Logo Przewdonik Katolicki

Teraz jest inny teatr, inny świat...

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Z Katarzyną Łaniewską, aktorką obchodzącą złoty jubileusz zawodowy, babcią Józią z telewizyjnej "Plebanii", rozmawia Jadwiga Knie-Górna Złoty jubileusz zawodowy zmusza do wspomnień i pewnych podsumowań. Co z tego okresu wspomina Pani z największym sentymentem? - Trudno w to uwierzyć, że to jest już całe pół wieku! Wspominam przede wszystkim bardzo wielu wspaniałych kolegów,...

Z Katarzyną Łaniewską, aktorką obchodzącą złoty jubileusz zawodowy, babcią Józią z telewizyjnej "Plebanii", rozmawia Jadwiga Knie-Górna



Złoty jubileusz zawodowy zmusza do wspomnień i pewnych podsumowań. Co z tego okresu wspomina Pani z największym sentymentem?
- Trudno w to uwierzyć, że to jest już całe pół wieku! Wspominam przede wszystkim bardzo wielu wspaniałych kolegów, których niestety już nie ma... Bardzo ciepło myślę o profesorach, którzy tworzyli historię teatru polskiego, i mojego pierwszego dyrektora Arnolda Schyfmana, który mnie angażował w 1955 roku do Teatru Polskiego, gdzie udało mi się jako młodej dziewczynie zagrać wiele wspaniałych ról. Z wielkim sentymentem wracam myślą do osoby Kazimierza Dejmka; mojego dyrektora i reżysera wpierw Teatru Narodowego, a potem Teatru Polskiego, który nie pozwalał nam w prywatnych butach wchodzić na scenę, bo uważał, że należy ją uszanować. Niestety, dziś jest to już zupełnie inny teatr, inny świat...

W Roku Jubileuszowym występowała Pani przed Ojcem Świętym Janem Pawłem II. Jak doszło do tego spotkania?
- W czasie pielgrzymek Ojca Świętego do Polski nigdy nie mogłam być blisko niego. W trakcie spotkań czy Eucharystii zawsze miałam miejsce bardzo odległe. Nawet podczas jego jedynego spotkania z artystami, jakie odbyło się w warszawskim kościele św. Krzyża podczas stanu wojennego. Razem z moją przyjaciółką stałyśmy wówczas pod chórem, Krysia widząc mój smutek, pocieszała mnie - nie przejmuj się, ostatni będą pierwszymi. I to się sprawdziło.
W 2000 roku z naszym kolegą, księdzem Kazimierzem Orzechowskim, który zanim został kapłanem, a następnie kapelanem w skolimowskim Domu Aktora Weterana, występował ze mną w Teatrze Polskim, wybraliśmy się na pielgrzymkę do Rzymu. Potem ruszyliśmy do Castel Gandolfo, gdzie Ojciec Święty, jeszcze w bardzo dobrej formie, przyjął nas i wysłuchał naszych występów. Trudno mówić o sile tego przeżycia, które mi wówczas towarzyszyło, bowiem stałam kilkanaście kroków od Ojca Świętego, który siedział zadumany, z charakterystycznie podpartą głową, kiedy wygłaszałam fragmenty m.in. jego poezji. Następnie koledzy recytowali wiersze księdza Jana Twardowskiego, a całość bardzo wzruszającym tekstem kończyła Anna Seniuk. Miałam zaszczyt być pierwszą osobą, która po występie wręczała Ojcu Świętemu kwiaty. Uczucia, jakie towarzyszyły tym chwilom, były tak silne, że nie byłam w stanie zapamiętać ani jednego słowa, które Ojciec Święty do mnie skierował. Pamiętam jednak ciepło jego głosu, gest położenia dłoni na mojej głowie...

W stanie wojennym jeździła Pani po Polsce z koncertami poetycko-muzycznymi. Jak je Pani po tylu latach wspomina?
- Wszystko rozpoczęło się od zaproszenia, jakie otrzymałam od księdza Jerzego Popiełuszki, którego miałam zaszczyt poznać i być w jego kręgu zaprzyjaźnionych osób. Każdy występ wiązał się wtedy z ogromną odwagą stania przed ołtarzem i mówienia słów prawdy. Potem rozpoczęły się moje wędrówki po Polsce. Kiedyś z Krysią Kwasowską, moją przyjaciółką, śpiewaczką, z którą wszędzie jeździłam, policzyłam, że odwiedziłyśmy 460 parafii! Występując w tak dramatycznym czasie zdałam sobie sprawę, że można swój zawód zamienić w coś, co w danym momencie jest niezwykle potrzebne i ważne. Istotne było to, że w tym okresie ludzie bardzo chcieli nas słuchać, nie w samotności i ciszy, ale w grupie. Chcieli słuchać słów prawdy, patrząc, jak inni też ich słuchają. Czekali na nas, szczelnie wypełniając świątynie. Choć to nasze podróżowanie było ogromnie męczące, bowiem prawie bez przerwy byłyśmy "na walizkach", często też mieszkałyśmy w bardzo skromnych warunkach, to widok kościołów przepełnionych wiernymi rekompensował prawie cały trud. W każdym mieście opiekowali się nami ludzie, których nazywałam "ambasadorami kultury". Oni organizowali nam nocleg, środki komunikacji, najczęściej po prostu oddawali nam swoje łóżko do spania, swój "kartkowy" kotlet i przydziałową benzynę... to było niebywale wzruszające.
Ale był to także czas spotkań ze wspaniałymi kapłanami; m.in. księdzem Antonim Łassą z Konina. Przyjaźnię się z nim do dziś. To jest człowiek, który bardzo wpłynął na moje wewnętrzne kształtowanie się. W tej sferze wiele również uczynili księża Popiełuszko i Orzechowski.

Wspomniała Pani księdza Jerzego Popiełuszkę. Czy pamięta Pani pierwsze z nim spotkanie?
- Moje pierwsze spotkanie z księdzem Jerzym odbyło się na Rynku Starego Miasta w stolicy. To był maj, chyba początek tego miesiąca. Pamiętam porozrzucane ławki, które w pewnej chwili przeskoczył chłopiec (tak mi się wydawało) w dżinsach, czerwonej koszuli w kratę, uśmiechnięty ze srebrnym zębem - to był właśnie ksiądz Jerzy. Przed każdą Mszą św. za Ojczyznę zbieraliśmy się w jego mieszkaniu przy warszawskim kościele św. Stanisława Kostki. Właściwie to był jeden duży pokój z regałem na książki służącym jako ścianka. Za nim stał jego tapczan. To było również miejsce, w którym chwilę przed Eucharystią szukał wyciszenia i skupienia. Ksiądz Jerzy był niezwykle gościnny.
Pamiętam jeszcze nasze spotkania w Domu Aktora Weterana, do którego czasami przyjeżdżał i przywoził nam teksty. W ogrodzie otaczającym ten dom znajdował się "domek ogrodnika". W nim ksiądz Jerzy przebywał kilka dni, kiedy udało mu się zgubić UB. Na ścianie tego budynku została zawieszona tablica pamiątkowa, którą ufundowaliśmy. Informuje ona, że w tym domu ksiądz Jerzy przebywał i odpoczywał oraz odprawiał Msze św.

Pani zaangażowanie w tym dramatycznym czasie nie ograniczało się tylko do koncertów, ale kolportowała Pani także prasę podziemną. Za tę działalność w 1999 roku została Pani odznaczona.
- Tak, zasłużona za tzw. drugi obieg. Poznałam wtedy Sławomira Bieleckiego, szefa wydawnictwa podziemnego CDN. Ponieważ miałam wówczas starą ładę, złożyłam ofertę pomocy. Tak zostałam "osobistym kierowcą" Sławka. Także co tydzień z różnych drukarni przewoziłam do "dziupli" jakąś część nakładu "Tygodnika Mazowsze" oraz wydrukowane przez nas książki do ręcznego składania.

Jest Pani tytanem pracy. Prócz pracy zawodowej dużo czasu poświęca Pani sprawom społecznym. Wystarczy wspomnieć opiekę nad domem Aktora Weterana w Skolimowie. Udziela się też Pani w ZASP-ie. Czy pozostaje jeszcze czas na życie prywatne?
- Po siedemnastu latach pracy w Domu Aktora w Skolimowie w wyniku dużych nieporozumień i tarć z ówczesnym prezesem ZASP-u zostałam stamtąd "wyproszona". Te zawirowania kosztowały mnie wiele zdrowia. Czuję się jednak bardzo dumna, ponieważ postawiłam na swoim i nie pozwoliłam na oddanie Skolimowa pod skrzydła opieki społecznej. Błędy byłego prezesa naprawił obecny. Zostałam mianowana honorową przewodniczącą komisji skolimowskiej. Teraz też znajduję sobie zawsze jakieś zajęcie, szukam ludzi, którym mogłabym pomóc. Dzięki temu, że gram w "Plebanii" jestem w jakiś sposób niezależna finansowo, czyli nie żyję tylko z emerytury, więc pomagam gdzie mogę.
Latem mieszkamy w domku poza Warszawą, wybudowanym przez mojego męża, mamy psy. Jest nam tam cudownie. W tej miejscowości jest również wspaniały kościół z XIV wieku, który zresztą "gra" w "Plebanii", w nim kręci się "Starą Wiosnę". Staram się wspierać poczynania tamtejszego proboszcza ks. Tadeusza. Wspólnie organizujemy koncerty i spotkania dla młodzieży. Choć córka często powtarza mi - mamo, zwolnij - to jakoś mi to trudno uczynić. Znajduję jednak czas dla siebie. Podchwyciłam zasłyszane kiedyś w radiu hasło, które niezmiernie mi się spodobało "zainwestuj w starość" - tak też czynię, inwestuję w starość, gimnastykując się, chodząc na basen itd.

Słyszałam, że podczas Pani występu w Nowym Jorku, na Pani widok jakiś widz krzyknął - Matko Boska, to babcia Józia! Czy tak silna identyfikacja z graną postacią nie zaczyna w pewnym momencie irytować?
- Nie na widowni, ale na ulicy, w centrum Nowego Jorku usłyszałam ten okrzyk. Swoją pracę artystyczną zaczynałam w czasach, gdy telewizja była na żywo. Popularność z tamtego okresu bardzo różniła się od tej współczesnej. Niemniej zawsze jest to życzliwa popularność. No, może nie byłaby tak miła, gdyby ktoś koniecznie chciał mnie wycałować, i niestety nie byłby to przystojny czterdziestolatek... Jednak mówienie mi "dzień dobry", czy zadawanie pytań typu: nie obrazi się pani, jeśli zwrócę się do pani "babciu Józiu"? Jest naprawdę sympatyczne. Raz usłyszałam: a co pani tutaj robi? Ja na to - idę po zakupy. Jak to? Przecież pani jest teraz w Rzymie!

Podobno podczas jednego z przedstawień swoim przejęzyczeniem doprowadziła Pani Wiesława Gołasa do takiego śmiechu, że musiał zejść ze sceny?
- Grałam Podstolinę w "Zemście" Fredry i podeszłam do Gustawa Holoubka, który grał Rejenta (a byłam wówczas przewodniczącą oddziału warszawskiego ZASP-u i brałam udział w wielu zebraniach) i miast mówić tekst: "otóż jestem na wezwanie w twoim domu mój Rejencie", powiedziałam: "otóż jestem na zebraniu w moim domu mój Rejencie". Efekt był taki, że Gustaw odwrócił się i szepnął; "cieszę się, że wpadłaś", a Wiesiu, który grał Papkina tak się zaczął śmiać, że uciekł ze sceny...

Czy fakt, że jest Pani osobą wierzącą przeszkodził kiedyś w Pani pracy artystycznej?
- Wręcz przeciwnie, to mi pomaga. Wydaje mi się, że jeśli coś się czyni bez Boga, bez prośby o to, żeby coś się udało, bez modlitwy, to nie ma to sensu. Nawet w tych momentach mojego życia, kiedy nie byłam tak bardzo związana z Kościołem jak teraz, znak krzyża zawsze był dla mnie bardzo ważny. Wyniosłam to z domu rodzinnego, bowiem moja babcia zawsze mnie żegnała znakiem krzyża.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki