Logo Przewdonik Katolicki

Uproszczony syn

Natalia Budzyńska
Fot.

Nie rozumiem zachwytów nad filmem "Pręgi" Magdaleny Piekorz. Choć szłam do kina z jak najlepszym nastawieniem, rozczarowałam się głęboko. Tak wygląda dojrzały, psychologiczny film polski? Jesteśmy naprawdę mało wymagający. "Pręgi" mogłyby być filmem dobrym. Niestety, to, co otrzymaliśmy, to zaledwie szkic dobrego pomysłu. Wojciech Kuczok napisał scenariusz na podstawie swojej...

Nie rozumiem zachwytów nad filmem "Pręgi" Magdaleny Piekorz. Choć szłam do kina z jak najlepszym nastawieniem, rozczarowałam się głęboko. Tak wygląda dojrzały, psychologiczny film polski? Jesteśmy naprawdę mało wymagający.


"Pręgi" mogłyby być filmem dobrym. Niestety, to, co otrzymaliśmy, to zaledwie szkic dobrego pomysłu. Wojciech Kuczok napisał scenariusz na podstawie swojej powieści "Gnój" (nagrodzonej zresztą tegoroczną nagrodą NIKE). Powstał z tego do bólu schematyczny ciąg wydarzeń.

Nieudolna miłość


Pierwsza część opowiada o ojcu, który kochał, jak umiał. To ojciec, który nie potrafi nad sobą panować, który wychowuje syna, ciągle go karcąc. Żyje w mylnym przekonaniu, że kiedy wyśmiewa i obraża, to mobilizuje. Jan Frycz jest w tej roli doskonały, jego ojciec nie jest jednowymiarowy: tak, jest zły i niesprawiedliwy, ale jednocześnie jest troskliwy i pełen uczucia, którego po prostu nie umie okazać. Żyje w przekonaniu, że robi wszystko dobrze, że dzięki niemu jego syn będzie szczęśliwy. Nikt go nie nauczył innej miłości. Takich ojców jest dużo. Młoda reżyserka, Magdalena Piekorz, z pierwszej części filmu wybrnęła doskonale. Mogła pokazać w niej dużo przemocy - ograniczyła się do jednej sceny bicia. Postawiła na atmosferę tego domu, na strach chłopca - Wojtusia (genialnie zagranego przez debiutującego w filmie Wacka Adamczyka) i przemoc słowną. Wyśmiewanie, przezywanie, obrażanie - tego doświadczyło i doświadcza większość dzieci. Reżyserka funduje nam te "wyrazy miłości" z dystansu kinowego fotela, pokazuje, jak wielki to kaliber zadawania bólu dziecku, które bronić się nie może. Niestety, z Wojtusia scenarzysta zrobił kozła ofiarnego na wszystkich frontach i to już przestaje być wiarygodne. Zawsze, kiedy coś przeskrobie, zostaje przyłapany, pobity przez kolegów, wyśmiany przez klasę, kompletny pechowiec. Nagromadzenie tych kiepskich momentów ma oczywiście jeden cel: rezultatem jest wściekły ojciec i kara. I zaczynają się schematy: ten zły ojciec musi być oczywiście... no jaki? Wiadomo, wierzący i praktykujący oczywiście ("Bóg Ojciec za dobro wynagradza, a za zło karze"). Ksiądz proboszcz w konfesjonale jest jaki? Bingo! Obleśny i zboczony, karze chłopcu opowiadać ze szczegółami o nieczystych myślach, pocąc się przy tym obficie. Chłopiec ucieka przed takim światem, najpierw wynajdując sobie świetną terapię: nagrywa swoje bunty i myśli na magnetofon. Ojciec odsłuchuje kasetę. Od tego momentu mógłby się zacząć proces uzdrawiania, bo on nagle zaczyna rozumieć rozmiar krzywdy, jaką wyrządzał ukochanemu dziecku, uzmysławia sobie swoją życiową pomyłkę. Uzdrowienie jednak nie nastąpi, bo choć ojciec płacze, to syn tego nie widzi. Życiem syna rządzi strach, więc ucieka. Na zawsze.

Łopatologia psychologiczna


W tym miejscu zaczyna się druga część filmu, która jest godna zapamiętania, niestety z dwóch tylko względów: roli nietypowej dla Michała Żebrowskiego oraz z makabrycznego pomysłu na odstraszenie gołębi: wbite w parapet gwoździe, na które ptaki nadziewają się, przylatując po wysypywane przez dużego Wojciecha ziarna. Taki potwór, nieszczęsny człowiek, samotny dyktator, wyrósł z zastraszonego Wojtusia.
To prawda, że każdy z nas powtarza życie swoich rodziców: ich lęki, nerwice żyją w nas i nas niszczą. Nasze dusze są zatrute nieświadomymi błędami naszych rodziców. Ojciec Wojciecha nie umiał kochać, a raczej umiał kochać tak, a nie inaczej, ponieważ nie nauczył się tego od swojego ojca. Ten "grzech pierworodny" ciągnie się tak za nami od pierwszych rodziców, a my przekazujemy go naszym dzieciom. Jedynym wyjściem, jedynym ratunkiem z tej strasznej sytuacji jest przebaczenie. Przebaczyć oprawcy, prosić go o przebaczenie za nienawiść. Myślę, że o tym mógł być ten film. W "Pręgach" jednak ów "spadek" po ojcu jest pokazany w sposób "łopatologiczny": dorosły Wojciech jest kopią ojca, takie same ma zwyczaje, to samo go denerwuje, złość wyraża agresją, tak samo myje zęby i tak samo przeklina. A przecież owa "pępowina", nić emocjonalna, która zniewala nasze dorosłe życie, jest wręcz ukryta, siedzi w psychice na o wiele głębszym poziomie, dlatego tak trudno ją dostrzec i uwolnić się od niej. Dlaczego twórcy filmu nie mają zaufania do widza i nie dali nam szansy doszukiwać się jej, odkrywać samodzielnie? Wojciech jest postacią tak bardzo nieskomplikowaną, tak prostą do odczytania, że trudno się nim przejąć. I żyłby tak sobie dalej, chowając się przed miłością, gdyby nie śmierć ojca i jego prośba o przebaczenie nagrana na tej samej kasecie z dzieciństwa. Wszystko kończy się happy endem, niestety nieprzekonywającym i kiczowatym. Jaka szkoda. Czy Wojciech przebaczył ojcu, czy go usprawiedliwił? Nie, odetchnął jedynie, że ten umarł, że ten rozdział jest zamknięty, że teraz dopiero może się od historii swego dzieciństwa uwolnić. Ale to złudne. Ciekawa jestem dalszej części tej opowieści: jakim ojcem będzie Wojciech?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki