To było rok temu,...
Energiczny chód i wyprostowana sylwetka zdradzają wytrawnego wędrowca. Nie dziwię się więc, kiedy okazuje się, że muszę mocno wyciągać nogi, żeby dotrzymać kroku dziarsko maszerującemu Czesławowi Michałkowi – niezwykłemu bezdomnemu pielgrzymowi, który samotnie przeszedł dwa tysiące kilometrów, by móc pomodlić się w Watykanie u grobu Jana Pawła II.
To było rok temu, 2 kwietnia, pod Szklarską Porębą. Rozbiłem namiot na śniegu i tam telefonicznie dotarła do mnie wiadomość o śmierci naszego Jana Pawła II. I właściwie już wtedy w mojej głowie zaświtała myśl, że muszę pójść do grobu Ojca Świętego, nieważne, gdzie on się będzie znajdował – mówi 55-letni dziś Czesław Michałek, od kilku lat mieszkaniec wrocławskiego schroniska dla bezdomnych, prowadzonego przez Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta Chmielowskiego. – Nasz Papież zawsze upominał się o chorych, cierpiących, bezdomnych i tych wszystkich, których los jakoś ciężko doświadczył. To przecież właśnie Jan Paweł II wyniósł na ołtarze brata Alberta Chmielowskiego. Dlatego ja, bezdomny, postanowiłem pójść do Watykanu i podziękować Ojcu Świętemu za cały jego niezwykły pontyfikat, w imieniu wszystkich opuszczonych i skrzywdzonych przez los – tłumaczy pan Czesław.
Niespokojny duch
– Od 2003 roku jestem bezdomny. To dłuższa historia, powiem tylko, że zawsze byłem ludziom życzliwy i to mnie nieraz gubiło. Teraz też chciałem komuś wyświadczyć przysługę, a skończyłem bez dachu nad głową – kwituje Czesław Michałek.
Nigdy jednak nie zrezygnował ze swojej największej pasji: pieszych wędrówek. A chodzić lubił od zawsze. Trzy razy przeszedł plażami polskie Wybrzeże, cały kraj zaś obszedł na wszystkie możliwe sposoby: dookoła, wzdłuż, wszerz i po skosie. – Jestem taką niespokojną duszą. Ciągnie mnie do natury, nie potrafię za długo usiedzieć w jednym miejscu. Dopiero w marszu czuję się wolnym człowiekiem – wyjaśnia pan Czesław.
Pomysł pielgrzymki do Watykanu zrodził się właśnie w czasie jednej z takich niezwykłych eskapad. To był pięciomiesięczny marsz dookoła Polski wzdłuż granic, który Czesław Michałek poświęcił ofiarom azjatyckiego tsunami. Po powrocie zaczął przygotowania do watykańskiej pielgrzymki – planowanie trasy, szukanie sponsorów. Projektem zainteresowało się kilka osób, dzięki czemu pan Czesław dostał odpowiedni sprzęt, dobre buty, telefon i ubezpieczenie na całą podróż.
– Bardzo dużo serca w tę moją wyprawę włożył kierownik schroniska pan Darek Dobrowolski, który zmobilizował zarząd Towarzystwa i wszystkich pracowników. W całe przedsięwzięcie zaangażowanych było zresztą mnóstwo ludzi, łącznie z księżmi z Watykanu. W pomoc włączył się także biskup Andrzej Siemieniewski – mówi pan Czesław.
Trzydzieści euro w kieszeni
Pielgrzym wystartował 20 kwietnia spod domu rodzinnego Jana Pawła II w Wadowicach. – Chciałem rozpocząć w miejscu, w którym przyszedł na świat Karol Wojtyła, a zakończyć tam, skąd odszedł już jako Papież Jan Paweł II. Powiedziałem też sobie, że dojdę do celu maksymalnie 20 czerwca – mówi pan Czesław.
W drogę wziął namiot, śpiwór, karimatę, apteczkę, zapasowe buty, suchy prowiant i uzbierane 30 euro. Większość drogi szedł sam. Jedynie od czasu do czasu dojeżdżały do niego ekipy telewizyjne oraz Ksawery Szczepanik, filmowiec z Katowic, który kręcił film o pielgrzymce pana Czesława. – No i oczywiście mój nieoceniony kierownik schroniska pan Darek, który co jakiś czas dowoził mi puszki z jedzeniem i parę groszy, które dla mnie uzbierano. Sam też chwytałem się po drodze drobnych prac zarobkowych – mówi Czesław Michałek.
Pomimo nieznajomości języków obcych wrocławski pielgrzym dobrze radził sobie także z porozumiewaniem się. Przydały się przygotowane przed wyjazdem listy po angielsku, włosku i niemiecku. Z czasem jednak coraz swobodniej wdawał się w konwersacje językowe. Pewnie dlatego, że po drodze spotkał wielu niezwykle życzliwych ludzi, którzy pozwalali mu rozbijać namiot na swoich posesjach, przynosili wodę, częstowali kawą czy ciepłą kolacją.
– Wbrew temu, co mi mówiono przed wymarszem, najbardziej serdeczni okazali się Austriacy. Natomiast we Włoszech było całkiem odwrotnie. Kilka razy odmówiono mi tam rozbicia namiotu, a nawet podładowania w barze telefonu komórkowego – relacjonuje pan Czesław.
Dziesięć godzin serpentyn
Każdego dnia wyznaczał sobie w atlasie cel, do którego musiał dojść. Niekiedy szedł dziennie 50 kilometrów, innym razem ponad 70. Zdarzało się, że maszerował po kilkanaście godzin, do późna w nocy.
– Kiedy wszedłem w Alpy, zaczęły się kłopoty. Żeby wspiąć się na przełęcz Soboth, leżącą na wysokości 1487 metrów, musiałem iść serpentynami 12 kilometrów, cały czas pod górę, z obciążonym plecakiem. Pokonanie tej drogi zajęło mi 10 godzin. Potem trzeba było jeszcze stamtąd zejść. Ale nie było innej trasy. Takich miejsc napotkałem jeszcze kilka – wspomina pan Czesław.
Co ciekawe, przez całe dwa miesiące marszu nie dostał nawet kataru. – Sam się dziwię, że nie złapałem żadnego choróbska. A przecież trzy razy zalewało mi namiot, bywało też, że szedłem w deszczu. Jedynie pod koniec zaczęły trochę dokuczać korzonki, ale to był efekt wysiłku, ciężaru plecaka i spania na kamieniach – podsumowuje Czesław Michałek.
Nie zawiodły także nogi. – Wiedziałem, że kondycyjnie dam radę, że nogi wytrzymają, byłem przecież przygotowany, rozchodzony. Przez całą drogę tylko raz miałem lekkie obtarcie palca, a tak żadnych kłopotów, żadnych bąbli – mówi z dumą wrocławski pielgrzym.
Boski parasol
Po drodze mijał wiele miejsc, które zapadły mu w pamięć: Wiedeń, Graz czy niesamowite, zbudowane na skale włoskie miasteczko Orvieto. – Kiedy wszedłem w Alpy i zobaczyłem te ośnieżone szczyty, a w dole ja, taki malutki, poczułem ogromny podziw dla dzieła Stwórcy. Podczas marszu drgała we mnie zresztą bez przerwy jakaś nutka, dużo się modliłem, dużo rozmawiałem w myślach z Bogiem. Wiedziałem, że nie idę sam – wspomina pan Czesław i dodaje, że miał dużo czasu na przemyślenia, całe życie zaś przewijało mu się przed oczami jak w kalejdoskopie.
– Wiem też, że przez cały czas czuwała nade mną Opatrzność Boska. Niekiedy szedłem takimi szosami, że dosłownie ocierałem się o śmierć. Ruch niesamowity, pędzące ciężarówki, nie było pobocza, nie było gdzie uskoczyć. Tylko wąska dróżka i dwa mijające się tiry. Wystarczyłby lekki ruch kierownicy... Widocznie jednak Bóg chciał, żebym dotarł do Watykanu – uważa pan Czesław.
Przywilej koronowanych głów
Po 56 dniach marszu doszedł wreszcie do celu.
– To, co mnie spotkało w Watykanie, to była największa nagroda, jaką mogłem dostać w życiu. Przy grobie Jana Pawła II wolno stać jedynie za barierką i tylko przez kilka sekund. Jednak kiedy dotarłem tam z plecakiem, zdjęto sznur i zaproszono mnie w pobliże płyty nagrobnej. Dostałem 15 minut i mogłem w ciszy i samotności modlić się bezpośrednio przy grobie. Kiedy odchodziłem, szumiało mi jeszcze w głowie. Przecież taki przywilej przysługuje jedynie głowom państw – opowiada wzruszony Czesław Michałek.
Jego radość mąci jednak fatalna sytuacja bezdomnych w Polsce. – Ci, którzy przebywają w schroniskach, mają chociaż dach nad głową, całodzienne wyżywienie, opiekę medyczną. Ale jest wielu takich, którzy nocują w parkach, piwnicach, dziurach i tam umierają. Nikt o nich nie pamięta, niejednokrotnie oni sami nie wiedzą, kim są. Panuje u nas jakaś znieczulica, pieniądze znajdują się na jakieś bzdurne wybory miss i tego typu imprezy, a na bezdomnych nie ma pieniędzy – mówi.
Mimo wszystko pan Czesław ma nadzieję, że jego pielgrzymka może kogoś ruszy, obudzi czyjeś sumienie. Bo, jak sam mówi, nawet kamień potrafi czasem zapłakać.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













