Logo Przewdonik Katolicki

Bóg najbardziej kocha dzieci

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Z Hanną Polak, wolontariuszką i reżyserką nominowanego do tegorocznego Oscara filmu "Dzieci z Leningradzkiego", rozmawia Łukasz Kaźmierczak W jaki sposób zetknęła się Pani z bezdomnymi moskiewskimi dziećmi? - Pod koniec 1999 roku na jednym z moskiewskich dworców spotkałam dwójkę bezdomnych dzieci. Porozmawiałam z nimi przez chwilę, a one zaprosiły mnie na wieczór, kiedy będzie...

Z Hanną Polak, wolontariuszką i reżyserką nominowanego do tegorocznego Oscara filmu "Dzieci z Leningradzkiego", rozmawia Łukasz Kaźmierczak

W jaki sposób zetknęła się Pani z bezdomnymi moskiewskimi dziećmi?
- Pod koniec 1999 roku na jednym z moskiewskich dworców spotkałam dwójkę bezdomnych dzieci. Porozmawiałam z nimi przez chwilę, a one zaprosiły mnie na wieczór, kiedy będzie ich więcej. Zebrałam moich przyjaciół, kupiliśmy plecak owoców i poszliśmy wieczorem na dworzec.
Dzieci już na nas czekały - było ich około 70 w wieku 11-13 lat. Kiedy się pojawiliśmy, zaczęły biec w naszym kierunku, obejmowały, chwytały za ręce, każde coś opowiadało, chciało, by poświęcono mu chwilę uwagi. Przeżyliśmy szok.
Przez kolejne trzy noce nie mogłam spać. Bolało mnie serce i nie potrafiłam uwierzyć, że małe dzieci mogą żyć samotnie, bez rodziców, bez żadnej opieki, na dworcu, że nikt ich nie szuka, nikomu nie są potrzebne i nikogo nie obchodzą.
Oczywiście nie jesteśmy w stanie stworzyć nieba na ziemi. Ale to przecież nie oznacza, że nie powinniśmy dbać o innych i pomagać im. Myślę, że współczucie jest naturalne dla kogoś, kto stara się rozwijać swoją miłość do Boga.
Wiem, że kultywacja miłości do Boga rozwija pewną wrażliwość i dzięki niej nie mogłam przejść obojętnie obok tych dzieci. Ich sytuacja mnie dotknęła i zmusiła do działania.

W ciągu 35 minut filmu udało się Pani i Andrzejowi Celińskiemu ukazać przerażający obraz podziemnego świata bezprizornych. Ale materiał do tego dokumentu przygotowywaliście przez dwa lata...
- Trzeba powiedzieć, że film ten jest całkowicie niezależną produkcją. Powstawał z inicjatywy ludzi z Fundacji Aktywna Pomoc Dzieciom, Andrzeja Celińskiego i mojej. Nie mieliśmy pieniędzy, nie mieliśmy sprzętu, aby go realizować.
Poza tym większość zdjęć realizowałam zupełnie sama i wielokrotnie nie było możliwe robienie dalszych ujęć, ponieważ problemy dzieci były ważniejsze. Takich sytuacji, kiedy miałam obowiązek po prostu odłożyć kamerę, było bardzo wiele, np. gdy dwunastoletni chłopiec spadł z piątego piętra rozwalającego się pustostanu i musiałam odwieźć go na oddział intensywnej opieki medycznej.
Na początku nie planowałam zrobienia filmu. Idea pokazania innym życia, cierpienia i piękna tych dzieci pojawiła się później. Zrozumiałam, że własnym wysiłkiem mogę pomóc im tylko trochę, a gdy skończą się moje fundusze, nie będę w stanie nic dla nich zrobić. Wtedy zdecydowałam, że trzeba pokazać światu tragedie, tych dzieci, której byłam świadkiem.

Czy świat bezprizornych rządzi się swoimi własnymi prawami? Czy takie wartości jak dobro, bezinteresowność, mogą tam mieć miejsce?
- Niestety, najczęściej tym prawem jest okrucieństwo i przemoc. Może na początku pobytu na ulicy, zanim dzieci się zdegradują, uzależnią od narkotyków, zanim nauczą się kraść i walczyć o przetrwanie w bardzo brutalnym świecie, istnieją między nimi namiastki przyjaźni, wiara w to, że "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Później jednak te ideały rozbijają się o realia dworcowego życia. Kiedy naprawdę przychodzą kłopoty, każde z nich jest zdane tylko na siebie.
Jednocześnie jest w nich pragnienie dobra, potrafią być po prostu dziećmi, okazać dużo ciepła, odwzajemnić przyjaźń.
Wielokrotnie zdarzały się sytuacje, w których dzieci stawały w mojej obronie, przynosiły mi kwiaty do domu, pisały listy, a gdy byłam chora, życzyły powrotu do zdrowia, pisały, że tęsknią, że czekają. Pewien chłopiec dostał w metrze 10 rubli i kupił za to kwiatek dla mnie. To było wszystko, co miał.
Czasem widziałam, jak dzieci bardzo poważnie modlą się.
Film kończy się zresztą słowami dziecka: "Bóg kocha ludzi, wszystkim wierzy, wszystkim pomaga. Kocha nawet nie-Rosjan, kocha nawet Czeczeńców. A najbardziej kocha dzieci...".

Przerażająca jest obojętność dorosłych - milionów mieszkańców Moskwy...
- Przerażające jest dla mnie to, że sprzedawcy kleju, który dzieci wdychały, sprzedawali go im razem z torebkami foliowymi, wiedząc, w jakim celu klej będzie użyty i wychodząc naprzeciw tym potrzebom. Przerażające jest to, że dziś apteki sprzedają dzieciom narkotyki, opiaty, wraz z igłami i strzykawkami, bez recepty, za parę dodatkowych rubli. Przerażają mnie krążący wokół dworców pedofile.
Ludzie w Rosji z powodu sytuacji ekonomicznej borykają się z tak wieloma trudnościami, że pewnie to jest przyczyną ich obojętności.

Słyszałem opinie, że "Dzieci z Leningradzkiego" nie dostały Oscara w kategorii najlepszego krótkometrażowego filmu dokumentalnego, bo wymowa tego dzieła była zbyt mroczna i pesymistyczna?
- Myślę, że nigdy nie dowiemy się, dlaczego nasz film nie dostał Oscara. Rzeczywiście "Dzieci z Leningradzkiego" są niezwykle dramatycznym obrazem i kończą się w sposób tragiczny - śmiercią jednej z naszych bohaterek. Trudno jest jednak powiedzieć, co ostatecznie zadecydowało o przyznaniu Oscara innemu filmowi. Członkowie Akademii Filmowej powiedzieli mi po wręczeniu Oscarów, że nawet nie wiem, jak bardzo nasz film był blisko...
Jednocześnie rozumiem, że sama nominacja jest niesamowitym sukcesem. Dostaję listy z całego świata od ludzi, którzy pytają, gdzie można obejrzeć film. Tak więc to, co się wydarzyło, jest fantastyczne dla nas jako filmowców i mam nadzieję, że również dla dzieci, że dzięki temu sukcesowi łatwiej będzie pomóc chociaż części z nich, aby miały godne życie.

Ten film powstał w konkretnym celu...
- Od momentu spotkania dzieci na dworcu w 1999 roku codziennie organizowaliśmy dla nich pomoc. Na początku nieformalnie, jako grupa przyjaciół, a następnie zarejestrowaliśmy w Moskwie Fundację Aktywna Pomoc Dzieciom.
Przez ponad pięć lat naszej działalności codziennie prowadziliśmy akcje dożywiania bezdomnych dzieci. Zaopatrywaliśmy ich także w ubrania, witaminy, środki czystości i opatrunkowe.
Film powstawał po to, aby znaleźć środki, by można było zrealizować projekt pomocy tym dzieciom.
Chcemy dalej prowadzić działalność na ulicy, ale przede wszystkim rozumiemy, że największą potrzebą byłby ośrodek resocjalizacyjny - miejsce, do którego można byłoby kierować dzieci z ulicy. One potrzebują miłego domu, w którym mogłyby znaleźć trochę ciepła i dobra. Tutaj mogłyby otrzymać szansę na zmianę swojego życia, a grupa specjalistów mogłaby im w tym pomagać, prowadząc dobry program terapeutyczny.
MONAR, który również chce z nami współpracować, otworzył subkonto, na które można wpłacać pieniądze na pomoc bezdomnym dzieciom w Moskwie:

Stowarzyszenie MONAR, ul. Hoża 57, 00-681 Warszawa, Bank BPH SA Oddział Warszawa, ul. Nowogrodzka 50, 00-693 Warszawa
24 1060 0076 0000 3300 0031 6929,
hasło: Dzieci z Leningradzkiego


Co się dziś dzieje z bohaterami Pani filmu?
- Niestety, losy większości z nich są smutne. Większość bohaterów "Dzieci z Leningradzkiego" siedzi dziś w więzieniach, część dalej mieszka na ulicy. Niektórzy nie tylko wąchają klej, ale zaczęli brać ciężkie narkotyki, w związku z czym wielu z nich zarażonych jest wirusem HIV, żółtaczką typu C, część ma gruźlicę i inne choroby zakaźne. Z tego powodu wielu z nich po prostu umiera.
Kilkoro dzieci, jak Żenia, Losza i Pasza, Swieta, Andriej wyszło z ulicy, mieszka w domach dziecka lub wróciło do swoich domów rodzinnych. Jedna dziewczynka jest już adoptowana i jest najlepszą uczennicą w klasie. Obecnie ma 10 lat. Żenia i Jula nawet nie chcą wspominać piekła, które przeżyli na ulicy. Pasza krzywi się z obrzydzeniem na samą myśl, że kiedyś mieszkał na dworcu.
Los części naszych bohaterów nie jest nam znany.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki