Logo Przewdonik Katolicki

Kwadrans dla piechura

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Energiczny chód i wyprostowana sylwetka zdradzają wytrawnego wędrowca. Nie dziwię się więc, kiedy okazuje się, że muszę mocno wyciągać nogi, żeby dotrzymać kroku dziarsko maszerującemu Czesławowi Michałkowi niezwykłemu bezdomnemu pielgrzymowi, który samotnie przeszedł dwa tysiące kilometrów, by móc pomodlić się w Watykanie u grobu Jana Pawła II. To było rok temu,...

Energiczny chód i wyprostowana sylwetka zdradzają wytrawnego wędrowca. Nie dziwię się więc, kiedy okazuje się, że muszę mocno wyciągać nogi, żeby dotrzymać kroku dziarsko maszerującemu Czesławowi Michałkowi – niezwykłemu bezdomnemu pielgrzymowi, który samotnie przeszedł dwa tysiące kilometrów, by móc pomodlić się w Watykanie u grobu Jana Pawła II.

To było rok temu, 2 kwietnia, pod Szklarską Porębą. Rozbiłem namiot na śniegu i tam telefonicznie dotarła do mnie wiadomość o śmierci naszego Jana Pawła II. I właściwie już wtedy w mojej głowie zaświtała myśl, że muszę pójść do grobu Ojca Świętego, nieważne, gdzie on się będzie znajdował – mówi 55-letni dziś Czesław Michałek, od kilku lat mieszkaniec wrocławskiego schroniska dla bezdomnych, prowadzonego przez Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta Chmielowskiego. – Nasz Papież zawsze upominał się o chorych, cierpiących, bezdomnych i tych wszystkich, których los jakoś ciężko doświadczył. To przecież właśnie Jan Paweł II wyniósł na ołtarze brata Alberta Chmielowskiego. Dlatego ja, bezdomny, postanowiłem pójść do Watykanu i podziękować Ojcu Świętemu za cały jego niezwykły pontyfikat, w imieniu wszystkich opuszczonych i skrzywdzonych przez los – tłumaczy pan Czesław.

Niespokojny duch
– Od 2003 roku jestem bezdomny. To dłuższa historia, powiem tylko, że zawsze byłem ludziom życzliwy i to mnie nieraz gubiło. Teraz też chciałem komuś wyświadczyć przysługę, a skończyłem bez dachu nad głową – kwituje Czesław Michałek.

Nigdy jednak nie zrezygnował ze swojej największej pasji: pieszych wędrówek. A chodzić lubił od zawsze. Trzy razy przeszedł plażami polskie Wybrzeże, cały kraj zaś obszedł na wszystkie możliwe sposoby: dookoła, wzdłuż, wszerz i po skosie. ­­– Jestem taką niespokojną duszą. Ciągnie mnie do natury, nie potrafię za długo usiedzieć w jednym miejscu. Dopiero w marszu czuję się wolnym człowiekiem – wyjaśnia pan Czesław.

Pomysł pielgrzymki do Watykanu zrodził się właśnie w czasie jednej z takich niezwykłych eskapad. To był pięciomiesięczny marsz dookoła Polski wzdłuż granic, który Czesław Michałek poświęcił ofiarom azjatyckiego tsunami. Po powrocie zaczął przygotowania do watykańskiej pielgrzymki – planowanie trasy, szukanie sponsorów. Projektem zainteresowało się kilka osób, dzięki czemu pan Czesław dostał odpowiedni sprzęt, dobre buty, telefon i ubezpieczenie na całą podróż.

– Bardzo dużo serca w tę moją wyprawę włożył kierownik schroniska pan Darek Dobrowolski, który zmobilizował zarząd Towarzystwa i wszystkich pracowników. W całe przedsięwzięcie zaangażowanych było zresztą mnóstwo ludzi, łącznie z księżmi z Watykanu. W pomoc włączył się także biskup Andrzej Siemieniewski – mówi pan Czesław.

Trzydzieści euro w kieszeni
Pielgrzym wystartował 20 kwietnia spod domu rodzinnego Jana Pawła II w Wadowicach. – Chciałem rozpocząć w miejscu, w którym przyszedł na świat Karol Wojtyła, a zakończyć tam, skąd odszedł już jako Papież Jan Paweł II. Powiedziałem też sobie, że dojdę do celu maksymalnie 20 czerwca – mówi pan Czesław.

W drogę wziął namiot, śpiwór, karimatę, apteczkę, zapasowe buty, suchy prowiant i uzbierane 30 euro. Większość drogi szedł sam. Jedynie od czasu do czasu dojeżdżały do niego ekipy telewizyjne oraz Ksawery Szczepanik, filmowiec z Katowic, który kręcił film o pielgrzymce pana Czesława. – No i oczywiście mój nieoceniony kierownik schroniska pan Darek, który co jakiś czas dowoził mi puszki z jedzeniem i parę groszy, które dla mnie uzbierano. Sam też chwytałem się po drodze drobnych prac zarobkowych – mówi Czesław Michałek.

Pomimo nieznajomości języków obcych wrocławski pielgrzym dobrze radził sobie także z porozumiewaniem się. Przydały się przygotowane przed wyjazdem listy po angielsku, włosku i niemiecku. Z czasem jednak coraz swobodniej wdawał się w konwersacje językowe. Pewnie dlatego, że po drodze spotkał wielu niezwykle życzliwych ludzi, którzy pozwalali mu rozbijać namiot na swoich posesjach, przynosili wodę, częstowali kawą czy ciepłą kolacją.

– Wbrew temu, co mi mówiono przed wymarszem, najbardziej serdeczni okazali się Austriacy. Natomiast we Włoszech było całkiem odwrotnie. Kilka razy odmówiono mi tam rozbicia namiotu, a nawet podładowania w barze telefonu komórkowego – relacjonuje pan Czesław.

Dziesięć godzin serpentyn
Każdego dnia wyznaczał sobie w atlasie cel, do którego musiał dojść. Niekiedy szedł dziennie 50 kilometrów, innym razem ponad 70. Zdarzało się, że maszerował po kilkanaście godzin, do późna w nocy.

– Kiedy wszedłem w Alpy, zaczęły się kłopoty. Żeby wspiąć się na przełęcz Soboth, leżącą na wysokości 1487 metrów, musiałem iść serpentynami 12 kilometrów, cały czas pod górę, z obciążonym plecakiem. Pokonanie tej drogi zajęło mi 10 godzin. Potem trzeba było jeszcze stamtąd zejść. Ale nie było innej trasy. Takich miejsc napotkałem jeszcze kilka – wspomina pan Czesław.

Co ciekawe, przez całe dwa miesiące marszu nie dostał nawet kataru. – Sam się dziwię, że nie złapałem żadnego choróbska. A przecież trzy razy zalewało mi namiot, bywało też, że szedłem w deszczu. Jedynie pod koniec zaczęły trochę dokuczać korzonki, ale to był efekt wysiłku, ciężaru plecaka i spania na kamieniach – podsumowuje Czesław Michałek.

Nie zawiodły także nogi. – Wiedziałem, że kondycyjnie dam radę, że nogi wytrzymają, byłem przecież przygotowany, rozchodzony. Przez całą drogę tylko raz miałem lekkie obtarcie palca, a tak żadnych kłopotów, żadnych bąbli – mówi z dumą wrocławski pielgrzym.

Boski parasol
Po drodze mijał wiele miejsc, które zapadły mu w pamięć: Wiedeń, Graz czy niesamowite, zbudowane na skale włoskie miasteczko Orvieto. – Kiedy wszedłem w Alpy i zobaczyłem te ośnieżone szczyty, a w dole ja, taki malutki, poczułem ogromny podziw dla dzieła Stwórcy. Podczas marszu drgała we mnie zresztą bez przerwy jakaś nutka, dużo się modliłem, dużo rozmawiałem w myślach z Bogiem. Wiedziałem, że nie idę sam – wspomina pan Czesław i dodaje, że miał dużo czasu na przemyślenia, całe życie zaś przewijało mu się przed oczami jak w kalejdoskopie.

– Wiem też, że przez cały czas czuwała nade mną Opatrzność Boska. Niekiedy szedłem takimi szosami, że dosłownie ocierałem się o śmierć. Ruch niesamowity, pędzące ciężarówki, nie było pobocza, nie było gdzie uskoczyć. Tylko wąska dróżka i dwa mijające się tiry. Wystarczyłby lekki ruch kierownicy... Widocznie jednak Bóg chciał, żebym dotarł do Watykanu – uważa pan Czesław.

Przywilej koronowanych głów
Po 56 dniach marszu doszedł wreszcie do celu.

– To, co mnie spotkało w Watykanie, to była największa nagroda, jaką mogłem dostać w życiu. Przy grobie Jana Pawła II wolno stać jedynie za barierką i tylko przez kilka sekund. Jednak kiedy dotarłem tam z plecakiem, zdjęto sznur i zaproszono mnie w pobliże płyty nagrobnej. Dostałem 15 minut i mogłem w ciszy i samotności modlić się bezpośrednio przy grobie. Kiedy odchodziłem, szumiało mi jeszcze w głowie. Przecież taki przywilej przysługuje jedynie głowom państw – opowiada wzruszony Czesław Michałek.

Jego radość mąci jednak fatalna sytuacja bezdomnych w Polsce. – Ci, którzy przebywają w schroniskach, mają chociaż dach nad głową, całodzienne wyżywienie, opiekę medyczną. Ale jest wielu takich, którzy nocują w parkach, piwnicach, dziurach i tam umierają. Nikt o nich nie pamięta, niejednokrotnie oni sami nie wiedzą, kim są. Panuje u nas jakaś znieczulica, pieniądze znajdują się na jakieś bzdurne wybory miss i tego typu imprezy, a na bezdomnych nie ma pieniędzy – mówi.

Mimo wszystko pan Czesław ma nadzieję, że jego pielgrzymka może kogoś ruszy, obudzi czyjeś sumienie. Bo, jak sam mówi, nawet kamień potrafi czasem zapłakać.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki