Logo Przewdonik Katolicki

Teatr Terapeutyczny

Mateusz Wyrwich
Fot.

Grają od sześciu lat. Wystąpili przed trzydziestoma tysiącami dzieci. Nazwali się Pogotowiem Teatralnym. Są zdobywcami wielu nagród. Otrzymali, między innymi, wyróżnienie w konkursie Pro Publico Bono. Klaun przepycha się do płaczącego dziecka leżącego na wysokim łóżku w, na kremowo pomalowanym, oddziale onkologicznym w szczecińskim szpitalu. Z kolorowych baloników robi figurki...

Grają od sześciu lat. Wystąpili przed trzydziestoma tysiącami dzieci. Nazwali się Pogotowiem Teatralnym. Są zdobywcami wielu nagród. Otrzymali, między innymi, wyróżnienie w konkursie Pro Publico Bono.


Klaun przepycha się do płaczącego dziecka leżącego na wysokim łóżku w, na kremowo pomalowanym, oddziale onkologicznym w szczecińskim szpitalu. Z kolorowych baloników robi figurki zwierząt. Uspokaja stojącą przy nim matkę. Dziewczynka dostaje pieska. A mamie klaun "wykręca" słonia na szczęście. Obie ocierają łzy. Za chwilę na szpitalny korytarz wchodzą kukiełkowi bohaterowie. Na godzinę, czasem dwie, zamienią udręczone życie dzieci w krainę kolorowych życiorysów: wrony, wiewiórki, jeża i zająca, czy wreszcie Koziołka Matołka - odciągając chorych od dręczących pytań. Czasem zwerbalizowanych, czasem nie. Kierowanych do rodziców lub lekarza, czy współchorych. - Bardzo trudno jest dawać spektakle na takich oddziałach. - Mówi Tomasz Jankiewicz, aktor, reżyser Pogotowia Teatralnego. - Często zdarza się, że wspólnie płaczemy z rodzicami tych dzieci. Nie zapomnę takiego zdarzenia, jakie miało miejsce niedawno w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Po bajkach opowiadanych przez Ciocię Fafę wyszła za nią mama małego pacjenta, przytuliła ją mocno, rozpłakała się i powiedziała: "Niech Bóg da pani zdrowie. Mój synek po raz pierwszy od tygodni się uśmiechnął".

Potrzebni tym dzieciom


Pani Grażyna Chrycyna jest pogodną kobietą na niedługo przed emeryturą. Uczy, jako jedna z kilkunastu nauczycielek, w przyszpitalnej szkole największego szczecińskiego szpitala. W tej specyficznej akademii znajdują się klasy od zerówki po ostatnią gimnazjalną. Bywa bowiem, że dzieci leżą, z niewielkimi przerwami, dwa lata. - Tu jest trudno pracować. Bo czasem dzieci pytają: "Po co się urodziłam, skoro tak szybko umrę". Ale i my, i one robimy wszystko, by nie pamiętać o ich chorobie. I takie wydarzenia jak spektakl są niezwykle potrzebne. A Pogotowie Teatralne szczególnie potrafi do nich trafić. Przychodzą też ze słodyczami, które jakoś dla małych pacjentów załatwiają. Bywały takie przypadki, że na ich widowisko czekały dzieci, których godziny były policzone. Obejrzały spektakl i odchodziły. Godzinę, czy kilka później.
- Poznaliśmy się kilka lat temu. Aktorzy z Pogotowia zaproponowali pomoc psychiczną dla dzieci. Bo przecież leczenie chorób nowotworowych to z jednej strony leki, chemioterapia, a z drugiej działanie na wzmocnienie psychiki. Terapia psychiczna. I oni tę rolę spełniają. - mówi Bartłomiej Arłukowicz, lekarz onkolog. - A poza tym, kiedy obiecali kupić dzieciom jakieś magnetowidy, telewizory, gry - jako jedni z nielicznych tę obietnicę spełnili. Wiem, że prowadzą działalność charytatywną. Na przykład zbierają pieniądze na inteligentne protezy rąk dla chłopca, który stracił je wskutek porażenia prądem.
- Kiedy po raz pierwszy grałam na onkologii, nie wiedziałam, jak do tych dzieci podejść - opowiada aktorka Bernadeta Komiago. - Zastanawiałam się, litować się, czy...? Przełamałam barierę strachu i wówczas pomyślałam, że jest to nareszcie coś, co chciałabym robić. Ja dzięki tym dzieciakom uzyskuję siłę i jakiś wewnętrzny spokój. I z czasem okazało się, że pewnie one mi są bardziej potrzebne, niż ja im.

Nie tylko w szpitalach


Szkoła podstawowa w Babinku. Kilkadziesiąt kilometrów od Szczecina. W okazałej sali teatr rozstawia scenę. Z wioski powoli nadchodzą widzowie. Ledwo co chodzące brzdące. Nieco starsi. I ci, dla których "nie starczyło" już miejsca na koloniach. Kilkoro dorosłych. W tym dwie kobiety, które teatr widzą po raz pierwszy w życiu. Na scenę wkraczają bohaterowie bajki o kolorowym życiu w czystym kraju. "Pogotowie..." na wesoło pokazuje, jak należy dbać o swój krajobraz. Inscenizacja opatrzona jest znakomitymi skeczami i świetną muzyką. Profesjonalnie wykonana. Bez amatorszczyzny, często charakterystycznej dla teatru kukiełkowego. Godzinny spektakl szybko mija w śmiechu. Dzieci ociągają się z wchodzeniem do domu. Podglądają kukiełki, rekwizyty.
Szkoła, szpital - to nie jedyne sceny teatralne "Pogotowia", choć często właśnie tam prezentują spektakle. Wystawiają sztuki również w domach dziecka, szkołach, na plebanii. Zdarzyło się, że również w barze. W wielkich miastach i na maleńkich wsiach.
Zawiązali swój zespół przed sześciu laty w gronie szczecińskich aktorów teatrów dramatycznych. Pomysłodawcą był Tomasz Jankiewicz, aktor teatrów szczecińskich. Kiedy dali kilkaset spektakli, zauważyli, że grając za darmo, zaczynają popadać w długi. Bliscy bankructwa, w 2002 roku zawiązali fundację. - Początek naszego teatru był bardzo prozaiczny. Córka miała wówczas dwa lata. Nie było u nas takiego teatru, do którego można by z nią pójść. Więc napisałem sztukę "Tańcowały dwa Michały" i z koleżanką Grażynką Niciecką zaczęliśmy grać dla naszych dzieci. I za chwilę zaczęliśmy wystawiać ją w zaprzyjaźnionych szpitalach i szkołach - opowiada Tomasz Jankiewicz. - Po jakimś czasie zaczęto do nas dzwonić, właśnie ze szpitali i domów dziecka. Pytano, czy byśmy u nich nie wystąpili. I kiedyś, tak siedząc w czasie deszczu, pomyśleliśmy o dzieciach, którym może być smutno. Wymyśliliśmy ogłoszenie: "Kiedy jest ci smutno, źle, zadzwoń do nas. Przyjedziemy do ciebie. Za darmo". Podaliśmy numer telefonu i podpisaliśmy: "Pogotowie Teatralne". A więc już wiedzieliśmy, że będzie to pogotowie, które leczy poprzez sztukę, zabawę. Ludzie z niedowierzaniem dzwonili, czy rzeczywiście za darmo. I kiedy przyjeżdżaliśmy do nich, to jeszcze przez jakiś czas było widać taką w nich niepewność: czy rzeczywiście za darmo? Czy nie wyciągniemy jakiegoś rachunku. Niektórzy nasi koledzy aktorzy z niedowierzaniem dopytywali: "Tomek, powiedz mi, co wy z tego macie?" Odpowiadałem, że radość, satysfakcję. Że, kiedy widzimy uśmiechnięte twarze, to daje to nam napęd. Nie wierzyli. I do tej pory niektórzy nie wierzą.
- Kiedy mnie o to pytają, zawsze odpowiadam tak samo - opowiada Wiesław Łągiewka, aktor Teatru Współczesnego w Szczecinie. - Że mam dług do spłacenia. Bo rzeczywiście. Kiedy studiowałem w szkole teatralnej w Łodzi, byłem bardzo biedny. Miałem wspaniałego profesora Eugeniusza Szynkarskiego i on wspomagał mnie, dając pieniądze. I zawsze przy tym powtarzał: "Jak będziesz je miał, mnie nie oddawaj. Ale oddaj komuś innemu, kto będzie bardziej potrzebował". I staram się oddawać. Ale czasem można zadać pytanie, kto komu daje? Pamiętam scenę sprzed lat, kiedy po spektaklu podszedł niewidomy chłopczyk z prośbą, czy może podotykać wszystkie postaci. Miał piękne wyobrażenie świata bajki. Bardzo mnie to poruszyło i wzbogaciło.
- Myślę, że u mnie potrzeba dawania wypłynęła z domu rodzinnego - mówi Tomasz Jankiewicz. Mama prowadziła amatorskie zespoły teatralne. Też jeździła po szkołach i teatrach. Ojciec wielu ludziom pomagał. Mama paradoksalnie miała do niego pretensję, że za dużo poświęca się obcym, a za mało rodzinie. Na swojej drodze spotkałem też, będąc już aktorem, znakomitych nauczycieli, którzy mi bezinteresownie pomagali w zawodzie. I staram się to robić dla innych, by czerpać radość i siłę do ciekawszego życia. A jak może ono takie nie być, skoro któregoś dnia budzi mnie telefon. Zrozpaczona dyrektorka przedszkola krzyczy do słuchawki, bym przyjechał ze spektaklem, bo rozchorowali się aktorzy z "Koziołkiem Matołkiem". Zdenerwowana mówi do mnie: "Panie Tomku, wy musicie przyjechać, bo jesteście Pogotowiem Teatralnym. A poza tym dzieci powiedziały, że jak nie ma Koziołka Matołka, to niech przynajmniej przyjadą jego przyjaciele". wtedy dzięki dzieciom napisałem spektakl "Przyjaciele Koziołka Matołka" i z powodzeniem jeździmy z nim już ponad rok.

Im też pomagają


Na początku zespół liczył trzy osoby. Powoli rozrósł się do jedenastu. Dochodzących i odchodzących. W zależności od repertuaru. Dawali spektakle głównie w Szczecinie i okolicach. Bardzo rzadko daleko w Polsce. Ktoś zadzwonił, powiedział, że ma pieniądze na benzynę i zaprasza, bo dzieciaki z domu dziecka słyszały o "Przyjacielu Koziołka Matołka". Jechali. Zespół powoli stawał się coraz bardziej popularny w Szczecinie i regionie. Średnio w miesiącu grali trzydzieści spektakli. Ludzie spoza środowiska częściej zaczęli im pomagać. - Kiedyś robiliśmy zakupy w sklepie z tkaninami i sprzedawczyni, a zarazem właścicielka sklepu, dowiedziała się czym się zajmujemy, sprzedała nam tkaninę za pół darmo. Innym razem dostaliśmy materiał za złotówkę - opowiada Tomasz Jankiewicz. - A w sklepie typu "śmieszne rzeczy" często właściciele sprzedają nam towary po bardzo niskich cenach. Jakiś czas temu Henryk Sawka podrzucił mi kilka swoich tekstów, które dał nam bez honorariów. Kiedyśmy dwa lata temu rejestrowali fundację, to Rafał Chmura opracował nam za darmo statut, a Andrzej Milczanowski akt notarialny. I to niebagatelne sumy byłyby, gdyby przyszło nam je wydać.... No i często znajdują się jacyś sponsorzy łakoci. Rozdajemy dzieciom po spektaklu lizaki czy cukierki - dodaje.
- Kiedyś do mojego studia przyszedł Tomasz z prośbą o nagranie podkładu muzycznego do spektaklu - opowiada muzyk Marcin Pawlik, dziś zaliczany do stałych współpracowników teatru. - Zaczęliśmy rozmawiać. Powiedział, do jakiego to spektaklu i że będą wystawiać go w szpitalach, szkołach, domach dziecka. Wydało mi się, że byłoby głupio od takich ludzi brać pieniądze. I tak przez lata coś tam dla nich zawsze robię.

Domowe premiery


Pierwsze premiery, a dziś stało się to już zwyczajem, odbywały się w domu państwa Jankiewiczów na poddaszu. Do dziś teatr wystawił ich dziesięć. Przychodziło dwadzieścia, niekiedy trzydzieści osób. Na przedstawienia były zapraszane dzieci znajomych. Pojawiały się też gromadki z podwórka. Dzieci częstowały się cukierkami i ciastkami, które z czasem zaczęli przynosić rodzice. - Część naszych sąsiadów z nutką zazdrości patrzyła na to, co robimy. To miłe - mówi Joanna Jankiewicz, uniwersalna kobieta, jak mówi o niej mąż. - Ale ten nasz teatr to zajęcie od rana do wieczora. Jestem aktorką, menadżerem i garderobianą. Czasem boję się, że zaniedbujemy swoją córkę. Choć też już żyje teatrem, mimo że ma dopiero osiem lat. Też chciałaby wszędzie z nami być. Jedynie niedziela jest dla nas dniem świętym. Bez pracy.
- Teraz w jakiś sposób jesteśmy ustabilizowani. Ba, nawet absolwentka z Wrocławia pisze o nas pracę magisterską - śmieje się Jankiewicz. - Od kiedy zostaliśmy fundacją, kilkadziesiąt spektakli dla dzieci z wiosek popegeerowskich wykupiła od nas Agencja Rozwoju Rynku Rolnego. Kilkanaście miasto. Powoli wychodzimy z długów. I nasz krąg odbiorców poszerza się na cały kraj. Mamy mnóstwo zaproszeń. Listów z podziękowaniami. Szkoda tylko, że nie mamy naśladowców. Ktoś z Gdańska zapowiadał się, że stworzy rodzaj naszego teatru, ale chyba się wycofał. A wielka szkoda, bo sztuka znakomicie leczy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki