Logo Przewdonik Katolicki

Być jak show-proboszcz – św. Jan Vianney

Adam Gajewski
Fot.

Z księdzem Andrzejem Szpakiem, salezjaninem, duszpasterzem młodych, przewodnikiem Międzynarodowej Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg i Kultur, rozmawia Adam Gajewski Słysząc niegdyś, jak komentował Ksiądz słynne czytanie poświęcone talentom, w dużym stopniu poznałem chyba doktrynę Szpaka. Zatem przez twórczą aktywność wiedzie droga do zbawienia? ...

Z księdzem Andrzejem Szpakiem, salezjaninem, duszpasterzem młodych, przewodnikiem
Międzynarodowej Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg i Kultur,
rozmawia Adam Gajewski

Słysząc niegdyś, jak komentował Ksiądz słynne czytanie poświęcone talentom, w dużym stopniu poznałem chyba „doktrynę Szpaka”. Zatem przez twórczą aktywność wiedzie droga do zbawienia?
– Pewnie! Umożliwiając młodzieży działanie, rozpalamy dobro. Niech śpiewają, gwiżdżą, skaczą, byleby tylko nie mieli czasu na zło. To nauka księdza Bosko.

„Święty zamęt” trzeba umieć zorganizować…
– Ksiądz powinien mieć nieskończoną ilość pomysłów, pozytywnego szaleństwa. Niech sprowadza aktorów, kuglarzy, misjonarzy… wszystkich! Salezjanie właśnie odkrywają na nowo to zadanie – starają się, żeby w oratoriach istniały wszelkie formy dobrej kultury.

Ksiądz „kipi” pomysłami od ponad 30 lat! Nie zaczyna brakować natchnienia?
– Brakuje tylko czasu, żeby zrealizować wszystkie idee! Ale jakoś idzie! Zerwaliśmy się kiedyś, aby stworzyć orkiestrę symfoniczną, nagrać utwory. W studiu myśleliśmy, że się załamiemy; pięć razy powtarzaliśmy jeden kawałek, dzieci powiedziały „nie”! Zmieniliśmy mikrofon – wyszło! Podziwiam maluchy, że wytrzymały tę próbę.

Skoro o próbach. Przeglądając prasę z czasów dawnego systemu, często trafia się na teksty atakujące „Szpaka i jego wędrujących hipisów”. Jak Ksiądz znosił te ataki?
– Nagonka rzeczywiście była, szkalowanie. Ale wobec wielu księży postępowano podobnie. Robiło się swoje. Atakowali za czynione dobro. Szatańska logika.

Państwo negowało, samo nie tworząc dla „poszukującej” młodzieży jakiejkolwiek konstruktywnej alternatywy…
– Dokładnie. Czasem dzieje się tak i dziś. Nawet niektórzy księża pytają: „Po co te pielgrzymki «hejów». Idą, robią hałas, dymią…”. Można i tak. Można się gorszyć; włosami, ubiorem. A tymczasem trzeba umieć wydobyć dobro z człowieka. Zauważyć dokonania. Riedel śpiewał: „Wspaniali ludzie nie powrócą już”. Na czym niby ta wspaniałość dawnych hipisów polegała? Byli życzliwi, protestowali przeciwko przemocy. To już dużo.

Na samym początku trudno było przebić się przez mur uprzedzeń, niechęci?
– Na wszystko można patrzeć z dwóch stron. Przykład: pewna kobieta podczas pielgrzymki przyłapała ćpuna, który zakradł się do jej ogródka po mak. – „Mam cię!” – krzyknęła. On się tłumaczy: – „Proszę pani, jeśli nie będę miał tych maków, umrę!”. Był zaawansowanym narkomanem. Nie wahała się ani chwilę: „Synuś! Skoro miałbyś umrzeć, weź wszystkie maki!”. Oto groteska, ale i głęboka prawda. Chłopak zwierzał mi się później, był pod wielkim wrażeniem. Zaczęło go nurtować, czemu ktoś obcy zainteresował się jego życiem.

Spotkał się z troską, której nie doświadczył pewnie nawet we własnym domu.
– Rzeczywiście było tak, że „heje” w większości wyrastali w rodzinach, gdzie wygasły uczucia – rozbitych lub takich, w których rodzice rozwiedliby się, gdyby nie dzieci. Młodzi potrzebują ciepła, serdecznego klimatu. A kto ma to stworzyć? Kto pochucha, pogłaszcze? Dobra matka.

A motyw konfliktu z ojcem?
– Od 33 lat widzę, że „hipy” mają blokadę w kontaktach z ojcami. Smutno, kiedy ktoś przyjeżdża i prosi: „Szpaku, pogadaj z moim ojcem!”. Widzę zadanie dla kapłanów; odwiedzając rodziny „po kolędzie”, niech raz usiądą i porozmawiają z tamtą matką, ojcem, dziećmi. Taki „okrągły stół”. Potrzeba szczerej rozmowy! Niech kapłan zapyta ojca: „Co dobrego może pan powiedzieć o swej córce”? Często zapadnie cisza! Potrafimy to sobie wyobrazić?! Nic dobrego ojciec nie powie o własnym dziecku?! Tylko widzi zło! Straszne! Dobijające. Podcinające. Zrobiliśmy kiedyś z „hejami” Zlot Marzeń – mieli o nich opowiadać. Nie wyszło fajnie. Mało marzeń.

Kapłani otwierają się na ewangelizację młodych „wędrujących różnymi drogami”?
– Wszystko zależy od księży. Można działać tak, można inaczej – te same formy duszpasterstwa traktować na różne sposoby. Jest na przykład Oaza. Wielu myśli: to nie dla mnie. Tymczasem stworzono Oazę reedukacyjną. W wypróbowane formy duszpasterskie wciągnięto blokersów. Warszawa, Bemowo, blokowisko… I wszystko funkcjonuje! Jest studio, tworzą. Przy parafiach są kółka różańcowe. Nie powiem hipisom: „Idźcie tam”. Ale „hej” nawet się nie spostrzeże, kiedy odmówi ze mną Różaniec, wezwie Boga – może trochę w inny sposób niż wcześniej. Trzeba główkować. I nie można się gorszyć; przyznaję się – dostarczałem „hejom” papierosy. Nie by ich truć; dawałem, bo prosili. To był warunek rozmowy. Mówiłem: „Potrzebujesz papierosa? Masz. Teraz pogadajmy, przypomnijmy sobie idee, wartości…”. Papieros był rekwizytem. Z czasem odpadał. Jak człowiek angażuje się w dobro, zło rzuca. Młodzi chcą się jednoczyć, działać jako „ruch”. W swoim czasie przeżyłem zryw studentów, widziałem, jak młodzież garnęła się do „Solidarności”, ośmieszała komunę w Pomarańczowej Alternatywie. Walkę o lepszy świat zawsze wspierają młodzi. W Kościele kwitną ruchy charyzmatyczne. Młodzi się modlą, jeśli poznają wszechatrakcyjność modlitwy. Trzeba było widzieć, jak Mateusz, były narkoman i alkoholik, a dziś ksiądz w diecezji częstochowskiej, szedł na Jasną Górę, odmawiając „Zdrowaś Maryjo”. To „Zdrowaś” można tak powiedzieć, że aż przechodzą ciarki.

Pomysłowości kapłan nie wynosi z seminarium. To cecha charakteru. Może niejeden ksiądz boi się zarzutu gwiazdorstwa?
– O „wyobraźnię miłosierdzia” wielokrotnie prosił Papież Jan Paweł II! Znam sporo cenionych księży, którzy są trochę „show”. Nie są showmanami, ale „show-duchownymi”. A św. Jan Vianney? To był dopiero „show-proboszcz”! Wzór!

Inspiruje Księdza?
– Oczywiście. Ale po co szukać daleko? Przypomnijmy naszego męczennika, księdza Władysława Findysza. Pięknie pracował. Był przyjacielem parafian, potrafił rozmawiać i z sołtysem, i z tymi z PZPR. Komuniści byli wściekli, że on tak potrafi. Wyszukiwali fałszywe winy, nękali go, bili. Wykończyli księdza w 1964 roku! Jest dziś męczennikiem. „Show-proboszcz” – męczennik! Z zagranicy fascynuje mnie Francuz, Gilbert. Zamknął się z przestępcami, duszpasterzuje im, pisze książki…

Ma Ksiądz doświadczenie w posłudze wśród narkomanów. Narkotyki przestały już być kojarzone z buntem, stały się codziennością dyskotek, akademików. Można pomóc „masom”?
– Narkotyki rzeczywiście spowszedniały. Winien szpan, głupota. Pomoc? Kapłan zawsze, dla każdego, ma te same środki – „sakramentalne środki uświęcająco-resocjalizacyjne”. Duszpasterz proponuje przede wszystkim dobrodziejstwo spowiedzi. Niedawno, podczas toruńskich rekolekcji dla studentów, zastanawiałem się jaki to skarb! Ile dobrego polscy kapłani dokonali przez służbę w konfesjonale! Choćby Rafał Kalinowski. A inni? Wróćmy do św. Jana Bosko. Był męczennikiem tych swoich chłopców – kochał ich rozgrzeszać i czynił to gdziekolwiek. Ja też kocham uwalniać ludzi od grzechów. To doznanie, gdy z człowieka opadają winy! Przyjechała raz dziewczyna: – „Andrzeju, tylko ten krzyżyk zrób, rozgrzesz”! Wyspowiadała się. Z Gdyni do Bielska gnała jak na skrzydłach. Był wolna. Każdemu narkomanowi daję to, co mogę mu dać najlepszego. Mówię: „Dziecko, Bóg cię uwalnia!”. Spowiadam ćpunów – podczas wędrówek, na ulicy. Zachęcam do komunii. Jeden narkoman stwierdził: – „To jest leczenie wiarą”.

Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg ewoluują. Teraz to już Międzynarodowe Pielgrzymki Młodzieży Różnych Dróg i Kultur. Jak do tego doszło?
– Ciekawa droga! W latach socjalizmu tylko do Polski mógł przyjechać – oddać się w opiekę Maryi – np. Rosjanin, Czech, Niemiec z NRD, Węgier… Tysiące pielgrzymów dawało schronienie, anonimowość. Obcokrajowcy przyjeżdżali. Przyjaźniliśmy się. Potem, po rozpadzie ZSRR, doszły kontakty z Ukraińcami. W końcu nie było na co czekać – trochę dla podniesienia rangi, trochę z szacunku dla faktów, zmieniliśmy szyld na „pielgrzymka międzynarodowa”. A drugi nowy człon? Kapitalnie, że przybył! „Heje” ustawicznie poszukiwali… Przypinali sobie jakieś indiańskie koraliki, cekiny. A Kościół lubi inkulturację! Od zawsze. Weźmy kadzidło. Przecież to pogański przyrząd obrzędowy! Dziś Panu Jezusowi kadzą, Pan Jezus to lubi… Inkulturacja! Kardynał Karol Wojtyła przyjechał do małego miasteczka na „opłatek”. Siostra zebrała największych zabijaków z całej okolicy. Wchodzi przyszły papież, a ci zawodzą „Liczę na ciebie, Ojcze”. – „To znam” – mówi Wojtyła. – „Zaśpiewajcie coś waszego”. Wyśpiewali „Ładne oczy”! Przyszły papież uwielbiał inkulturację!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki