Logo Przewdonik Katolicki

Papież by to puścił

Mateusz Wyrwich
Fot.

Co jakiś czas w mediach pojawia się dyskusja o tym, czym jest poprawność polityczna. Jedni nazywają to poszanowaniem mniejszości, drudzy swoistą cenzurą. Fakt, że dyskusje w mediach oraz w środowiskach dziennikarskich na ten temat stają się coraz częstsze, wskazuje na to, że dla wielu jest to już problem. Niebawem może okazać się, że nie tylko dla środowisk dziennikarskich. Tym...

Co jakiś czas w mediach pojawia się dyskusja o tym, czym jest poprawność polityczna. Jedni nazywają to poszanowaniem mniejszości, drudzy – swoistą cenzurą. Fakt, że dyskusje w mediach oraz w środowiskach dziennikarskich na ten temat stają się coraz częstsze, wskazuje na to, że dla wielu jest to już problem. Niebawem może okazać się, że nie tylko dla środowisk dziennikarskich.

Tym razem nad zjawiskiem zastanawiała się grupa dziennikarzy w siedzibie Zarządu Głównego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Określeniem definicji „poprawność polityczna” i przedstawieniem jej historii zajęła się Agata Romaniuk z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk. Według niej poprawność polityczna to swego rodzaju kodeks językowy i behawioralny. Kodeks tego, czego należy unikać: zachowań i określeń, a także słów, które uważa się za dyskryminujące dla pewnych grup, ze względu na rasę, płeć, przekonania polityczne, postawę ideologiczną albo ekologiczną. Romaniuk przypomniała również, że samo pojęcie liczy już ponad dwa wieki. Użyte zostało po raz pierwszy w 1793roku, w decyzji Sądu Najwyższego w stanie Georgia, w jakiejś mało istotnej sprawie. Termin jako powszechny pojawił się wraz z marksizmem i leninizmem, w takim rozumieniu, że „politycznie poprawne” znaczyło zgodne z linią polityczną partii.

Granice absurdu
W dzisiejszym rozumieniu pojęcia, jako „kodeks językowy i kodeks behawioralny”, termin został reanimowany przez ruchy lewicowe i feministyczne w latach sześćdziesiątych w Stanach Zjednoczonych, następnie w Europie. I, jak podkreśliła Agata Romaniuk, zniknął na dobre ćwierć wieku, pojawiając się ponownie na początku lat dziewięćdziesiątych. Tym razem przypomniał go konserwatywny publicysta i filozof amerykański Dinesh D’Souza w książce „Illiberal Education” (1991); publikacji zajmującej się zagadnieniem politycznej poprawności, niezwykle wysoko ocenionej zarówno przez krytyków, jak i masowego odbiorcę.

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych termin „polityczna poprawność” był powodem do żartów. Jednak już pod koniec tych lat żart przeszedł w absurdalną rzeczywistość narzuconą większości przez mniejszość polityczną, środowiskową czy kulturową. Obrazuje to już wielokrotnie cytowana w mediach anegdota, którą tym razem przywołał Rafał Ziemkiewicz. Historyjka opowiada o liście gończym wydanym w USA za gwałcicielem, którego przez wiele miesięcy nie można było złapać. Rysopis bowiem podawany w radiu nie wyszczególniał, że ścigany jest Murzynem, aby „kolorowi nie poczuli się dotknięci”. I, jak zauważył ktoś podczas dyskusji, jeśli pójdziemy tym tropem myślenia, grozi nam niebawem „kulturowy marksizm”.

Kultura czy cenzura?
Temat spotkania „Poprawność polityczna – kultura czy cenzura” podzielił dyskutantów. Jedni uważali, że „poprawność” wynika z wewnętrznej kultury podejmujących dyskusję na temat jakiegoś zagadnienia. Inni twierdzili, że jest to efekt cenzury czy też autocenzury, wynikający z obawy przed odrzuceniem przez środowisko.

Publicyści lewicowi uważali, że poprawność polityczna jest narzucana przez środowiska prawicowe; zaś publicyści prawicowi, że przez lewicę. Kinga Dunin – lewicowa publicystka, kojarzona z ruchem feministycznym, pisząca m.in. na łamach „Gazety Wyborczej” – stwierdziła, że z jej doświadczenia wynika, iż „polityczna poprawność to zasady przyzwoitego zachowania się, zasady tego, co wypada w danej sferze publicznej. Jeżeli wchodzimy w nią, to zdajemy sobie sprawę, jakie tam reguły obowiązują. Jeżeli chcemy funkcjonować, szczególnie w prasie wysokonakładowej, a nie na jakimś zupełnym marginesie, bierzemy to pod uwagę”. Sama przyznała, że stosuje autocenzurę, „pisząc to, co piszę w kraju, w którym podstawowe zasady politycznej poprawności dotyczą ochrony religii, Kościoła, papieża. I tutaj nawet, jeżelibym chciała o czymś rozmawiać z kimś, to nie bardzo mam z kim. Bo nawet, gdybym ja się nie bała, to inni się boją” – wywodziła Dunin, nie precyzując jednak, że chodzi tylko o skrajnie krytyczne wypowiedzi o papieżu. Bo oczywistym jest, że niemal na co dzień trwa dyskusja o papieskim przesłaniu.

Wsparł ją lewicowy dziennikarz Jacek Żakowski, publicysta m.in. „Przekroju”. Dla niego dowodem na istnienie poprawności politycznej jest to, „że nie można było i do dziś nie można uczciwie rozmawiać o papieżu poprzednim ani obecnym”. Zaprzeczył temu Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, który opublikował krytyczny tekst Waldemara Łysiaka, dotyczący jednego z aspektów nauczania Jana Pawła II, czyli „kultu miłosierdzia”. Wprawdzie – jak zapewnił Sakiewicz – nie zgadza się z opiniami Łysiaka, jednak był przekonany, że „gdyby Jan Paweł II miał podjąć taką decyzję, to by kazał wydrukować komentarz”, przeciwny był bowiem cenzurze.

Uczciwy inaczej
Żakowski uznał też, że konstrukcja politycznej poprawności w istocie rzeczy jest sztucznie wytworzonym narzędziem wywierania różnego rodzaju presji zamykającej debatę oraz „formą sprawowania władzy przez hegemonię”. Przy czym do hegemonów zaliczył właściwie wszystkie formacje – zarówno narodowo-katolickie, jak i liberalne, dorzucając jeszcze do nich mniejszości.

Z cytowanym wyżej opisem pojęcia „poprawności politycznej” nie zgodził się satyryk Marek Majewski. Stwierdził, że pojęcie to jest „błędną myślowo konstrukcją”. Bo, „jest albo poprawność, albo polityczna”. – Dlaczego poprawność ma być polityczna? Albo nie chcemy komuś zrobić krzywdy i zachowujemy intuicyjnie wyczuwalne normy etyczne, albo nie. Bo w przeciwnym wypadku o złodziejach będziemy pisać „uczciwy inaczej” – mówił. Majewski stwierdził, że w wielu środowiskach decyzyjnych związanych z mediami funkcjonuje cenzura, która ukrywa się pod pojęciem poprawności politycznej. Jako dowód na jej działanie podał ocenzurowanie przez TVP jego tekstów, napisanych wspólnie z Marcinem Wolskim do ostatniej „Szopki”. – Teksty, które powiedzmy były „antypisowskie” i „antykaczyńskie”, zostały z niej starannie wycięte, a potem się przyczepiono, że jesteśmy „prokaczyńscy”. To jest działanie nie wiem czy politycznej, czy idiotycznej cenzury uczynionej przez redaktorów. Zwłaszcza że nam nawet nie pozwolono obejrzeć wersji, która poszła na antenę.

Do kogo równać?
O licznych tabu w ramach poprawności politycznej mówił Tomasz Sommer z tygodnika „Najwyższy Czas”. Wprawdzie przyznał, że można dziś w Polsce powiedzieć wszystko, jednak są tematy tabu, do których zaliczył pisanie o środowisku żydowskim.

Interesującą opinię na temat poprawności politycznej, w dużym stopniu reprezentatywną dla lewicy, niemal na koniec dyskusji wypowiedział Janusz Rolicki – w PRL zajmujący wysokie stanowiska w mediach. Powiało Orwellowską grozą, kiedy Rolicki stwierdził, że nasza przynależność do Unii Europejskiej zobowiąże nas do przestrzegania poprawności politycznej. Z czego – jak zaznaczył – cieszy się, bo „w sumie jesteśmy krajem jednak dosyć rozkojarzonym i raczej dobrze by było, żebyśmy równali do lepszych niż do gorszych”. Jeszcze niedawno „lepsi” dla Rolickiego byli w Moskwie, dziś są w Brukseli. I chyba było to najbardziej otwarte określenie tego, czym jest dziś dla lewicy polityczna poprawność.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki