Logo Przewdonik Katolicki

Życie jak w Madrycie? (2)

Aleksandra Polewska
Fot.

Zdecydowanie odradzam moim katolickim znajomym pracę w Danii twierdzi Daniel. Mówię im wprost, że pieniądze, owszem, zarobią, ale jest to państwo głęboko zateizowane, w którym szybko można stracić wiarę. Jej utrata przekłada się na każdą sferę życia. Jeśli chcecie zarabiać, jedźcie do krajów, w których funkcjonuje Kościół przekonuje. Pięknych,...

Zdecydowanie odradzam moim katolickim znajomym pracę w Danii – twierdzi Daniel. – Mówię im wprost, że pieniądze, owszem, zarobią, ale jest to państwo głęboko zateizowane, w którym szybko można stracić wiarę. Jej utrata przekłada się na każdą sferę życia. – Jeśli chcecie zarabiać, jedźcie do krajów, w których funkcjonuje Kościół – przekonuje.

Pięknych, zabytkowych kościołów jest w Kopenhadze mnóstwo, ale wszystkie są puste – tłumaczy mi młody polski lekarz, starający się o nostryfikację dyplomu w Danii. – Nie tylko dlatego, że przestał tu funkcjonować protestantyzm: Duńczycy uważają, że religia nie jest im już do niczego potrzebna. To wysoko rozwinięte i nowoczesne społeczeństwo. Żyje się tu bardzo dobrze; rankingi wskazują, że Duńczycy to najbardziej zadowolona nacja świata. Myślę, że choć Polska słynie dziś z silnego katolicyzmu, pewnego dnia podzieli los Danii, jeśli chodzi o życie religijne. Sądzę, że to naturalna kolej rzeczy. Jestem niewierzący, choć pochodzę z rodziny katolickiej. Bardzo dobrze się tu czuję – zapewnia mój rozmówca.

Od mojej rodaczki z Konina słyszę taką relację: – W Kopenhadze, stolicy Danii, w ciągu tygodnia zwykle jest odprawiana jedna Msza w języku polskim wcześnie rano, w parafii położonej z dala od mojej dzielnicy, więc chodzę do najbliższej. Jest tam malutki, katolicki kościół, w którym większość wiernych stanowią imigranci z Azji. Jest też grupa Polaków, ale niestety, Polacy zwykle stronią jedni od drugich. Ksiądz mówi kazanie w języku duńskim i angielskim. To silne „zderzenie”, trafić z polskiej niedzielnej Mszy na duńską; panuje zupełnie inna atmosfera. Prawdę mówiąc, nie podobało mi się, ale zawsze lepsze to niż nic.

– Mimo że w Danii żyje się dostatnio, jest to kraj o najwyższym współczynniku samobójstw – informuje mnie Daniel, seminarzysta Międzynarodowego Seminarium Misyjnego „Redemptoris Mater”. – Nasze seminarium jest jedynym w tym kraju seminarium katolickim. Powstało niedawno. Seminarzyści włączają się w ewangelizację miasta i kraju i jest to przysłowiowa „orka na ugorze”. Chodzimy po domach i zapraszamy ludzi na katechezy, do kościoła. Inaczej już się do nich nie dotrze. Delikatnie mówiąc – nie są zainteresowani. Jedyni ludzie, którzy nas przyjmują, to polscy imigranci. W nich jeszcze są jakieś resztki wiary. Mówię „resztki” z rozmysłem. Polacy bardzo szybko chłoną tutejsze zwyczaje. Można mieć tu niezłe pieniądze, robić karierę, ale w pewnym momencie przychodzą problemy, które człowieka przerastają. I jeśli nie zna Boga, nie widzi w Nim ratunku, decyduje się na śmierć samobójczą...

– Jestem bardzo związana z Kościołem – zapewnia Magdalena, magister ochrony środowiska. – Ale od czasu ukończenia studiów pracowałam zaledwie przez kilka miesięcy, dorywczo. Znalazła się praca w charakterze opiekunki do dziecka u Polaków w Niemczech. Wyjazd minimum na rok. W okolicy nie było kościoła katolickiego. Powiedziałam: trudno i postanowiłam jechać. Z czegoś trzeba żyć, ile lat można pozostawać bez pracy. Wiem, że wiele praktykujących osób decyduje się na taki krok. Wiem też, niestety, że w konsekwencji wiele z nich znacząco oddala się od Kościoła. Nawet tych, którzy w Polsce byli bardzo zaangażowani w życie swojej parafii.

– W Luksemburgu życie religijne jest śladowe – przekonuje Magdalena z Konina. – W Polsce do kościoła chodziłam dość regularnie, tutaj – bardzo rzadko. Powody? Po pierwsze, jestem bardzo zmęczona po tygodniu ciężkiej pracy i chcę się wyspać (Msza św. po polsku jest jedna, rano), a po drugie, jakoś się to wszystko rozmywa w innej kulturze i natłoku wydarzeń. Kiedy mam kryzys, myślę, by pójść na Mszę i przez jakiś czas poczuć się jak w domu, ale nawet wtedy nie zawsze udaje mi się zmobilizować.

Paulina z Koła uważa, że w Londynie i okolicach jest sporo dość dynamicznie działajacych polskich parafii. – Nie wszyscy jednak mogą w tym regionie pracować, a im dalej na prowincję, tym trudniej o katolicki kościół – mówi ze smutkiem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki