Ratują sobie szpital

Każdy datek się liczy, bo jak szpital nie ma pieniędzy,

to i dziesięciu groszy na igłę nie wygrzebie



Zastępca dyrektora szpitala we Wschowie Sławomir Ząbczyński nie ma wątpliwości. - Ta pomoc bardzo nam pomogła - mówi. I przyznaje: - Nie mieliśmy czym leczyć pacjentów.

Wschowski szpital jeszcze do niedawna miał siedem milionów złotych długu. Jesienią na wniosek wierzycieli...
Czyta się kilka minut
Każdy datek się liczy, bo jak szpital nie ma pieniędzy,

to i dziesięciu groszy na igłę nie wygrzebie

Zastępca dyrektora szpitala we Wschowie Sławomir Ząbczyński nie ma wątpliwości. - Ta pomoc bardzo nam pomogła - mówi. I przyznaje: - Nie mieliśmy czym leczyć pacjentów.

Wschowski szpital jeszcze do niedawna miał siedem milionów złotych długu. Jesienią na wniosek wierzycieli komornik zablokował konta lecznicy. Pracownicy prawie trzy miesiące nie dostawali pensji. Szpital przyjmował tylko pacjentów z nagłymi zachorowaniami i po wypadkach.

- W każdej chwili mogą nam odciąć prąd - martwił się w styczniu Ząbczyński. I obawiał się najgorszego: - Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie ewakuować naszych chorych do innego szpitala.

W tym samym czasie we wschowskich aptekach mieszkańcy miasta wrzucali do specjalnych kartonów kupione przez siebie bandaże, strzykawki, igły, venflony, a nawet cewniki i przyrządy do przetaczania krwi. - Sami musimy ratować nasz szpital - tłumaczyli.

Na dwie igły

Mroźne styczniowe południe. Zmarznięci ludzie pospiesznie przechodzą wąskimi uliczkami wschowskiej starówki. W aptece "Iridis" przyjemnie i ciepło. W kolejce kilka osób. Mimo wywieszonych przy ladzie ulotek o zbiórce darów dla szpitala, każdy kupuje tylko leki dla siebie i wychodzi.

- Ale są tacy, co pomagają - sprzedająca lekarstwa Elżbieta Przeracka pokazuje na stojący pod oknem wielki karton z napisem: "Dary dla szpitala". Na dnie strzykawki, igły, venflony, plastry i bandaże. - Każdego dnia jest pełen - zapewnia Przeradzka.

Kiedy spytałem, kto najchętniej zapełnia karton, odparła: - Głównie starsi. Pewnie dlatego, że im szpital jest najbardziej potrzebny.

Wchodzę do stojącej niedaleko rynku apteki "Pod Orłem", najstarszej we Wschowie. Małgorzata Piech, zastępca kierownika apteki, dwoi się i troi, żeby obsłużyć wchodzących co rusz klientów. Z trudem znajduje czas na rozmowę. - Ludzie dają po kilka złotych, czasem po dziesięć, dwadzieścia, a raz nawet ktoś wyłożył sto - opowiada o zbiórce darów. - Kupujemy za to konkretne rzeczy i składamy je do kartonu.

Kierowniczka chwali ofiarność wschowian. - Widać, że niektórzy sami nie mają, a pomagają jak mogą - podkreśla. Mówi, że nawet najbiedniejsi nie odmawiają pomocy. - Przychodzą czasem staruszki i żalą się, że stać je tylko na dwadzieścia groszy. Ale to są już dwie igły - kalkuluje Małgorzata Piech. - Każdy datek się liczy, bo jak szpital nie ma pieniędzy, to i dziesięciu groszy nie wygrzebie.

Gazeta, co chciała powiatu

Akcją zbierania darów dla wschowskiego szpitala zajęła się miejscowa gazeta "Słowo Ziemi Wschowskiej". Lokalny dwutygodnik istnieje od 1995 roku. - Powstaliśmy, żeby walczyć o powiat we Wschowie - mówi Zygmunt Frąckowiak, wydawca pisma.

Położona na pograniczu Wielkopolski i Dolnego Śląska piętnastotysięczna Wschowa była siedzibą starostwa od czasów Kazimierza Wielkiego do likwidacji powiatów w 1975 roku. Kiedy po ponad dwudziestu latach przerwy rząd Jerzego Buzka wprowadzał na nowo powiaty - Wschowy nie uwzględniono. Miasto przyłączono do oddalonej o ponad 60 kilometrów Nowej Soli.

- Żeby coś załatwić w nowym powiecie, musieliśmy jechać przez Głogów, czyli przez obce województwo - opowiada Joanna Frąckowiak, żona pana Zygmunta. Jest pielęgniarką i redaktorem naczelnym "Słowa Ziemi Wschowskiej". - Byliśmy od zawsze powiatem i nagle nas pominięto - dodaje.

Mieszkańcy Wschowy nie dali jednak za wygraną i postanowili walczyć o przywrócenie powiatu. Żeby zwrócić uwagę na swoje żądania, chodzili w tę i z powrotem po pasach dla pieszych na drodze krajowej łączącej Leszno z Głogowem i blokowali ruch. - Ludzie swoje urlopy poświęcali, żeby protestować - wspomina Joanna Frąckowiak.

Upór opłacił się. Pierwszego stycznia 2002 roku Wschowa, razem z sześcioma innymi miastami w kraju, została siedzibą powiatu. - Myśleliśmy, że nasze kłopoty się skończyły - mówi Frąckowiakowa. - A tu się okazało, że nasz powiat nie chce szpitala.

Ku chwale Ojczyzny

"Starosta pensje otrzymuje, a personel głoduje", "Pomogliśmy przy powiecie, a wy nas likwidujecie", "Radni dyskutują, wyrok śmierci na szpital podpisują!!!".

Takie transparenty wiszą od kilku tygodni na parkanie okalającym wybudowany w połowie dziewiętnastego wieku budynek szpitala we Wschowie. - Wywiesiliśmy je, bo nasza sytuacja jest dramatyczna - tłumaczy Teresa Tyczyńska, szefowa Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia we wschowskim szpitalu. - Prawie trzy miesiące pracowaliśmy za darmo, czyli ku chwale Ojczyzny - żali się Tyczyńska.

Pracownicy szpitala za katastrofalną sytuację lecznicy obwiniają starostwo we Wschowie. Wytykają, że powiat nie przejął do tej pory formalnie szpitala od Nowej Soli.

- A co, może mieliśmy przejąć ich razem z długami, które nie są nasze? - burzy się starosta powiatu wschowskiego Marek Kozaczek. I tłumaczy, że rok temu, kiedy powstał powiat we Wschowie, szpital był już zadłużony na ponad cztery i pół miliona złotych.

Kozaczek wylicza, że w zeszłym roku starostwo we Wschowie i tak dało na szpital prawie dwa i pół miliona. - Na więcej nas nie stać, bo każdy milion to jest być albo nie być dla powiatu - mówi starosta.

Załoga chciała, żeby starostwo wynegocjowało z wierzycielami odblokowanie kont. - Są bardziej zadłużone szpitale niż nasz i jakoś sobie radzą, bo mają poparcie lokalnych władz - mówi dyrektor Ząbczyński.

Dzień przed Sylwestrem rada powiatu przyjęła uchwałę o poręczeniu kredytu dla szpitala na dwa miliony złotych. - To zwykłe oszustwo - oburza się Tyczyńska. - Zażądano od nas w zamian zbilansowania zysków i strat, a w obecnej sytuacji finansowania służby zdrowia szpital musi przynosić straty - dodaje.

- Ale ja też nie mogę tylko dokładać do szpitala, bo zabraknie mi pieniędzy dla nauczycieli i na remonty dróg - odpowiada starosta. Winą za kłopoty wschowskiej lecznicy obarcza rząd. - To cały system finansowania służby zdrowia w tym kraju jest chory - denerwuje się.

Kozaczek widział wywieszone przed szpitalem transparenty. Nie przejął się nimi. - Jeżeli ktoś pełni funkcję publiczną, to musi się liczyć z krytyką - odpowiada.

Nie mam wyrzutów

Kiedy córka Frąckowiaków, Agnieszka, przyjechała na Boże Narodzenie do domu, poszła na powiatową sesję. Słyszała, jak radni dyskutują o szpitalu. - Wróciła tak zbulwersowana, że postanowiła zorganizować jakąś pomoc - opowiada Joanna Frąckowiak. - To ona wymyśliła tę zbiórkę.

Ze swoją propozycją Agnieszka poszła do szpitala. Lekarze zrobili listę najpotrzebniejszych rzeczy. - Zastrzegliśmy tylko, że zbierane dary muszą być sterylne i spełniać wszelkie wymogi sanitarne - wyjaśnia dyrektor Ząbczyński.

W pierwszych dniach stycznia Frąckowiak napisał apel do mieszkańców. Rozplakatował miasto i powiadomił media. Odezwę zaniósł też do wszystkich pięciu wschowskich kościołów. Prosił, żeby podczas niedzielnych Mszy księża odczytali ją z ambony. Żaden nie odmówił.

- Też jesteśmy obywatelami Wschowy i dzielimy radości i smutki mieszkańców. A jak ktoś jest w potrzebie, nigdy nie odmawiamy pomocy - tłumaczy ubrany w brązowy habit, przepasany białym sznurem ojciec Lesław Szymborski, gwardian klasztoru franciszkanów.

Starosta był w kościele i słyszał, jak ksiądz czytał apel. Mówi: - Ja nie mam wyrzutów sumienia. To co mogłem, dałem już na szpital.

Kropla w morzu

W styczniu we wszystkich aptekach zebrano ponad pięć tysięcy igieł, dwa i pół tysiąca strzykawek, trzysta drewnianych szpatułek, sto pięćdziesiąt venflonów oraz po prawie dwieście przyrządów do przetaczania krwi i cewników.

Frąckowiakowie mieli świadomość, że zbiórka darów i tak nie uratuje szpitala. - Wiemy, że to kropla w morzu potrzeb - mówi Zygmunt Frąckowiak. - Ale chcieliśmy obudzić w ten sposób mieszkańców miasta, żeby nie dopuścili do likwidacji naszego szpitala.

Poskutkowało, bo w mieście powstał społeczny komitet, który zbiera pieniądze na ratowanie lecznicy. Ludzie wrzucają pieniądze do stojących w sklepach specjalnych skarbonek albo wpłacają na konto.

W ratowanie szpitala zaangażowało się miasto. Burmistrz Krzysztof Grabka pomógł w spłacie części długów. - To nie są zadania gminy, ale szpital to jeden z największych zakładów w naszym mieście - tłumaczy urzędujący w szesnastowiecznym ratuszu Grabka. - Jeśli upadnie, to wzrośnie bezrobocie i przybędzie klientów opieki społecznej.

Ja nie dam

Spytałem przechodniów, co sądzą o zbieraniu darów dla szpitala.

- To bardzo dobry pomysł, bo jak nam zlikwidują ten szpital, to trzeba będzie jeździć kawał drogi do Nowej Soli - odparła obładowana siatkami Irena Płócienniczak. - Jak tylko odbiorę rentę, to też coś dam.

Nie wszyscy tak myślą.

- Nie dałem i nie dam! - burzy się ubrany w kożuch Jan Zbigniew Wojciechowski, dziennikarz na rencie. - Niech w kasach chorych biorą mniejsze pensje, to wystarczy na służbę zdrowia - piekli się. - Ja żyję za sześćset złotych i leki muszę kupować, a oni ile dostają do kieszeni?

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 8/2003