprawi i nie ma co czekać…
Po wojnie w Ruandzie niektórzy zarzucali Kościołowi, że opowiedzenie się w swoim czasie za wyborami, które doprowadziły do przejęcia władzy przez Hutu w 1962 roku, zdaniem obecnego reżymu, Tutsi doprowadziło do ludobójstwa roku 1994. Normalnie szacuje się, że zginęło około 800 tysięcy do 1miliona ludności, ale dane mogą być znacznie zaniżone. Trzeba do tego jeszcze doliczyć ofiary wojen w Kongo, a wtedy liczba ta urośnie do około 1,5 miliona.
– Tam jest spokój, ale nie ma pokoju – mówi ks. Krzysztof.

Małżeństwo po ruandyjsku


Rodzina u Ruandyjczyków zajmuje bardzo istotne miejsce w życiu, jest to wręcz ich mały świat. W tradycyjnej Ruandzie istniało coć takiego jak urugo, czyli gospodarstwo domowe. To polegało na tym, że przy domu był spichlerz, obok pole, a gdzieś tam dalej kolejne obejście. Całe ich życie koncentrowało się właśnie wokół tego obejścia.
W rodzinie ojciec zajmuje miejsce pierwszoplanowe, a kobieta, jak w większości krajów afrykańskich, role ma raczej służebne. Jej rola zwiększa się dopiero, kiedy zostaje matką i wzrasta z czasem, kiedy jest już osobą starszą, cieszącą się dobrą opinią wychowania dzieci i wnuków. To daje jej prestiż, który pozwala zabierać głos w istotnych sprawach.
– Nasze przeświadczenie, że tam po prostu kupuje się małżonki, jest błędne w punkcie wyjścia. Tak zwany, „dot” nie jest kupnem – zapewnia ks. Krzysztof.
W Afryce nie ma jako takich zabezpieczeń socjalnych ani systemu alimentacyjnego, a dot w wypadku ewentualnego niepowodzenia małżeństwa daje pewną gwarancję, iż kobieta będzie miała środki do życia. Dot jest przynajmniej teoretycznie gwarantem pewnego funduszu „na start” w przypadku, kiedy mężczyzna oddali swoją żonę.
W Ruandzie dot to najczęściej krowa lub równowartość krowy, czyli około 100 tysięcy franków, co stanowi około 200-250 dolarów. Robotnik rolny zarabia około dolara dziennie.

Drugie biuro


W Ruandzie każda rodzina ma wiele dzieci, chociaż rodziny Hutu są większe i liczą na ogół od 5 do10 pociech, chociaż zdarza się i dwadzieścioro.
Natomiast w rodzinach Tutsi generalnie jest tych dzieci mniej, bo około piątki, ale oni znacznie bardziej troszczą się o ich wykształcenie. Wielożeństwo jako takie nie funkcjonuje, ponieważ jeszcze w czasach przedchrześcijańskich obowiązywał na ogół model małżeństwa monogamicznego.
W obecnej powojennej sytuacji, kiedy setki tysięcy mężczyzn zginęło na wojnie, a w więzieniach do tej pory siedzi ich aż 130 tysięcy, bardzo pospolite stało się tak zwane „drugie biuro”, czyli kochanka. Mężczyzna ma żonę, co mu wcale nie przeszkadza, aby mieć jeszcze trzy, cztery kobiety, które od czasu do czasu odwiedza. Może się tym nikt tak mocno nie chwali, ale jest to bardzo powszechne.
– Jeżeli ta wdowa ma 25 lat, dwoje, troje dzieci na utrzymaniu i nie ma perspektywy znalezienia męża, to pochwalać tego nie należy, ale dziwić się też nie można – konstatuje ks. Miner.

Czary i elektronika


Pierwsi misjonarze dotarli do Ruandy w 1900 roku, dlatego w wielu wypadkach to chrześcijaństwo jest bardzo młode i częstokroć wręcz przenika się z pogaństwem.
Tam nic się nie dzieje przypadkiem, choroba, nieszczęście jest zawsze z czyjejś winy. Jest to pole do popisu dla tak zwanych czarowników.
– Czarownik, szczególnie w Kigali i okolicy, to nie jest jakiś człowiek mieszkający w chatce i uprawiający jakieś magiczne obrzędy. To jest człowiek, który najczęściej skończył studia na Zachodzie, posługuje się doskonale laptopem, a przy tym wykorzystuje pewną zabobonność i strach prostych ludzi – opowiada ks. Krzysztof.
Nadal jest to osoba, której ludzie bardzo się boją. W wielu wypadkach czarownik para się medycyną naturalną. Ludzie przychodzą do niego i biorą tradycyjne lekarstwa lub to, co im się wydaje, że jest lekarstwem, a przy okazji biorą udział w pogańskich obrzędach. Szczególnie, kiedy dochodzi do choroby dziecka czy nieszczęścia w rodzinie, szukają pomocy naprawdę wszędzie.
– W myśl zasady: Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Pójdą do czarownika, ale będą też nalegać, żeby zjawił się u nich ksiądz z sakramentem – opowiada ks. Miner.
Czarownicy doskonale znają też różnego rodzaju trucizny. Silnie odurzający środek kosztuje około 100 tysięcy ruandyjskich franków, czyli 20-25 dolarów.
– Ten otruty, kiedy się zorientuje, że ktoś chce go pozbawić życia, biegnie do czarownika i wykupuje odtrutkę. Oczywiście to najczęściej jest jeden i ten sam czarownik, który w ten sposób zarabia dwa razy – opowiada ks. Krzysztof.

Ruanda to kraj położony na wzgórzach średniej wysokości 1400-1600 m n.p.m. Krajobraz urozmaicony jest licznymi jeziorami i wulkanami. Klimat sprzyja nawet Europejczykom, chociaż temperatury wahają się od 20 do 30 stopni Celsjusza. Dwie pory suche i dwie mokre decydują o tym, że ilość opadów jest dosyć duża i rolnicy mogliby zbierać plony nawet 2-3 razy do roku. Gdyby towarzyszyła temu odpowiednia infrastruktura, to kraj mógłby być zagłębiem żywieniowym dla całego regionu


Ruanda – państwo w Afryce Centralnej
Obszar – 26 338 km2
Stolica – Kigali
Język – francuski, kinya-ruanda
Ludność – 8,4 mln
Waluta – frank ruandyjski
Religia – katolicy 50,2%, chrześcijanie niekatolicy 12%, muzułmanie 1%, religie tradycyjne i inne 36,8%


Ruandyjski pan młody powinien zgromadzić pieniądze aby wybudować dom, ponieważ nie zdarza się tam, żeby młodzi mieszkali razem z teściami. Wybudować dom to kolejne po docie 100 tysięcy franków, a wypada mieć jeszcze rower za 30 tysięcy, niezbędne narzędzia do pracy, a to już w sumie około 300 tysięcy, czyli 700 dolarów.


Krzysztof Miner należy do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego (księża pallotyni).
Do stowarzyszenia wstąpił w 1986 roku, a święcenia przyjął w 1993. W roku 1996 wyjechał do Ruandy, gdzie pracował na misjach w archidiecezji Kigali.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki