Oleg pracował w "bezpieczeństwie". Wierzącymi w Boga gardził, nie oni jednak byli dla niego przeciwnikami - w ramach milicyjnej specgrupy tropił gangsterów w okręgu ługańskim na Ukrainie. Pod koniec minionego wieku dawna sowrepublika była państwem "gorącym". Żyło się jak "w filmie" - szybko i brutalnie. Na Olega też przyszła kolej - miał zginąć od kuli. - Pan był blisko, ocalił. Od tej chwili Oleg zaczął podążać za Jego głosem. Odnalazł Hannę.
Wspomnienie tamtej akcji ciągle żyje. - To była rutyna. Odtwarzaliśmy okoliczności przestępstwa. Bandyta wskazywał, gdzie ukryli samochody, zakopali ciała… Wracaliśmy już, kiedy na poboczu drogi zobaczyliśmy człowieka. Dowódca zatrzymał samochód, wysiadł. Ja osłaniałem. Ale nieznajomy był szybki, wycelował w nas automat kałasznikowa - referuje Oleg.
W starciu z długą bronią milicjanci nie mieli szans. Ktoś musiał zginąć. - W ułamku sekundy zobaczyłem swoją przeszłość! Przez głowę przeleciało wołanie: "Boże, ratuj, jeśli jesteś!" - kontynuuje Oleg.
Cud. "Tamten" nie strzelił
Śmierć na drodze byłaby okrutnie nonsensowna, bowiem zadana ręką… milicjanta! Okazało się, że wizja lokalna dostała dyskretne "wsparcie". Coś się "poplątało" i wywiadowcy ruszyli przeciwko sobie!
Oleg był poruszony - oto wezwał Boga, o którym tak wiele słyszał od swej siostry! Prawda, był raz w kościele rzymskokatolickim w Ługańsku - właśnie z nią. Chciał sprawdzić, co dzieje się na tych "zebraniach", czy są legalne. Wszyscy na Ukrainie pamiętali Wielkie Białe Bractwo, inne sekty. Milicjant ledwie wytrzymał do końca Eucharystii. - W radzieckiej szkole uczyli mnie, że trzeba działać rozumowo. Nie mogłem więc patrzeć na ludzi klęczących przed "niewidzialnym"! - opowiada.
Dlaczego więc na szosie pobiegł myślą właśnie do tamtego miejsca?
Katakumby w parku Gorkiego
Niedługo po upadku ZSRR na ulicach Ługańska zawisły tajemnicze plakaty: "Katolicy! Spotkanie w parku Gorkiego!". Na pierwsze "nabożeństwo" przyszło 10 osób (miasto liczy 500 tys. mieszkańców). Przynieśli z sobą stare, najczęściej polskie modlitewniki - odziedziczone po rodzicach, dziadkach... Z parku szybko przegoniła ich milicja. Zbierali się więc w bibliotece, ale tam także doświadczali nieprzyjemności. Znaleziono prywatne mieszkanie, do którego na jedyną Mszę św. udało się sprowadzić księdza z Charkowa. Eucharystię nagrano na magnetofon. Każdej niedzieli odtwarzano taśmę. Nie wystarczało. Uradzono, iż do Polski wyruszy delegacja najbardziej operatywnych "parafian". W lubelskiej kurii krzątał się ks. Grzegorz Rapa, który właśnie szykował się do wyjazdu na Ukrainę, do miasta Równe. Kapłan wychodził akurat z biskupiego gabinetu. Ludzie z Ługańska nie przepuścili, obstąpili kapłana, biskupa, błagając o duszpasterza. "A wielu w tym Ługańsku katolików?", dopytywał się hierarcha. "O, kto by tam katolików liczył! Mnogo ich!", odpowiedzieli. "Grzesiu, to może pojedziesz?", na takie pytanie księdza biskupa ksiądz Grzegorz nie mógł nie przystać.
W roku 1993 w Ługańsku powstała parafia rzymskokatolicka. Mieści się w zwykłym, rozbudowanym o dodatkowe piętro domu. Od czasów pierwszego spotkania w parku liczba tutejszych katolików wzrosła piętnastokrotnie…
Hanna wyrusza na Wschód
Hanna po rosyjsku mówi dziś jak sam Gogol. Z wykształcenia jest jednak polonistką. Także katechetką. Te umiejętności przydały się, kiedy ponad dziesięć lat temu postanowiła zrealizować swe marzenie - ewangelizować, nieść Dobrą Nowinę. - Praca misyjna zawsze mnie fascynowała - przyznaje Hanna. - Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na Wschód, skorzystałam. Najpierw była Łotwa; polska szkoła i parafia. Wschodnią Ukrainę odkryłam dzięki świadectwu miejscowego misjonarza. Pojechałam - przeżyłam szok! Tłumaczyć ludziom trzeba było wszystko - i Boga, i świat. Średnie pokolenie żyło sowiecką dumą. "Nasz naród w kosmos lata, bez religii sobie radzimy", uważali. Młodzież inaczej, ona była i jest otwarta na wszelkie "nowości". Przez parafię przewinęły się setki osób; przychodzili, odchodzili... Niektórzy jednocześnie praktykowali buddyzm, chodzili na mityngi amerykańskich kaznodziejów. Ale zdarzały się też prawdziwe cuda - głębokie nawrócenia, przemiany życia. W tej maleńkiej grupie wymodlono aż trzy powołania zakonne! - opowiada Hanna, wciąż rozmiłowana w ługańskiej wspólnocie... Zostawiła tam cząstkę swojego życia i znalazła męża - Olega, eksmilicjanta! Tak, tak, tego samego!
Pożegnanie z bronią
- Bóg mnie zafascynował tym, że nigdy nie objawia się w pełni, zostawia raczej ślady, znaki… - snuje rozmyślania Oleg. - Po tamtym wypadku na szosie wiele jeszcze gorzkich spraw się wydarzyło. Wschodnia część kraju żyła postsowieckim porządkiem - dodaje. Wywiadowcom nie zawsze udawało się uniknąć najgorszego. Kierownik milicyjnej specgrupy zginął na oczach podwładnych. - Stałem blisko, dobrze wszystko widziałem. Zacząłem się zastanawiać, czy śmierć oznacza całkowity koniec? - wspomina Oleg.
Śledczy tropi Pana Boga, ale działa po omacku, ma wątpliwości... Wtedy, w milicyjnym komisariacie, spotkał katolickiego księdza. Przeżył wstrząs: - Kapłana próbowano bezpodstawnie obarczyć wyłączną winą za spowodowanie wypadku drogowego. Człowiek w podobnej sytuacji zaczyna się bronić, wykręcać. Ksiądz zaś był spokojny, gotowy na wszystkie konsekwencje. Zaimponował mi. Powoli zaczynałem rozumieć, skąd bierze się prawdziwa siła człowieka - wspomina Oleg. Często powracało do niego wspomnienie z dzieciństwa - babcia chowająca modlitewnik przed wnukami: "Wy tego nie pojmiecie..." mówiła staruszka. Wnuki pojmują teraz! Siostra Olega rzuciła praktykę lekarską i wstąpiła do kijowskiego Karmelu. Brat angażuje się we wspólnotę. W 1996 r. milicjant przyjął chrzest. Kiedy w milicji "wygarnięto" mi religijność, zdałem broń, legitymację, zrezygnowałem. Większość moich dotychczasowych znajomych stwierdziła krótko: "Zwariował"! Po wystąpieniu z resortu zapalił się do branży budowlanej, pomagał przy rozbudowie ługańskiego kościółka. Wraz z księdzem regularnie jeździli do Polski. - Dzięki temu "załatwiłem" sobie żonę! Moje pierwsze polskie słowa pochodziły z instrukcji zapraw, klejów, farb. Kiedy Hanna przyjechała, mogłem się wykazać… - żartobliwie opowiada Oleg.
Rewolucja z dystansu
Od ponad roku Hanna i Oleg Kiełpińscy mieszkają w Polsce. Gdy wyjeżdżali, nikt na Ukrainie nawet nie śnił o pomarańczowej rewolucji. Zresztą trudno przypuszczać, że jej powiew szybko zawita do Ługańska. Potrzeba czasu i modlitwy. - Byłoby rzeczą najstraszniejszą, gdyby Ukraińców znów zwodzono, oszukiwano. Ten naród mógłby stracić wszelką nadzieję... Kiedy ja opuściłem szeregi milicji, protestowałem. Byłem jednak sam. Być może teraz poszliby za mną inni? - zastanawia się Oleg.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













