Logo Przewdonik Katolicki

Państwo się rządzi

Bartosz Bynowski
Fot.

Przeróżne diagnozy i opinie w publicystyce co rusz w swoisty sposób przekonują nas o tym, jak to w Polsce jest źle i kryzysowo. Na nic zdają się informacje o postępującym wzroście gospodarczym, na nic wieści o naszej akcesji do struktur Unii Europejskiej. Jest źle i już. Dwieście lat po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, w 1991 roku, zaprzepaszczono w Polsce kolejny moment konstytucyjny....

Przeróżne diagnozy i opinie w publicystyce co rusz w swoisty sposób przekonują nas o tym, jak to w Polsce jest źle i kryzysowo. Na nic zdają się informacje o postępującym wzroście gospodarczym, na nic wieści o naszej akcesji do struktur Unii Europejskiej. Jest źle i już.

Dwieście lat po uchwaleniu Konstytucji 3 maja, w 1991 roku, zaprzepaszczono w Polsce kolejny moment konstytucyjny. Wynikło to z braku zdolności do strategicznego i długofalowego myślenia o kraju. Myślenie o reformie państwa to zmiany instytucjonalne. Ordynacja wyborcza zakłada jako niezbędne rozliczanie funkcjonariuszy publicznych z powierzonych im mandatów społecznego zaufania. Tymczasem mamy przykłady pseudoinwestycji w politykę, jakimi są swoiste przetargi na pierwsze miejsce list wyborczych. Tradycja jest długa - wszak dawni możnowładcy też tak robili.


Potrzebna reforma państwa dokonać się może tylko poprzez zmianę postaw społeczeństwa. Jakie są perspektywy na taką zmianę? Znikąd nie widać siły politycznej, która mogłaby owe zmiany przeprowadzić. Zarówno reformy ordynacji wyborczej, jak i pogłębienia procesu decentralizacji czy reformy administracji. "Szary człowiek" nie uczestniczy w polskiej polityce, bo uważa, że wszystko jest "be". Zanik poczucia odpowiedzialności za dobro państwa i upadek moralności publicznej osiągnął już pokaźne rozmiary. Mobilizacja społeczeństwa jest możliwa, widać jakieś przesłanki, ale co dalej?

My, wszyscy


Konstytucja RP zakłada, że państwo to nie li tylko władza, ale przede wszystkim wspólnota obywateli. Wzmacnia to początek preambuły: "My, wszyscy obywatele RP". Dalej konstytucja utożsamia naród z obywatelami. Dlaczego widzimy państwo jako domenę władzy?
Odpowiadając na pytania: Kto? Jak?, trzeba dostrzec pozytywy polskiego życia publicznego. W Polsce nie brak bowiem dzieł i ludzi, których można by określić krótko: "pro publico bono". To także nazwa odbywającego się od 1999 roku konkursu na najlepszą inicjatywę obywatelską.
Poczuć się wolnym znaczy zrobić użytek z wolności. Jaki zrobiliśmy użytek z naszej wolności, widać coraz wyraźniej. Paradoksalnie, tym wyraźniej, im wyrazistsze absurdy życia publicznego ukazują się coraz bardziej zdumionym oczom obywateli.

Gdzie się podziała nadzieja?


Być może najlepszym miejscem, aby jej poszukać, jest samorząd. Temu szukaniu musi towarzyszyć myślenie organiczne. Organizacje pozarządowe, pomysły, idee, umiejętności. Pytanie sceptyka zabrzmi: Czy takie działania oddolne mogą cokolwiek zmienić? Niewielu wie, co tak naprawdę wydarzyło się 4 czerwca 1990 roku. Otóż kopnięto mebel, a konkretnie został kopnięty okrągły stół. Polacy obalili listę krajową, czyli klucz porozumienia okrągłego stołu i wypowiedzieli wówczas swoje "non possumus". Metodą negocjacji "Solidarność" uzyskała przy okrągłym stole, co się dało, ale naród poszedł dalej, bo chciał więcej. Odrzucił listy z kandydatami obozu rządzącego. I wtedy zaprzepaszczono jedną z szans. Zaczęto "naprawiać" zakulisowo to, co "zepsuł" naród. A właśnie wtedy wydarzyło się coś bardzo ważnego. Naród vel obywatele pokazał, że można (i trzeba!) więcej. Wolność jest do wzięcia, bo ludzie chcą więcej. Do wzięcia i wykorzystania. Czy społeczeństwo coś może? Truizmem jest twierdzenie, że państwo to także - i przede wszystkim - obywatele.

Dobro jest banalne


Osiemnastego maja 1990 roku powstają, z udziałem obywateli, samorządy. Obecnie pokazać kilkaset inicjatyw samorządowych rocznie, jak to robi wspomniany konkurs "pro publico bono", jest jednocześnie "aktem oskarżenia" władz polskich. Z pomysłów jeszcze nic nie wynika, zwłaszcza, gdy brak wsparcia. Media nie są zainteresowane, bo to są dobre wiadomości. Dobre, czyli nieatrakcyjne. Trudno to dostrzec zmęczonemu, sfrustrowanemu społeczeństwu. Tym trudniej jest promować pojęcie "dobra wspólnego". Trzeba coś robić, ale po co? Jeśli tylko dla własnych korzyści i sławy, to jeszcze za mało. Jeśli służyć wspólnocie, drugiemu człowiekowi, społeczeństwu, poprawie życia, to już znaczy budować wspólne dobro. Wyświechtane w naszym społeczeństwie słowo "solidarność" mówi, że robiąc coś w życiu publicznym, zwracamy uwagę na potrzeby drugiego człowieka. "Jedni drugich brzemiona noście", zapisał św. Paweł, cytowany także przez Tischnera, etyka solidarności. Zarówno przez małe, jak i wielkie "s". Życie publiczne nie uratuje się bez etyki życia publicznego. Żadne kodeksy i regulaminy nic nie dadzą bez wiary ludzi, że ta etyka jest. Zadaniem społeczeństwa obywatelskiego (a zwłaszcza mediów) jest budować opinię, że to jest potrzebne i ważne. Tego brakuje w Polsce i trzeba o tym mówić. Opinia publiczna musi być tworzona przez obywateli, a nie przez polityków i media wołane przez nich na konferencje prasowe. Wtedy władza nie musi się bać kontroli, a nieustanna kontrola musi być, bo na tym polega mechanizm demokracji. Być blisko ucha wyborców, a nie ucha szefa partii!

A jak nie pójdą do wyborów?


Stoimy przed szansą zmiany systemowej: Polacy to nie jest gorszy gatunek Europejczyków. Czas przekonywać się nawzajem i walczyć ze zniechęceniem. Przede wszystkim własnym, a poprzez to i cudzym. Kolejno: ja - rodzina - społeczeństwo - elity polityczne. Ludzie nie chcą zaangażować się w politykę, bo nie wierzą w nią w dzisiejszej postaci. Ale nikt nie powiedział, że taka postać ma trwać wiecznie! Wszak przemija postać tego świata...

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki