Logo Przewdonik Katolicki

Do czego się spieszyć?

Katarzyna Kasjanowicz
Fot.

Kilkanaście kilometrów od granicy z Białorusią czas płynie zupełnie inaczej. W dwóch sąsiadujących ze sobą wioskach nikt się nie spieszy. Nawet do sklepu. Bo w Milenkowcach i Długosielcach nie ma choćby kiosku. Co dwa dni przyjeżdża samochód z towarem tym podstawowym i tym zamówionym specjalnie przez poszczególnych mieszkańców. Również turyści z dużych miast stanowią...

Kilkanaście kilometrów od granicy z Białorusią czas płynie zupełnie inaczej. W dwóch sąsiadujących ze sobą wioskach nikt się nie spieszy. Nawet do sklepu. Bo w Milenkowcach i Długosielcach nie ma choćby kiosku. Co dwa dni przyjeżdża samochód z towarem – tym podstawowym i tym zamówionym specjalnie przez poszczególnych mieszkańców. Również turyści z dużych miast stanowią tutaj rzadki widok. Może właśnie dlatego każdy z przyjezdnych witany jest jak dobry znajomy i każdemu tak łatwo opowiada się o tym, co leży na sercu.

Rozmowa pierwsza
Stary, z lekka przechylony krzyż otwiera drogę do wsi Milenkowce. Chaty z pociemniałego drewna pamiętają jeszcze inne czasy. Aż trudno uwierzyć, że tu także dotarł XXI wiek. Może tylko samochód kogoś z rodziny, zaparkowany przed jedną z walących się chałup, przypomina o tym, że czas nie stoi w miejscu.

Moją uwagę przykuwa jaskrawa folia przykrywająca dach zamiast strzechy czy wypierającej ją coraz częściej falistej blachy. Ale jest coś jeszcze – betonowy słup z wielkim bocianim gniazdem. I niewysoka staruszka, która życzliwym gestem zaprasza mnie na podwórze i nieśmiało prosi o zrobienie fotografii. Na imię ma Nina, ale nim się przedstawi, już czuję jakąś subtelną nić porozumienia między nami.

Kobieta nie może się zdecydować, gdzie chce mieć zdjęcie. Po dłuższych namowach zgadza się w końcu pozować przy domu. Nie lubię ustawianych fotografii, ale nie mam wyjścia. Taka albo żadna. Jeszcze tylko zdejmie te firanki, które suszą się przy chałupie. Nie wie, że w tym momencie ją fotografuję. Dobrze, teraz mogę. Stoi wyprostowana, lekko spięta. Biała, starannie zawiązana chustka przykrywa włosy. Biała jest także firanka w drzwiach drewnianego domu. Dziwnie kontrastuje z szarością starych desek.

– I jak wyglądam? – pyta.
– Bardzo dobrze.
Spogląda na mnie bez przekonania.
– Przy domu chyba lepiej niż przy studni – stwierdza.
– Lepiej – potakuję.
Pani Nina przechwytuje moje spojrzenie.
– Bocianów to u nas właściwie już nie ma. To gniazdo dziś jest puste. Nie wiem, co się dzieje. Wczoraj był jeden, ale tylko na chwilę. Tak patrzyłam, głowa tylko mu sterczała. Jak poleciał, to jeszcze nie wrócił.
– A kiedyś, ile ich było?
– Proszę pani! Przy każdym domu gniazdo. Ale i łąk mieliśmy więcej. Zarosły. Widzi pani te drzewa? Tam kiedyś była łąka. To i bociany były. One muszą mieć warunki. W lesie przecież nie wyżyją. W tym gnieździe co roku siedziały młode. Tym razem nie ma. Kiedyś gniazdo w ogóle było na drzewie. Tylko jak je rozpołowiło, to jedna gałąź poszła nad dom, a druga w przeciwną stronę. Trzeba było ściąć. Mój świętej pamięci bratanek uciął, pani patrzy, na wysokości dachu.
– A dom, ile ma lat?
– Ze sto będzie. Stary jest. Ja też stara. Siedemdziesiąt pięć, nie, siedemdziesiąt sześć lat mam. Młodzi odeszli. Sama zostałam – wzdycha.
– Gdzie odeszli?
– Jak to gdzie? Za pracą. Bo u nas wyżyć się nie da. Sami starzy mieszkają, dziewięcioro w całej wsi. Kiedyś w dwudziestu trzech domach było przynajmniej po trzy osoby. To pani policzy, ile razem... A teraz żyto po trzy pięćdziesiąt za kilogram. Komu opłaca się siać? A jak pogoda zła, nie ma dobrych zbiorów. I mleko prawie darmo. Dawniej za litr kupił człowiek litr ropy. Tylko wszyscy gadali na tę komunę, narzekali.
– Może coś się zmieni? – sugeruję ostrożnie.
– Zmienia się, sama słyszałam ostatnio. Taka doktor się wypowiadała o bezpłodności. Że dziesięć procent ludzi na świecie nie może mieć dzieci. Dlaczego? Bo bieda i wszyscy gonią za pieniądzem. I albo strach założyć rodzinę, albo jest już za późno. Oby pani dobrze życie się ułożyło. Żeby mąż był odpowiedzialny i praca dobrze płatna. Z całego serca życzę. A bocian, nuż jutro przyleci?

Rozmowa druga
Za dwa dni przychodzę ponownie. Jest szaro i chłodno, zupełnie jak nie w lipcu. Niebo swym kolorem upodobniło się do chałupy ze starych desek. Wszystko wygląda bardziej nędznie, niemal schyłkowo. Nawet kwiaty straciły barwy, a dach, przykryty zieloną folią, ma w sobie coś groteskowego. Ale bocian jest. Stoi dumnie, na środku gniazda, z wyciągniętą szyją. Obserwuje mnie.

Pani Nina nie wychodzi dziś z domu. Boli ją gardło – jak wyjaśnił pan Konstanty – starszy, dobrze zbudowany mężczyzna. On równie chętnie, nie kryjąc dumy, opowiada o bocianach.

– Tylko tych młodych, które się nie wykluły, żałuję – wzdycha. – Noce były zimne. Może zarodki zmarzły i dlatego te jajka zostały wyrzucone z gniazda? Chce pani zobaczyć?

Wchodzimy do murowanego domu znajdującego się w pobliżu chałupy pani Niny. Jest jeszcze niewykończony. W wąskim pomieszczeniu, które pan Konstanty nazywa warsztatem, pośród różnorodnych narzędzi ułożonych na półce, leżą dwa spore białe jajka.

– Są całe – zauważam.
– Dlatego, bo upadły na piach. Chciałem je pod kurę podłożyć, ale to by niewiele dało. Bo takie jajko, jak się wstrząśnie, to już podobno nic z niego nie będzie.

Oglądam oba szczegółowo. Są doskonałe. Równe i w jednolitym kolorze. Bez żadnej skazy na skorupce. Aż trudno uwierzyć, że nie ma w nich życia. Niechętnie oddaję je panu Konstantemu. Jest w nich coś takiego, że chce się trzymać je w dłoni.

– Nigdy pani takich nie widziała?
– Nigdy – przyznaję, wychodząc przed dom.
– A skąd pani przyjechała?
– Z Warszawy.
– Ładne miasto. Duże, nowoczesne... – wychwala pan Konstanty. – W takim łatwiej żyć, ale i szybciej, i drożej – zauważa.

Czasem bywa w stolicy, ale chyba nie opuściłby swojej wioski. Z dumą i czułością spogląda w kierunku gniazda. Z tym wzrokiem utkwionym w górze stoi dłuższą chwilę, jakby zapomniał o mojej obecności.

– To ja jeszcze do bociana pójdę – mówię, wyjmując z torby aparat.
– Chodź, Ciapek. Pani będzie robiła zdjęcie...

Rozmowa trzecia
Do wsi Długosielce idzie się z Milenkowiec jakieś dwadzieścia minut. Drewniane domki oddzielone kwadratami łąk są mniej zaniedbane. W gospodarstwach tętni życie. Miejsce, którego szukam, znajduję szybko. Słup zakończony wielkim, płaskim gniazdem wyznacza mi drogę. Trzy psy za ogrodzeniem sąsiedniej posesji wywołują swym ujadaniem gospodarza, pana Jurka. Nie mogę ukryć uśmiechu, słysząc swojską miękkość w głosie ogorzałego, dobrze zbudowanego mężczyzny w średnim wieku.

– Co was sprowadza? – pyta ani trochę niezaskoczony moją obecnością.
– Bociany.
– A wejdźcie. Tam są – zaprasza. – Wam kto mówił o gnieździe?
– Mówili. W Milenkowcach.
– Macie szczęście. Trzy dni, może tydzień, i polecą. Poczekajcie trochę, to stary przyleci i będzie karmił. Zobaczycie wtedy, jak podskakują, jak wymachują skrzydłami.
– Ile jest młodych?
– Trzy w tym roku. Tylko rodzic został jeden. Z miesiąc już odkąd drugiego nie ma. Dlatego te młode są teraz ciągle głodne. Tak piszczą czasami, że nie można słuchać. Bo jak jeden karmi, to ile sam musi tego wszystkiego nałapać? Nie nadąża, a one tylko jeść chcą.
– Co się stało z tym drugim?
– Nie wiem – pan Jurek wzrusza ramionami. – Zginął. Myślałem, żeby gdzie dzwonić, po pomoc. Tylko nie znałem numeru. No i do kogo?
– A który z rodziców nie wrócił?
– Chyba matka. Bo ojciec gniazdo budował. I ten teraz też poprawia, jak coś popsują. Patyków donosi albo jedzenia. Cały czas w robocie. Tylko one i tak jakieś małe. Normalnie o tej porze byli większe.

Wstaję z ławki i podchodzę bliżej. Trzy białe łebki poruszają się od czasu do czasu. Pod gniazdem przepychają się wróble. Siadają na wystających gałązkach i przewodach biegnących od słupa.

– Szkoda robić teraz zdjęcie. Lepiej poczekać, aż przyjdzie stary. Posiedźcie na ławce. Przyjdzie na pewno. Do zdjęcia zresztą dobrze wejść na wóz albo tamten murek. Poczekajcie spokojnie. A ja do pracy już pójdę. Pół dnia w domu mnie nie było. Kazali książeczkę zdrowia wyrobić i dziś ją odebrałem. Do dojenia krowy książeczka, co oni w tej Unii wymyślają! Kiedyś każdy doił bez tego i dobrze było. A teraz? Lekarz pierwszego kontaktu, pięćdziesiąt złotych. Badania, pięćdziesiąt. Weterynarz, stówa. I tak razem mamy dwieście. Żeby cały miesiąc doić, to się nie zwróci. Bo za litr mleka pierwszej klasy płacą pięćdziesiąt cztery grosze.
– W mieście ludzie też mają swoje problemy – usiłuję pocieszać w ten wątpliwy sposób.
– A tam! Pracę można znaleźć. Jakąkolwiek. Tu człowiek nic nie wymyśli. Jak był PGR, każdy miał zatrudnienie. Tam, gdzie się zatrzymaliście, stoją jeszcze opuszczone budynki. I staw był obok. Nawet jak zarósł rzęsą, to się w nim jeszcze kąpałem.
– Nie widziałam śladu po stawie.
– Bo od dawna tam są tylko krzaki. PGR zdechł i staw zdycha razem z nim.

Pan Jurek powoli podnosi się z ławki. Bociany wyciągają za nim długie, cienkie szyje.

– Pójdę po dziadka. On lubi gadać. Tylko krzyczcie do niego, żeby dobrze słyszał.

Rozmowa czwarta
Staruszek spogląda w stronę gniazda, uśmiechając się w zamyśleniu. Z pooranej bruzdami twarzy trudno odczytać wiek. Niełatwo również rozmawiać. Długo muszę przebijać się przez dziwną, niepolską składnię. Kilka zdań mi umyka, nawet znajomość rosyjskiego nie pomaga. Mimo to oboje odnajdujemy przyjemność w tej szczególnej rozmowie dwojga ludzi z różnych światów i czasów. Podobna wrażliwość rekompensuje językowe braki.

– Te małe wyfrunęli kiedy z gniazda i siedli koło mnie. Ale ja nie bocian. Co ja miał z nimi! Innym razem zaatakował je obcy bocian.
– Skąd pan wiedział, że obcy?
– Poznał. Tak walił skrzydłami, jakby chciał je z gniazda wyrzucić. Małe krzyczeli, a ja musiał złapać kija i go pognać. Nie będzie mi taki czort bił moich bocianów! Ale jeden zginął, duży. Pewnie wpadł na druty i prąd go poraził. Mógł jeszcze lis porwać i rozszarpać. Nieraz myślę, co z nim się stało.
– Dużo macie lisów w okolicy?
– Pełno! Im nikt nie zagraża w tych lasach. Wrogów wśród zwierząt nie mają, nam nie wolno do nich strzelać. Zresztą, kto miałby to robić? Ludzi coraz mniej, do miasta wszystkie uciekają. Pieniądz chcą robić, ale mało kto potrafi. Tylko premier i posły – mężczyzna patrzy na mnie wyczekująco. – Kiedyś człowiekowi we wsi starczył tylko rower, później chciał mieć motor. Później samochód i traktor. Jak ktoś miał kombajn, to dopiero było! A teraz kombajny mają i niezadowolone. Najlepiej, żeby taki kombajn jeszcze od razu chleb piokł. Nie cenią tego, co im Pan Bóg daje.

Staruszek zerka na mnie, szukając w moich oczach zrozumienia.

– Człowiek jest dziwny – wzrusza ramionami. – Ci z lasu chcą iść do miasta. Ci z miasta do lasu.

Odwracam głowę zaintrygowana szelestem. Bociany stoją z przekrzywionymi głowami, rozciągają skrzydła, rozdzielają pióra. Zajęte sobą, nie zwracają uwagi na moją obecność. Zaczynają otwierać i zamykać dzioby. Najpierw powoli. Później coraz szybciej. Aż w końcu klekot zagłusza gdaczące na podwórzu kury.

– To prawie już. Polecą! Za dwa, trzy dni najwyżej! – woła za mną staruszek.

Bociany na chwilę przerywają ten dziwny rytuał. Stoją nieruchomo, majestatycznie wyprostowane. Nie mogę oderwać od nich oczu. Najpierw zaczynają podskakiwać. Początkowo ostrożnie, delikatnie, jakby bały się odbić mocniej. Ale zew przestrzeni przemawia do nich coraz silniej. Zaczynają bić skrzydłami i w końcu zawisają na kilka sekund w powietrzu.

Żegnam się z gospodarzami. Kiedy opuszczam podwórko, drogę zastępuje mi kobieta w czarnej chustce, właścicielka sąsiedniej posesji.

– A przyjdzie pani do nas na chwilę – zaprasza.

I nie pomaga tłumaczenie, że nie mam czasu, że gdzieś tam, pół godziny drogi stąd czeka na mnie obiad, a ja obiecałam choć raz przyjść punktualnie.

– Do czego się spieszyć? Dzisiaj taki upał!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki