Czwarty świat

Żyją na peryferiach wszystkich wielkich miast świata. Mają własny system wartości, metody przetrwania, wewnętrzną hierarchię, kulty, rytuały, a nawet męczenników. Najwięcej jest ich w Ameryce Południowej i Azji. Nie brakuje ich w Afryce i Europie. Na naszym kontynencie najbardziej znane są te z Rosji i Rumuni. Dzieci ulicy - porzucone, uciekające z domu, bezdomne albo takie, które...
Czyta się kilka minut
Żyją na peryferiach wszystkich wielkich miast świata. Mają własny system wartości, metody przetrwania, wewnętrzną hierarchię, kulty, rytuały, a nawet męczenników. Najwięcej jest ich w Ameryce Południowej i Azji. Nie brakuje ich w Afryce i Europie. Na naszym kontynencie najbardziej znane są te z Rosji i Rumuni. Dzieci ulicy - porzucone, uciekające z domu, bezdomne albo takie, które traktują dom jedynie jako noclegownię. Niektórzy "spokojni obywatele" te nieletnie gangi traktują jako zagrożenie, w większości przypadków ci młodociani dorośli stają się jednak ofiarami. Takich ofiar przybywa także w Polsce i chociaż nie mówią tego wprost, bo nie zabierają głosu w publicznej debacie, to całym swoim życiem wołają o pomoc.

Dzieci ulicy w wielu krajach są wyrzucone poza nawias społeczeństwa. Nie można nawet powiedzieć, że są traktowane jako obywatele drugiej kategorii. Należą do innego świata, którego władze wielkich miast z perspektywy wspartych o niebo wieżowców centrum najwyraźniej się wstydzą, tak jak wstydzą się milionowych dzielnic nędzy, w których godność ludzka, międzynarodowe konwencje i lokalne prawodawstwo wydaje się ulegać zawieszeniu. Te dzieci żyją w innym świecie - tym razem już Czwartym.

Brygady śmierci

Ostatnie dziesięciolecia XX wieku przyniosły całemu światu straszne wieści z Brazylii. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia żyło tam ponad 140 milionów ludzi, z czego prawie jedna trzecia żyła w nędzy. Większość z nich szukała nadziei na przetrwanie w wielkich miastach. Nadzieja ta nie szła jednak w parze z odpowiednim rozwojem przemysłowym, który zapewniłby zatrudnienie. W ten sposób rosły milionowe slumsy i szeregi dzieci, które musiały na własną rękę szukać szansy na przetrwanie. Nawet jeśli rodzice znaleźli jakąś pracę, to wiązało się to z morderczą wielogodzinną pracą, za wynagrodzenie nie zapewniające przetrwania. W takim wypadku dzieci również na całe dnie zostały pozostawiane samym sobie. Liczby opisujące te zjawisko są zazwyczaj bardzo niedokładne. Zależą od metody liczenia i wykazują większość wad czysto szacunkowych danych. Dlatego też jedne źródła podawały, że w Brazylii na ulicy mogło żyć aż 35 milionów dzieci i młodocianych, inne - że tylko pół miliona. Większość z nich musiała swój los uzależnić od przemytników narkotyków, sutenerów, tylko nieliczne żyły z pomocy w drobnym handlu, zbierania materiałów wtórnych itp.

Szokujące w doniesieniach z Brazylii były jednak oskarżenia wobec policjantów, którzy zorganizowani w tak zwane "Brygady śmierci", mieli dokonać setek morderstw na bezdomnych nieletnich. Policja w kraju toczonym korupcją skupiała się bowiem głównie na ochronie lepszych dzielnic bogatej części społeczeństwa. Nie brakowało również oskarżeń o sponsorowanie takich działań policji przez zamożnych obywateli. Owe szokujące praktyki działacze organizacji Amnesty International opisali w raporcie "Tortury i szczególne przypadki niesprawiedliwości w wielkich miastach Brazylii". Mimo zdecydowanej reakcji brazylijskich władz, nawet oficjalnych wypowiedzi wysokich oficerów policji przyznających, że policyjna przemoc jest ich największym problemem, zjawisko to wcale nie jest łatwe do wyeliminowania. Dowodzi to, że znaczna część zamożniejszej części społeczeństwa odmówiła dzieciom ulicy prawa do egzystencji, budując tym samym kolejny argument na rzecz istnienia tak zwanego Czwartego świata.

Od pucybuta do prostytucji

Nie tylko Brazylia, ale wiele innych krajów Ameryki Południowej doczekało się obszernych opracowań na temat dzieci żyjących na ulicy. Rozróżniono nawet różne formy ich egzystencji. W Polsce przywykliśmy już do obrazów ludzi przeszukujących śmietniki i ciągnących swoje wózki pełne makulatury czy złomu. Wiemy, że parają się tym nie tylko ludzie we władzach nałogu, ale także ojcowie całych rodzin, a także ich dzieci. W Ameryce Południowej jest to wręcz rodzaj zawodu, a rodzice sami przyuczają do niego dzieci, wierząc, że pozwoli im to przetrwać.

Te dzieci niejako z pokolenia na pokolenie uczą się żyć na ulicy. Podobnie dzieje się w przypadku dzieci wędrownych handlarzy. Około 12 roku życia albo przejmują fach rodziców, albo dołączają się do jakiegoś obozu swoich rówieśników.

Za "prawdziwe" dzieci ulicy uznaje się te, które definitywnie zerwą kontakt z rodziną. Albo uciekają wygnane niszczącą domowe ognisko patologią, albo po prostu porzucane są z braku środków. Może nas to przeraża, ale nieletni zajmujący się prostytucją stanowią wśród nich elitę. Zarabiają na tyle dużo, że są w stanie same się utrzymać. Często jednak uzależniają się od narkotyków i stają się niewolnikami lokalnych narkotykowych "bonzów".

Od adopcji do przeszczepu

Dzieci ulicy nie zniknęły w magiczny sposób wraz z wejściem w trzecie tysiąclecie. Aktualne dane mówią o stu tysiącach bezdomnych dzieci na ulicach Delhi. Nie wybrzmiała jeszcze wojna w Iraku, natychmiast stworzyła taki sam problem, i raz po raz różne organizacje donoszą o rosnącej liczbie nieletnich mieszkających na ulicach irackich miast. Międzynarodowa organizacja ECPAT szacuje, że na ulicach Filipin żyje nawet półtora miliona nieletnich. Co roku kilkanaście tysięcy z nich staje się towarem. I w tym przypadku prostytucja wcale niej jest najgorszą rzeczą, jaka może je spotkać. Dzięki nim kwitnie tajlandzki seks-biznes w wymiarze turystycznym i pornograficznym. Dzieci sprzedaje się też do tak zwanych nielegalnych adopcji, które mogą być dla nich wybawieniem, ale także zgubą.

Wystarczy dobrze poszukać w Internecie, aby samemu znaleźć oferty sprzedaży dzieci za cenę od kilku do kilkudziesięciu tysięcy dolarów. W ten sposób można nabyć niewolnika lub organy potrzebne do przeszczepu. Tego rodzaju zbrodnicze barbarzyństwo jest udziałem społeczeństwa XXI wieku.

Afery wokół tak zwanych nielegalnych adopcji wybuchały także w Rosji czy w Rumuni. Niektóre źródła mówią nawet o 100 tysiącach dzieci wywiezionych z Rosji. Większość z nich trafiła zapewne do szczęśliwych rodzin. W ujawnionych dotychczas sprawach były jednak i takie, w których nie potrafiono odszukać wielu ze sprzedanych dzieci.

W opublikowanym w roku 2000 raporcie Rady Europy dotyczącym handlu dziećmi Polska figuruje jako kraj - dawca obok Rumunii, Bułgarii, Rosji i krajów bałtyckich.

Bezprizornyje to najsłynniejsze dzieci ulicy w Europie. Są widoczne najczęściej w dużych aglomeracjach miejskich, takich jak Moskwa czy Petersburg. Tworzą zamknięte zorganizowane społeczności, które starają się przetrwać, nie przebierając w środkach. Mogą być niebezpieczni. W tym przypadku również statystyki budzą wiele wątpliwości. Niektóre szacują, że w dużym mieście może żyć od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy bezdomnych dzieci. Skala zjawiska jest ogromna, ale tak naprawdę trudno ją oszacować. Badacze tego problemu zgodnie twierdzą jednak, że europejską wątpliwą palmę pierwszeństwa w tej materii dzierży nie Rosja, lecz Rumunia.

Czas się bać

Takie szokujące dane znacznie łatwiej jest przyswoić ze znacznej odległości. Znacznie trudniej dostrzec skalę problemu na własnym podwórku. W styczniu tego roku w Warszawie sejmowa podkomisja ds. dzieci i młodzieży zorganizowała konferencje pt. "Dziecko bez przyszłości?". Na konferencję przyjechali przedstawiciele pomocy społecznej, organizacji pozarządowych, placówek wychowawczych i sądów rodzinnych z całej Polski. Próbowano ocenić skalę zjawiska i metody rozwiązania problemu dzieci wybierających życie na ulicy we własnej wyalienowanej społeczności. Uczestnicy zgodzili się, że najczęstszymi przyczynami (90 procent przypadków) dziecięcych ucieczek we własny świat jest plaga bezrobocia, alkoholizmu, rozkład rodziny, brak miłości i autorytetu. W dyskusji nad drogami wyjścia z tej sytuacji główną rolę odegrały pieniądze, których oczywiście brak. Zabrzmiało to pesymistycznie, bo tak zwanych dzieci ulicy w Polsce przybywa.

Barbara Głowacka z Krajowego Komitetu Wychowania Resocjalizującego, wyodrębnionego z Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, ocenia, że dzieci ulicy to około 5 do 7 procent szkolnej populacji. Zastrzega jednak, że nie liczy się w ten sposób dzieci zupełnie bezdomnych.

- Tych dzieci jest stosunkowo niewiele, ale nie można ich nie zauważyć choćby na większych dworcach kolejowych. My za dzieci ulicy uważamy takie, które tam właśnie spędzają większość swojego czasu. Takie, których stosunek do świata, język, obyczaje i zachowanie kształtuje ulica, a nie szkoła czy dom rodzinny. Zaczyna się to zwykle niewinnymi wagarami - wyjaśnia.

Wynika z tego, że choć może daleko nam jeszcze do problemów rodem z Ameryki Łacińskiej, to pewne symptomy tego zjawiska są już u nas zauważalne i jeżeli nie poświęcimy wystarczająco dużo uwagi i pieniędzy profilaktyce, to za kilka lat możemy mieszkać po sąsiedzku z "dzikimi" dziecięcymi dzielnicami.

Wychodzą na ulicę

Najwięcej o tych dzieciach wiedzą tak zwani "streetworkerzy", czyli pedagodzy uliczni. Ich zadaniem jest praca na ulicy, docieranie do dzieci, poznawanie ich problemów i wreszcie próby przestawienia ich życia na inne tory. Z ich relacji wynika, że dzieci te są najczęściej ofiarami rozmaitych patologii i biedy.

- W dużych miastach dzieci są wysyłane przez rodziców do hipermarketów, aby coś zjadły. Korzystają z rozmaitych promocji albo własnej zręczności. Myją szyby, zbierają surowce wtórne albo kradną - opowiada Barbara Głowacka.

Mają też swoje małe "rytuały". Na przykład zbieracze butelek z pieczołowitością zlewają wszystkie zebrane resztki, by z namaszczeniem wspólnie je wypić.

Po pedagogu ulicznym prace na ulicy prowadzi również wychowawca podwórkowy, który stara się zorganizować czas wolny dzieciom i skierować je do ognisk środowiskowych, gdzie mogą liczyć chociaż na ciepły posiłek. Sam też pełni rolę instytucji, która ma niejako jednoosobowo być pilotem poczynań danej grupy. Musi też zdobyć zaufanie podopiecznych, nie może więc donosić o drobnych wykroczeniach bez zgody dziecka. Stara się natomiast namówić je, aby samo się do tego przyznało.

Podstawy już mamy

Trudno się oprzeć wrażeniu, że nasz pejzaż społeczny zdaje się przypominać zegar ze wskazówkami ustawionymi na za pięć dwunasta. Bezrobocie, coraz większy obszar nędzy, niedożywienie czy wręcz głód były jednymi z podstawowych czynników wyganiających dzieci świata na ulicę. W Polsce gminy i organy rządowe od 1996 roku musiały zwiększyć ponad trzykrotnie środki na dożywianie dzieci. W ubiegłym roku przeznaczono na ten cel prawie 270 milionów złotych. Z akcji dożywiania skorzystało ponad 1 milion 200 tysięcy dzieci. Blisko 63 procent z nich zamieszkuje tereny wiejskie. Na pochwałę zasługuje wiele lokalnych społecznych inicjatyw, które niemal za bezcen pozwoliły wielu dzieciom spożyć ciepły posiłek, często jedyny w ciągu całego dnia. Dużo większą aktywnością, zapewne związaną też ze specyfiką terenów rolnych i niższymi cenami, wykazały się gminy wiejskie. Problem jednak nie znika, a raczej narasta. Takie sygnały docierają także z licznych placówek i jadłodajni Caritas. Wiele z nich już teraz sygnalizuje wyraźną dysproporcję pomiędzy dostępnymi środkami a potrzebami.

Dojrzała ślepota

Dzieci na ulicę wygania jednak nie tylko bieda, ale także niefrasobliwość, a często wręcz skrajna nieodpowiedzialność ich rodziców. Brak miłości i zainteresowania skutkują dziecięcymi poszukiwaniami lepszego świata. Fundacja "Itaka" nie tylko poszukuje zaginionych, ale także stara się przestrzegać dzieci przed tym krokiem. Poszukiwania również zaczynają od tzw. wywiadu środowiskowego. Rozmawiają z rówieśnikami z podwórka, ze szkoły.

- Bez problemu dowiadujemy się od kolegów i koleżanek, że taka osoba ćpa, że śpi na dworcu, że sprzedaje swoje ciało. Czasami wręcz uderzające jest to, że cała klasa wie, a rodzice w ogóle nie zdają sobie z tego sprawy - mówi Ewa Jakimiuk z Fundacji "Itaka".

Jolanta Łukasik

Departament Pomocy Społecznej MGiP

Średni koszt jednego posiłku dla dożywianych dzieci wynosi około dwóch złotych. Bardzo byśmy chcieli, aby zawsze był to ciepły posiłek, ale nie wszędzie jest to możliwe, choćby ze względu na konieczność spełnienia norm sanitarnych. Gminy próbują sobie z tym radzić i czasami dowożą zupę w termosach. W ostateczności może to być jakaś bułka i coś ciepłego do picia. Część ze środków przeznaczonych przez rząd na dożywienie została przeznaczona właśnie na stworzenie infrastruktury w szkołach, aby dzieci mogły skorzystać z ciepłego posiłku.

Ewa Jakimiuk

Psychoterapeuta z Fundacji "Itaka"

Jeśli trzynastoletnie dziecko decyduje się na ucieczkę i życie na ulicy, to trudno tutaj mówić o decyzji we właściwym tego słowa znaczeniu. Człowiek w takim wieku, przy burzy nastrojów, jakiejś chęci usamodzielnienia się, poprawienia swojego wizerunku i potrzeby akceptacji może działać pod wpływem impulsu. To nie są decyzje, a kroki rozpaczy. Niektóre z dzieci, których my poszukujemy, potrafi przebywać za domem nawet przez 10 miesięcy. Często w kilka dni po powrocie do domu uciekają znowu. To oczywiste, że muszą wtedy gdzieś żyć, z czegoś się utrzymywać, coś jeść. Na ogół robią to w rówieśniczych grupach. Rzeczywiście, trudno jest oszacować skalę tego zjawiska, bo tu nawet policyjne statystyki są bezradne. W Polsce policja w większości przypadków odnajduje zaginione dzieci, ale na ulicach nie brakuje także takich, których zaginięcia nikt nie zgłosił.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 29/2003