Logo Przewdonik Katolicki

Łemkowskie krzyże

Ks. Mariusz Pohl
Fot.

Jeszcze dwadzieścia lat temu teren Beskidu Niskiego był ziemią niemalże zapomnianą i zdziczałą. Turyści, szukający egzotyki i dziewiczej przyrody, znajdowali ją tu pod dostatkiem. Gęste, bukowo-jodłowe puszcze ciągnęły się kilometrami, potoki, rzeki były tak czyste, że śmiało można było pić z nich wodę. Ścieżek i szlaków było niewiele, schroniska zaledwie trzy, za to ludzie...

Jeszcze dwadzieścia lat temu teren Beskidu Niskiego był ziemią niemalże zapomnianą i zdziczałą. Turyści, szukający egzotyki i dziewiczej przyrody, znajdowali ją tu pod dostatkiem. Gęste, bukowo-jodłowe puszcze ciągnęły się kilometrami, potoki, rzeki były tak czyste, że śmiało można było pić z nich wodę. Ścieżek i szlaków było niewiele, schroniska zaledwie trzy, za to ludzie gościnni. Największą atrakcję stanowiły jednak ślady dawnej przeszłości.


Przed wojną na całym terytorium Łemków kwitła specyficzna kultura, wyrażająca się przede wszystkim w architekturze. Szczytowym osiągnięciem tej kultury były drewniane cerkwie, ale także budownictwo mieszkalne: charakterystyczne gospodarstwa, urbanistyka wsi, układ pól, dróg, cmentarzy. W kulturze łemkowskiej bardzo trudno jest oddzielić sferę sakralną od przestrzeni codziennego życia i gospodarowania. W każdej wsi znajdowała się drewniana lub - rzadziej - murowana cerkiew, otoczona lipami lub modrzewiami, a nieopodal był cmentarz. W każdym gospodarstwie, w opłotkach, stał kamienny lub kamienno-żelazny krzyż. Bóg był naprawdę blisko każdej rodziny i człowieka.
W czasie wojny i po wojnie tereny te zostały całkowicie zniszczone: najpierw przez linię frontu, a potem przez przesiedleńczą Akcję Wisła. Łemków rozrzucono na obszarze północnej i zachodniej Polski. Kultura materialna Łemkowszczyzny na terenie Beskidu Niskiego została skazana na zagładę. I rzeczywiście, niewiele zostało z łemkowskich wiosek i osad - niekiedy tylko nazwy na mapie i charakterystyczne, zarośnięte łoziną szerokie doliny płytkich rzek, zakrzaczone tarasy dawnych pól i gęste zarośla pokrzyw na chałupiskach.
Ale najważniejszą pozostałością po starych gospodarstwach są przydomowe i przydrożne krzyże. Stały w każdych niemal opłotkach jako niewzruszony, kamienny lub żeliwny znak wiary i nadziei, dziękczynne wotum czy też prośba o Boże błogosławieństwo i opiekę nad obejściem. Cóż, same obejścia w większości nie przetrwały, ale krzyże stoją po dziś dzień, świadcząc o wierze dawnych mieszkańców tych ziem.
Spalone czy zniszczone wsie na ogół odbudowano w latach pięćdziesiątych i później. Przed współczesnymi, banalnymi, murowanymi z pustaków domami, jako jedyny ślad dawnej przeszłości, przetrwały właśnie te krzyże. Ich obecność jest nieraz zaskakująca. Stoją niekiedy w jakimś zupełnie przypadkowym miejscu: ni to przed domem, ni przed stodołą, często tuż przed metalowym ogrodzeniem. Albo pośrodku zielonej łąki, krótko "wystrzyżonej" przez owce i gęsi. Nieraz w kępie pokrzyw, koło stosu kamieni.
To znak, że jest to teren dawnego gospodarstwa. Po starych budynkach pozostały jedynie fundamenty, ruiny kamiennych murów i zdziczałe czereśnie. Potem ktoś pobudował się na nowo, według nowych planów, postawił stodołę. Tylko krzyż pozostał na swoim starym miejscu. Taki krzyż ma się dobrze: nowi gospodarze zadbają o niego - pobielą wapnem, oczyszczą z rdzy, ozdobią kwiatami.
Nieraz remont starych krzyży nie wychodzi im na dobre. Pamiętam drewniany, częściowo zmurszały krzyż z 1914 roku w Nowicy, zagubionej pośród gór łemkowskiej wiosce. Większość domów była wtedy opuszczona i zniszczona, więc i krzyż popadał w ruinę. Wygięty w kształcie podkowy daszek całkowicie przerdzewiał i pozostała tylko ostatnia część jego drewnianej konstrukcji. Zrobiłem urzekające zdjęcie. Gdy trafiłem tam znów po 15 latach, w tym miejscu stał zupełnie nowy krzyż. Trzeba przyznać, że komuś zależało, aby nawiązać do jego poprzedniej formy: pasyjka była ta sama, daszek z ocynkowanej blachy wygięty łukowato - ale efekt całkowicie pozbawiony dramatyzmu i autentyzmu. Cóż, taki jest los drewnianych krzyży.
Inne krzyże nie mają tyle szczęścia. Jeśli gospodarstwa nikt nie odbuduje, krzyż stoi w szczerym polu: pochylony, rdzewiejący, bezpański. Tylko krowy lub owce pasące się nieopodal "dbają", by nie zarosły go pokrzywy i chwasty. Nieraz zdarzy się, że ze starego korzenia niespodziewanie po latach wypuści odrośl różanego krzewu i otoczy postument ukwieconymi, kolącymi ramionami.
Niektóre krzyże stoją pośrodku lasu. Tu też były kiedyś wsie, ale po zniszczeniu nikt ich nie odbudował. Pola i łąki zarosły krzakami, a potem lasem. Tylko gdzieniegdzie wybujałe, stare czereśnie i jabłonie świadczą, że kiedyś był tu sad i ludzkie domostwo. Ale pośród leśnych ostępów, przy drodze, stoją krzyże. Nikt się ich tu nie spodziewa i bywa, że turyści przechodzący z rzadka tymi szlakami, w ogóle ich nie zauważą. Ale niektóre są z lekka wyeksponowane: ktoś wykosi pokrzywy i łopiany, postawi słoik ze sztucznymi kwiatami, pobieli wapnem. Wtedy niczym drogowskazy znaczą one drogę, czuwają nad bezpieczeństwem podróżnych i przypominają o dawnej świetności tych ziem.
Pamiętam leśną drogę między Świątkową a Bartnem. Było to w sierpniu 1979 roku. Wypisana na mapie kursywą nazwa Świerzowa Ruska świadczyła, że kiedyś była tu wieś. Dziś rośnie tam las, płynie potok i prowadzi błotnista droga, zarośnięta potężnymi łopianami. Kiedy samotnie wchodziłem do lasu, było już dobrze po siedemnastej i zanosiło się na burzę. Spotkany wcześniej w Świątkowej leśny robotnik ostrzegł mnie, że w lesie mogą być wilki, bo ciągle giną owce. Przyprawiało mnie to o zimne dreszcze, ale nie miałem wyjścia. Chciałem tylko zdążyć do Bartnego przed deszczem. Niestety, zaczęło kropić gdy tylko wszedłem do lasu, a po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa. Zatrzymałem się pod gęstym drzewem, by wyciągnąć z plecaka folię do przykrycia i jakie było moje zdziwienie, gdy nagle pośród zarośli pod drzewem dostrzegłem kamienny krzyż. Idąc drogą, nigdy bym go nie dostrzegł. Od razu poczułem się raźniej, lęk gdzieś się ulotnił, a gdy po zelżeniu deszczu ruszyłem dalej, zacząłem uważniej rozglądać się na boki.
I opłaciło się! Na poboczach kilkukilometrowej drogi odkryłem może piętnaście różnych kapliczek, figur i krzyży. Większość z nich uwieczniłem na zdjęciach: zagubione pośród chaszczy, pogięte, metalowe daszki, pochylone postumenty, rdza. Sprawiało to jakieś surrealistyczne wrażenie i nastrój grozy, ale też i pokoju. Wiedziałem, że kiedyś żyli tu ludzie, były domy, szkoła - teraz tylko dziki las. Ale krzyże i święci z kamienia nadal czuwali nad tym miejscem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki