rozmawia Maria Przełomiec
Napisał Pan w miesięczniku "Nowe Państwo", że krajom, które nie zmieniają się na lepsze, grozi patologia. Czy Polska demokracja jest zagrożona? Bo przecież Polska 2005 roku nie wydaje się wiele lepsza od Polski np. roku 1991?
-...
Z profesorem Antonim Kamińskim, współautorem raportu "O naprawie Rzeczpospolitej", wydanego ostatnio przez Fundację "Ius et Lex",
rozmawia Maria Przełomiec
Napisał Pan w miesięczniku "Nowe Państwo", że krajom, które nie zmieniają się na lepsze, grozi patologia. Czy Polska demokracja jest zagrożona? Bo przecież Polska 2005 roku nie wydaje się wiele lepsza od Polski np. roku 1991?
- To zależy, przy pomocy jakich kryteriów oceniamy sytuację. Jeżeli bierzemy pod uwagę możliwości manewru w sferze budowy instytucji polityczno-gospodarczych, myślę, że w roku 1991 możliwości te były znacznie większe. Uważałem wtedy i uważam w dalszym ciągu, że terapia szokowa w gospodarce wyszła Polsce na zdrowie. Niestety, zabrakło jej w sferze instytucji politycznych. Tam nastąpiła petryfikacja. Parę układów połączyło się, by utrwalić pewną sytuację, a odbyło się to kosztem społeczeństwa obywatelskiego.
Czy można mówić o patologii polskiej polityki?
- Myślę, że tak. Wystarczy poczytać gazety z ostatnich lat - jedna afera za drugą. Nastąpiła nie tylko patologizacja struktur państwa, ale także demoralizacja społeczeństwa, która ma swoje źródło właśnie w klasie politycznej.
Wobec tego, czy według Pana Polska jest państwem, które nie spełnia swoich funkcji wobec obywateli?
- Jeżeli porównać Polskę z Białorusią czy nawet Ukrainą, stopień, w którym nasz kraj spełnia swoje funkcje wobec obywateli, jest nieporównanie wyższy. Natomiast jeżeli przyjmiemy za kryterium istniejące możliwości, potencjał drzemiący w społeczeństwie i w zmianach, jakie zaszły po 1989 roku, to moim zdaniem, III RP w obecnej formie nie dorasta do aspiracji społeczeństwa.
Czy obecne wybory parlamentarne i prezydenckie dają szansę na poprawę sytuacji?
- Dały szanse na zmianę ordynacji wyborczej, a według mnie wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych, czyli systemu, w którym polityk jest bezpośrednio związany ze swoim elektoratem i przed nim przede wszystkim odpowiada, stało się niezbędne. Oczywiście ten system też ma swoje minusy, ale z punktu widzenia reformy kraju ordynacja oparta na JOW ma dodatkową zaletę - ułatwia przejęcie władzy przez jedną partię, która, oczywiście, jeżeli ma taką wolę, może zreformować państwo. Ten system sprawdził się np. w Wielkiej Brytanii, zarówno w przypadku konserwatystki Margaret Thatcher, jak i laburzysty Tony'ego Blaira.
Na przeciwległym biegunie plasują się Niemcy, które od piętnastu lat przeżywają stagnację gospodarczą i mało skutecznie usiłują się z tej stagnacji wyrwać. Ich system wyborczy częściowo proporcjonalny przeszkadza w wyłonieniu jednego silnego ugrupowania. Powoduje, że zmobilizowanie sił społecznych i politycznych na rzecz reformy staje się praktycznie niemożliwe. Ja wiem, że to duże uproszczenie, ale może warto się nad tym zastanowić.
No dobrze, ale nawet jeżeli uda się zmienić ordynację, same jednomandatowe okręgi wyborcze to chyba trochę za mało dla uzdrowienia sytuacji?
- Oczywiście, zmiana ordynacji wyborczej może być co najwyżej wstępem. Trzeba także wyraźnie określić relacje pomiędzy przedstawicielami władzy wykonawczej, prezydentem i premierem. Możliwości są dwie: albo pójść w stronę silnych rządów prezydenckich, albo system rządów parlamentarnych w stylu niemieckim czy brytyjskim, z bardzo silnym szefem gabinetu. Następnie należałoby przyjąć jakąś koncepcję administracji. Istniejący w tej chwili wzór to słaby model francuski, zgodnie z którym administracja jest głęboko spenetrowana przez partie polityczne. To trzeba zmienić, najpierw oczywiście określając, jakiej administracji Polska potrzebuje. Warianty mogą być różne, najważniejsze wydaje się jednak odpolitycznienie.
Kolejną dziedziną wymagającą zreformowania jest wymiar sprawiedliwości. Tutaj konieczne są nie tylko głębokie zmiany systemu funkcjonowania, ale również położenie nacisku na aspekt etyczny działania zawodów prawniczych. Pamiętam wywiad z pewnym amerykańskim prawnikiem - Polakiem pochodzenia żydowskiego, który zaczynał swoją adwokacką karierę w Polsce. W 1939 roku udało mu się uciec przed Niemcami. Po wojnie pracował jako adwokat w Nowym Jorku. Kiedy dziennikarz zapytał go o wspomnienia z początków kariery, ten prawnik powiedział, że nigdy później nie spotkał się z takim poziomem etyki adwokackiej, jaki mógł obserwować w Polsce międzywojennej.
Wracam do swego pytania. Czy ostatnie wybory są szansą dla Polski? Z jednej strony zwycięzcy politycy mówią właściwie to co Pan, z drugiej już obserwujemy mało budujące spory o władzę.
- No właśnie, problem w tym, że w zasadzie zwyciężyły dwie partie. Każda z nich ma nieco inny program polityczny. Oczywiście, idąc do wyborów, musiały się różnić, teraz jednak te różnice programowe i różne przedwyborcze obietnice komplikują powstanie koalicji. Zresztą walka wyborcza ma jeszcze jedno fatalne następstwo. Zwycięskim partiom nie udało się zdobyć większości konstytucyjnej. W tej sytuacji zmiana ustawy zasadniczej będzie bardzo trudna. Negocjacje z ugrupowaniami spoza koalicji pociągają bowiem za sobą konieczność ustępstw. Jakieś zmiany pewnie zostaną wprowadzone, należy jednak wątpić, czy nastąpi zasadnicza rewolucja w polskim systemie ustrojowym.
A co się stanie, jeżeli ci nowo wybrani, z którymi społeczeństwo wiąże jednak określone nadzieje, zawiodą?
- Możliwości są różne, niektórzy przewidują, że w ciągu dwóch lat będziemy mieli nowe wybory. Pytanie tylko, czy ktoś jeszcze pójdzie wtedy głosować, bo przecież absencja wyborcza jest tylko po części wynikiem braku zainteresowania polityką. Po prostu polska klasa polityczna w bardzo znacznym stopniu straciła wiarygodność. Część ludzi nie głosuje, bo ma dosyć wszystkiego, traktuje absencję jako swoistą formę protestu. Inni są po prostu pasywni.
No właśnie, czy to nie jest jedna z największych bolączek polskiej demokracji? Napisał Pan w "Nowym Państwie", że dla istnienia normalnego demokratycznego państwa niezbędna jest presja społeczeństwa obywatelskiego. Tymczasem to społeczeństwo, które w 1989 roku było tak dobrze zorganizowane, wydaje się coraz bardziej rozproszone, coraz mniej zainteresowane czymś, co dumnie nazywamy "dobrem publicznym".
- Spotkałem się z opiniami, że Polska nie ma tradycji społeczeństwa obywatelskiego. Według mnie to teoria kompletnie fałszywa, wynikająca z ignorancji. Ja już nie mówię o I Rzeczpospolitej, ale w Polsce międzywojennej istniało ogromnie ożywione życie obywatelskie. W ostatnich latach osobiście obserwowałem wiele przypadków tworzenia się różnego rodzaju stowarzyszeń, które usiłowały w rozmaity sposób angażować się w sprawy publiczne swojego regionu, swoich miejscowości. Niestety, w większości działania tych stowarzyszeń były blokowane przez lokalne władze, lokalne układy partyjne. Polskie partie traktują organizacje społeczeństwa obywatelskiego jako swoistą konkurencję. Akceptują stowarzyszenia w tym stopniu, w jakim przydają się partiom.
Czy myśli Pan, że ta tendencja się utrzyma? W czym widzi Pan największe zagrożenie dla Polski?
- W marazmie i to na każdym poziomie. Niezależnie od tego, co powiemy o Polsce międzywojennej był to kraj, który podejmował w bardzo trudnych warunkach, niezwykle śmiałe decyzje. Była tam wyobraźnia, była wizja przyszłości. Budowano Centralny Okręg Przemysłowy, Gdynię. Był rozmach. Ta śmiałość mogła ludzi pociągać, integrować społeczeństwo wokół polityki rządu. Otóż, jeżeli popatrzymy na historię ostatnich szesnastu lat, cały czas widzimy myślenie w kategoriach prywatnych interesów, utrzymania się za wszelką cenę na stołkach. To właśnie najbardziej mnie niepokoi.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













