rozmawia Jadwiga Knie-Górna
Która miłość była pierwsza: do muzyki czy do fortepianu?
- Najpierw zafascynował mnie instrument, dopiero później muzyka.
Czy to prawda, że w wieku czterech lat każdy usłyszany utwór potrafiłeś bezbłędnie powtórzyć?
- Faktycznie tak było. Usłyszany utwór, a raczej jakiś...
Z Jackiem Kortusem, najmłodszym finalistą XV Konkursu Chopinowskiego,
rozmawia Jadwiga Knie-Górna
Która miłość była pierwsza: do muzyki czy do fortepianu?
- Najpierw zafascynował mnie instrument, dopiero później muzyka.
Czy to prawda, że w wieku czterech lat każdy usłyszany utwór potrafiłeś bezbłędnie powtórzyć?
- Faktycznie tak było. Usłyszany utwór, a raczej jakiś jego większy fragment, potrafiłem odtworzyć nawet po tygodniu. Później w szkole muzycznej okazało się, że mam po prostu słuch absolutny.
Kiedy trafiłeś pod opiekę profesora Waldemara Andrzejewskiego?
- Wszystko zaczęło się od tego, że poprosiliśmy znajomego pianistę Józefa Walczaka o opinię, czy w ogóle warto się mną zająć. Stwierdził on, że tak i przez następne pięć lat pozostawałem pod jego muzyczną opieką. Pan Józef Walczak przygotował mnie do egzaminów w szkole muzycznej pierwszego stopnia, a po nich ze względu na swoją chorobę przekazał mnie profesorowi Waldemarowi Andrzejewskiemu.
Twój udział w Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim był pierwotnie planowany dopiero na 2010 roku. Kiedy i dlaczego zapadła decyzja, że weźmiesz udział już teraz?
- Chęć wzięcia udziału w Konkursie Chopinowskim traktowałem bardziej jako przygodę, którą chciałem przeżyć. Poza tym uważałem również, że mój udział w tym konkursie pomoże mi jeszcze bardziej się rozwinąć. W lutym podczas kwalifikacji okazało się, że mogę i jestem w stanie się przygotować do konkursu. Wówczas też zapadła decyzja o zgłoszeniu mojej kandydatury.
Jak oceniałeś wówczas swoje siły? Czy w ogóle brałeś pod uwagę, że zakwalifikujesz się tak wysoko?
- Prawdę powiedziawszy, żyłem z dnia na dzień. Chciałem tylko zagrać na tyle dobrze, żeby nie zawieść pana profesora, swoich najbliższych oraz siebie.
16 października to data, która na pewno zapisała się grubymi czcionkami w Twoim życiorysie…
- Ogłoszenie wyników bardzo się przedłużało, dlatego atmosfera wyczekiwania była bardzo nerwowa. Tuż przed pierwszą w nocy dowiedziałem się, że jestem w półfinale. Radość była ogromna, tym większa, że wiadomość otrzymałem będąc z moimi najbliższymi w domu. Po każdym występie wracałem do domu, gdzie miałem lepsze warunki do ćwiczenia i koncentracji, poza tym uciekałem przed zgiełkiem, jaki panował w Warszawie.
Choć trudno teraz w to uwierzyć, ale dopiero podczas Konkursu Chopinowskiego po raz pierwszy grałeś z orkiestrą symfoniczną. Wcześniej nie miałeś takiej możliwości.
- Rzeczywiście tak było. Jednak jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe, że żadna orkiestra nie traktowała mnie serio, byłem przecież tylko uczniem szkoły muzycznej, o którym niewiele było słychać.
Muzyczne sławy stwierdziły, że masz niezwykłą intuicję współgrania z orkiestrą, co podobno nieczęsto się zdarza.
- Nie wiem, co mam na to odpowiedzieć, mogę się tylko cieszyć, że tak zostałem oceniony. Na pewno o wiele lepiej gra się razem z orkiestrą, bowiem człowiek nie jest sam na scenie, ale towarzyszy mu stu innych muzyków, nad którymi czuwa dyrygent. Ta specyficzna atmosfera wspólnego zrozumienia i współpracy bardzo mi pomagała.
Ile godzin dziennie zwykle ćwiczysz, a ile czasu poświęcałeś na przygotowania do konkursu?
- Zwykle ćwiczę od trzech do pięciu godzin dziennie, bo mam jeszcze naukę w szkole, a przez to, że mieszkam poza Poznaniem, to też trochę czasu tracę na dojazdy. Natomiast przygotowując się do konkursu, ćwiczyłem od pięciu do ośmiu godzin dziennie.
Czy przyszedł taki moment, że nie mogłeś już patrzeć na fortepian?
- Sądzę, że kryzys nie omija nikogo. Ja ze swoim walczyłem i walczę w ten sposób, że słucham muzyki w wykonaniu wybitnego pianisty. Jeśli chodzi o Chopina, to przede wszystkim słucham Krystiana Zimermana. Przyznam się szczerze, że słucham wyłącznie muzyki poważnej.
Ćwiczysz grę na fortepianie przez wiele godzin dziennie, uczysz się w szkole. Czy zostaje Ci jeszcze czas na jakieś inne zainteresowania?
- Nauczyłem się gospodarować własnym czasem i ze zdziwieniem zauważyłem, że dzięki temu wystarcza mi go na wiele spraw. Od piątego roku życia pełnię służbę ministrancką. Bardzo lubię zwierzęta, przede wszystkim psy, których w domu mamy sporo. Poza tym chętnie gram w koszykówkę i piłkę nożną. Mam również czas na łowienie ryb.
Można powiedzieć, że Twoje życie od Konkursu Chopinowskiego radykalnie zmieniło się...
- Trochę tak, ale myślę, że jestem tym samym chłopakiem, którym byłem przed konkursem, znowu ćwiczę i przede wszystkim nadrabiam naukę. Choć niewątpliwie jestem zmęczony, to staram się powoli wracać do normalnego trybu życia.
Jesteś bardzo skromny, ale przecież na pewno dostałeś sporo koncertowych propozycji nie tylko z Polski, ale także z całego świata?
- To prawda. Dostałem propozycje koncertowe począwszy od Japonii, a skończywszy na Miami w USA. Jednak nie mogę teraz zdradzić żadnych szczegółów, ponieważ wszystko jest na etapie ustaleń. Propozycje, które otrzymałem, są niewątpliwie mobilizującym motorem do dalszego udoskonalania się.
Powiedziałeś, że najtrudniej grać Chopina przed polską publicznością. Dlaczego tak uważasz?
- Dlatego, że polski pianista ma pełną świadomość, że tak na prawdę tylko Polacy najlepiej czują Chopina, a to wywołuje ogromną presję, że musi się go jak najlepiej zagrać. Jeśli Polak nie zagra dobrze Chopina, to kto?
To dlaczego według Ciebie Polska musiała czekać aż trzydzieści lat na to, aby Polak wygrał Konkurs Chopinowski?
- Może to były trudne czasy dla polskich pianistów? Nie wiem, trudno mi na to pytanie odpowiedzieć.
Twój finałowy recital w sali kameralnej już po zakończeniu konkursu w domu rodzinnym był przeżywany w dość nietypowych okolicznościach?
- Rodzice przeżywali ogromny stres, z jednej strony myśleli o tym, jak sobie poradzę z godzinnym recitalem, a z drugiej strony brat dawał wszelkie oznaki, że ma zamiar właśnie teraz przyjść na świat. Tata nie wiedział, czy jeszcze może słuchać mojego koncertu, czy też już musi mamę odwozić do kliniki położniczej. Finał był taki, że w ten niezwykły dla nas wszystkich dzień przyszedł na świat mój braciszek Piotruś. Mama, przeżywając ogromne emocje związane z moim występem, myślała, że urodzi go już podczas pierwszego etapu konkursu, ale dzielnie wytrzymała do końca.
Największe emocje już opadły… Jak sądzisz, co u Ciebie zwyciężyło: talent czy ciężka praca?
- To jest trudne pytanie, myślę jednak, że zwyciężyłem sam siebie. Może to zabrzmi dziwnie, ale uważam, że moim wielkim sukcesem nie było dojście do finału, ale to, że przemogłem ogromną tremę i zagrałem na miarę swoich możliwości.
Czego nauczyłeś się podczas tego konkursu?
- Myślę, że nauczyłem się sztuki koncentracji. Zdobyłem też doświadczenie koncertowania w dużej sali i mam nadzieję, że będzie mi to bardzo potrzebne w mojej dalszej karierze.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













