Logo Przewdonik Katolicki

Niedaleko od Jasnej Góry

Katarzyna Kasjanowicz
Fot.

Po powrocie z pieszej pielgrzymki czuję jakiś niedosyt, czegoś mi brakuje. Już wiem, że muszę wrócić do Częstochowy. Pragnę poznać miasto od innej strony intryguje mnie to, co kryje się w podwórkach, to, czego nie zdążyłam poznać podczas pielgrzymki. Jestem zaciekawiona codziennością tego niezwykłego miasta. Dlatego kiedy wsiadam do pociągu, czuję radość i ulgę....

Po powrocie z pieszej pielgrzymki czuję jakiś niedosyt, czegoś mi brakuje. Już wiem, że muszę wrócić do Częstochowy. Pragnę poznać miasto od innej strony – intryguje mnie to, co kryje się w podwórkach, to, czego nie zdążyłam poznać podczas pielgrzymki. Jestem zaciekawiona codziennością tego niezwykłego miasta. Dlatego kiedy wsiadam do pociągu, czuję radość i ulgę. Nareszcie jadę tam, gdzie czas płynie inaczej – ode mnie zależy, co odnajdę i usłyszę w tym innym rytmie.

Wczesny ranek. Pielgrzymi szybkim krokiem zmierzają w kierunku Jasnej Góry. Tylko niektórzy podchodzą do ulicznego stoiska, by zakupić to, co wydaje się im najbardziej charakterystyczne, a co niejako „zaznaczy” ich pobyt w tym miejscu.

Tam, gdzie dochodzą wszyscy
– Po ile złote róże? – pytam, zatrzymując się przed rozłożonym skrawkiem folii.

– 2 zł mała, 5 większa – odpowiada na czarno ubrana, siwiejąca kobieta. – Którą podać?

– Zastanowię się.

Stojące obok staruszki nie mają wątpliwości. Biorą od razu po kilka z każdego rodzaju.

– A ta będzie na kominek.

– Mogą mi panie wyjaśnić, co symbolizują te kwiaty?

– Pamiątka z Częstochowy – uśmiecha się jedna z nich.

– Ojciec Święty dał Matce Boskiej taką różę – włącza się do rozmowy trzecia kupująca. Sprzedawczyni milczy.

Nieopodal sprzedawca baloników oparty o kij rozmawia z dziećmi. Poza tym cisza. Tylko staruszek siedzący na murku zbiera drobne do puszki. Nieliczni turyści fotografują się w pierwszych promieniach słońca na tle sanktuarium.

***
Kto przyjeżdża na krótko do Częstochowy i nie zna godzin odsłonięcia jasnogórskiego obrazu, wzdycha cichutko i pogrąża się w modlitwie przed zasłoniętym obliczem Matki Bożej. Czuwa, powierzając swe prośby, zostawiając podziękowania. Klęcząc, stojąc, siedząc w ławkach, pielgrzymi spędzają od kilku chwil do wielu godzin w tym miejscu. Ja również doświadczam czegoś, co nie chce poddać się opisowi. Odtąd każdego dnia mojego pobytu w Częstochowie wygospodarowuję chwilę, aby będąc w sercu miasta, znaleźć się poza nim.

Wychodzę na zewnątrz. W pobliskich sklepach z dewocjonaliami, ciągnących się przez niemal całą uliczkę, spotykam niewielu klientów. Na sąsiednim targowisku też prawie nie ma ruchu. Duża część drewnianych budek stoi pusta. W pozostałych migoczą różańce we wszystkich możliwych kolorach i papieskie podobizny. Wszędzie pełno pluszowych żabek i misiów.

– Co dla pani? – zachęcają sprzedawcy.

Pierwszego dnia nie mogę jednak przemóc się do kupna żadnej z tych specyficznych pamiątek.

***
Wracam na górę, gdzie przeciskam się pomiędzy zorganizowaną wycieczką rodzin a nastoletnimi Romami oferującymi zegarki i lornetki. Mniejszość romska daje się zauważyć nie tylko w okolicach Jasnej Góry – nie ma za to tak charakterystycznych dla Warszawy wietnamskich handlarzy.

Teren wokół Domu Pielgrzyma ma coś z ośrodka wczasowego. Na zewnątrz trudno znaleźć wolny stolik, a naprzeciwko stoją zaparkowane rzędy autokarów. Wszędzie głośno, wesoło, ale jakby trochę powierzchownie. Kontrast pomiędzy sacrum a profanum jest może nazbyt ostry. Długie kolejki przed budkami z jedzeniem wabią w końcu także i mnie. Ostatecznie postanawiam skusić się na efektownego, pasiastego loda. Włoskie przysmaki są najwyraźniej prawdziwym hitem – dostrzegam je już pierwszego dnia w kilku miejscach. Ten, którego cierpliwie wystałam w pokaźnym ogonku, jest tak wodnisty, że ledwo wyczuwam w nim smak wanilii. Przypomina mi lody, które jadałam w dzieciństwie. I pewnie dlatego tak mi smakuje.

***
Drogę do Źródełka św. Barbary objaśnia mi jeden ze sprzedawców upominków. Jestem lekko zaskoczona widokiem rzędu kraników na tyłach kościoła. Z zamieszczonych nad nimi tablic dowiaduję się, że źródełko w okresie letnim jest czynne od godziny 6 do 21. Nieopodal znajduje się duży kran z informacją, że pod nim można płukać butelki na wodę ze źródełka. Pielgrzymi, którzy nie stosują się do tych zaleceń, są strofowani przez pozostałych użytkowników uzdrawiającej wody. Niektórzy mają tylko jedną małą buteleczkę, ale zdarzają się też tacy, którzy wykorzystują foliowe torebki. Rekordzista napełnia sześć półtoralitrowych butelek po napojach. Tylko nieliczni przychodzą bez żadnych naczyń i żegnając się w pełnym zamyślenia milczeniu, przemywają oczy.

– A ofiara? – starsza kobieta zwraca uwagę niewiele młodszemu od niej pielgrzymowi.

Mężczyzna kiwa głową i wrzuca monetę do stojącej na środku skarbonki. Ktoś prosi mnie o zrobienie pamiątkowego zdjęcia.

Tam, gdzie dochodzą prawie wszyscy
W alei Najświętszej Maryi Panny większość sklepów do złudzenia przypomina te znane z każdego większego miasta Polski. Są oczywiście jeszcze wyjątki – dom handlowy Merkury, przypominający Domy Towarowe Centrum z wczesnych lat 80., i Megasam ze swym targowiskiem u podnóża. Bure płaszcze i garsonki wiszą smętnie na stojakach, a znudzone ekspedientki przyglądają mi się rentgenowskim wzrokiem. Nie śmiem wyjąć aparatu fotograficznego, bo z pewnością usłyszałabym to, co w innych podobnych miejscach: „Ależ tu nie ma czego fotografować!”. A moim zdaniem jest, i to nie tylko tutaj.

***
Kiedy wytrwały turysta zdobędzie się na trochę wysiłku i wniknie w mniejsze, boczne uliczki, odnajdzie sklep z butami ustawionymi w rzędach na ladzie i półkach pamiętających lata 70. oraz niejedną drogerię oferującą niemal wszystko. Sprzedawcy, głowiący się nad krzyżówkowymi hasłami, nie zwracają uwagi na zabłąkaną klientkę.

Pośród tych pełnych nostalgii sklepików z plastikowymi spinkami do włosów i okrągłymi lizakami z przezroczystym kwiatkiem są i te, zasnute obdrapaną kratą, które nie wpuszczą już do swych wnętrz żadnego kupującego. Farba łuszcząca się na szybach w wielu przypadkach nie pozwala odgadnąć, co dwadzieścia lat temu można było nabyć w takim sklepie. I tylko oferta pokrowców na siedzenia samochodów nieistniejących już marek dobitnie pokazuje nieodwracalne zmiany.

***
Ekspedientka z zieleniaka kryjącego zaplecze za zasłonką z tęczowych, plastikowych pasków nie rozumie, w jakim celu wyciągam aparat.
– Przecież w każdym sklepie stoi taka stara waga... Przydałaby się nowa. U mnie nie jest ładnie, po co pani takie zdjęcie?

Wszelkie tłumaczenia przyjmowane są z lekkim zażenowaniem. Pod tą cienką warstwą pozornego niezrozumienia moich intencji odkrywam zawstydzenie.

– Za duży bałagan. Zresztą w Warszawie pewnie macie lepsze – właścicielka piekarni wyjaśnia, dlaczego nie zgadza się na fotografię.

A ja w takim braku krzykliwej nowoczesności i zaniedbanych przestrzeniach zauważam coś bardzo prawdziwego. W skromnych, trochę niedoświetlonych wnętrzach panuje autentyczny spokój. Nie ma wrzeszczących radioodbiorników i wciskających się w oczy jaskrawych reklam. Tu zwykłe zakupy mogą być przyjemnością samą w sobie.

***
Swoisty urok Warszawy sprzed dwudziestu lat mają budki z zapiekankami i hamburgerami, przycupnięte w wielu miejscach.

Ledwo schowałam aparat, a tu przybiega do mnie młoda kobieta handlująca kalafiorami obok kiosku.

– Przepraszam, ja na prośbę tego pana od zapiekanek. On chce wiedzieć, czemu pani zrobiła to zdjęcie. Pani nie zrozumie go źle, tylko teraz jest tak niebezpiecznie z tymi terrorystami...

Nie sposób nie dostrzec, że kioski z kuchnią chińską lub turecką zastąpiły te rodzime, oferujące frytki. 65 groszy za 100 gram w szarej, papierowej torebce z maleńkim, plastikowym widelczykiem jest na tyle zachęcające, że dwa razy dziennie ustawiam się w długim ogonku.

– A pani to pewnie z tej redakcji naprzeciwko – podpytuje sprzedawca. – Proszę nie szukać 5 groszy. Naprawdę nie trzeba – oburza się, kiedy wreszcie wręczam mu monetę.

Życzliwość sprzedawców i ospała atmosfera na ulicach to stałe elementy częstochowskiej rzeczywistości, tak różne od aury wielkich miast. Po trzech dniach przyzwyczajam się do tego odmiennego rytmu.

Tam, gdzie dochodzą tylko niektórzy

Zdobyte poczucie bezpieczeństwa pozwala mi jeszcze silniej zagłębić się w miasto. Bo na zapleczu sklepów „Społem” i mało ruchliwych ulic istnieje jeszcze świat podwórek – studni z suszącym się na sznurach praniem. Tu czas cofa się jeszcze dalej, a mnie przypominają się wszystkie przedwojenne opowieści mojej babci. I tylko warszawska Praga zachowała coś z tamtej epoki. W Częstochowie śladów minionego jest znacznie więcej – mężczyźni przerzucający węgiel do piwnicznych okienek i różnobarwne kocie łby zamiast szarego asfaltu. Chociaż szarości i schyłkowości pośród tych nieremontowanych kamieniczek nie brakuje. Widać ją w drewnianych, obdrapanych i próchniejących poręczach pochylających się nad skrzypiącymi schodami. Umorusane dzieci budujące inne światy pośród tej szarzyzny wdają się chętnie w rozmowę i pozują do zdjęć. Podobnie jak ich rodzice, pytają, po co przyszłam, nie rozumiejąc moich ciekawskich spojrzeń i zaglądania w różne zakamarki.

– A pani czego tu węszy? – burkliwy mężczyzna, wywabiony z drewnianej komórki przez małego chłopca, zastępuje mi drogę. – Skąd panią przyniosło?

– Z Warszawy – odpowiadam uprzejmie.

– Pytam, z jakiej gazety?

– Jestem turystką.

– Nie wygląda pani – mruczy mężczyzna, strosząc brwi.

– A na kogo, według pana, wyglądam?

– Na dziennikarkę – stwierdza z wyraźnym obrzydzeniem.

***
Innym razem zostaję w ogóle usunięta z podwórka.

– Łażą takie, nie wiadomo po co, a później coś ginie – usłyszałam jeszcze, zanim zatrzaśnięto za mną drzwi bramy.

Nie wiem tylko, co miałoby zginąć z miejsca, w którym dwa spośród trzech domów straszą tabliczkami: Uwaga! Budynek zagrożony zawaleniem.

Są to jednak nieliczne przykre incydenty, jakich doświadczam. Poza nimi spotykam się z ufnością i otwartością, tak jak pierwszego wieczora, kiedy zabłądziłam podczas mojej wędrówki bez planu miasta.

Zostaję zaproszona do obcego mieszkania, gdzie mogę się ogrzać i zjeść kolację. Pani Jolanta przyjmuje mnie jak osobę znajomą, a nawet zaprzyjaźnioną. Z ufnością opowiada mi o sobie, swoim mężu i synu, a następnie pokazuje rodzinny album. Mówi też o tym, co jest dla niej bardzo ważne, o pielgrzymkach, jakie odbywa sama na Jasną Górę.

– Ilekroć czuję, że tracę siły, jadę tam. Zazwyczaj raz na dwa tygodnie. Kiedy wracam, jest jakoś inaczej, staję się trochę inna.

***
Podczas jednej z wędrówek odkrywam przypadkowo skup złomu. Podążam do niego za dwoma chłopcami, którzy chwilę wcześniej myszkowali w krzakach w poszukiwaniu puszek. Za kilogram dostaną 2,60 zł, co pozwoli im później kupić chleb i wodę mineralną – bo traf chce, że spotykam ich tego samego dnia w sklepie spożywczym.

Jest jeszcze wielki bazar na obrzeżach, gdzie handlują wszyscy – od Rosjan, poprzez ludność wiejską, a skończywszy na tych, którzy swoje towary wyszukują na wysypiskach. Ich groteskowe stoiska, oferujące zardzewiałe przedmioty o niewiadomym przeznaczeniu, stare szmaty i wybrakowane książki, nie przyciągają niczyjej uwagi, z wyjątkiem sprzedających podobne rzeczy sąsiadów.

***
A jednak nawet w najbardziej zapuszczone uliczki wkradają się z wolna zmiany. Budynki z jasnego kamienia poddawane są gruntownej rozbiórce. Te w trochę lepszym stanie obrastają rusztowaniami i zmieniają kolor. Całość jednak bardziej przypomina odbudowę niż przebudowę. Pośród stosów cegieł i stert złocistego piachu bawią się dzieci. Naprzeciwko plotkują kobiety z sąsiadką z parteru, wychylającą głowę spomiędzy czerwonych pelargonii. Nieopodal trójka mężczyzn, połączonych podobieństwem złamanych nosów i sympatią dla tego samego trunku, przekrzykuje dzieci, rzucając ostre słowa. I można nagle zapomnieć, że stąd także jest bardzo blisko do Jasnej Góry.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki