Logo Przewdonik Katolicki

Konto z autorytetem

Stanisław Zasada
Fot.

Na każdym talonie jest pieczątka Caritas. - Żeby nie kupować na nie wódki ani papierosów - mówi ksiądz dyrektor Pracownicy zielonogórskiego Zastalu dostali na święta smutny prezent. Na początku grudnia zeszłego roku sąd ogłosił upadłość dwóch spółek wchodzących w skład holdingu: Zastal Wagony i Zastal Zakład Produkcyjno-Remontowy. 830 osób znalazło się na bruku....

Na każdym talonie jest pieczątka Caritas.
- Żeby nie kupować na nie wódki ani papierosów -
mówi ksiądz dyrektor


Pracownicy zielonogórskiego Zastalu dostali na święta smutny prezent. Na początku grudnia zeszłego roku sąd ogłosił upadłość dwóch spółek wchodzących w skład holdingu: Zastal Wagony i Zastal Zakład Produkcyjno-Remontowy. 830 osób znalazło się na bruku.
Zwolnionym pracownikom pomaga diecezjalna Caritas. Dzięki akcji prowadzonej z działającymi w zakładzie związkami zawodowymi kilkaset osób otrzymało już talony na żywność. Zbiórka pieniędzy trwa nadal.
- My użyczamy tylko swojego konta - mówi skromnie ksiądz Zygmunt Zimnawoda, dyrektor Caritas Diecezji Zielongórsko-Gorzowskiej.
- I autorytetu - dodaje Ryszard Maruda, szef "Solidarności" w Zastalu.

Dolary zastąpiły ruble


Kłopoty Zastalu zaczęły się na dobre parę lat temu. Zakład słynący z produkcji wagonów towarowych, które w najlepszym okresie sprzedawano do Związku Radzieckiego, Chin i Iraku, od początku lat dziewięćdziesiątych tracił zamówienia.
- Na początku nie było jeszcze tak źle, bo pod koniec dostaw dla wschodniego sąsiada załapaliśmy się na przelicznik dolarowy i sporo na tym zarobiliśmy - mówi Ryszard Maruda. Część zysku wypłacono pracownikom, a resztę przeznaczono na prywatyzację firmy - załoga dostała akcje.
Zarobione wtedy pieniądze wystarczyły na kilka lat. - Ale kiedyś musiały się skończyć, bo nikt już nie chciał naszych wagonów - tłumaczy szef "Solidarności" w Zastalu. - W roku dwutysięcznym przez pół roku produkowaliśmy tylko na magazyn, bo nie było odbiorcy.
Długi przedsiębiorstwa tymczasem rosły - nie było ich czym spłacić. W końcu banki przestały dawać Zastalowi kredyty. Kiedy jesienią zeszłego roku skończyły się pieniądze na wypłaty dla pracowników, los zakładu był przesądzony.
W kościołach Zielonej Góry odczytano dramatyczny apel biskupa Adama Dyczkowskiego o pomoc zastalowskim rodzinom.
Kiedy w grudniu Zastal upadł, miasto przekazało na pomoc pracownikom sto tysięcy złotych. - Ale z pieniędzy tych mogli skorzystać tylko mieszkańcy Zielonej Góry - mówi ksiądz Zimnawoda. - A przecież sporo pracowników pochodzi z okolicznych miejscowości.
Zielonogórska Cariats postanowiła pomóc tym, którzy zostali bez środków do życia. - Udostępniliśmy nasze konto i zaapelowaliśmy o dokonywanie wpłat - wyjaśnia ksiądz dyrektor.

Nie na używki


"Zwracamy się z gorącą prośbą o pomoc dla zastalowskich rodzin, które ze względu na zaistniałą sytuację związaną z zaprzestaniem produkcji są bez środków do życia. Prosimy o niepozostawianie nas w potrzebie. Sami mimo wielu działań nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim potrzebującym rodzinom" - z takim apelem do "wszystkich ludzi dobrej woli" wystąpiły po upadku zakładu oba związki: "Solidarność" i OPZZ.
- Jeżeli idzie o pomoc ludziom, to nie rywalizujemy ze sobą, tylko idziemy zgodnie łeb w łeb - tłumaczy Zbigniew Gawryszewski, przewodniczący Związku Zawodowego Zastal, należącego do OPZZ.
Pod apelem podano numer konta Caritas Diecezji Zielongórsko-Gorzowskiej, na które można wpłacać pieniądze.
- Nasze oba związki wpadły na pomysł, żeby zwrócić się do Caritasu o udostępnienie ich konta - wyjaśnia Maruda. - Bo chodziło nam o to, żeby była to wiarygodna instytucja.
Apel poskutkował. Na konto Caritas w ciągu kilku tygodni wpłynęło 25 tysięcy złotych. Za zebrane pieniądze kupiono bony towarowe do jednego z supermarketów. Na odwrocie każdego talonu przybito pieczątkę Caritas.
- Żeby sprzedawcy wiedzieli, że nie można na to kupić papierosów ani alkoholu - tłumaczy ksiądz Zimnawoda.
- Dlaczego?
- Bo to są pieniądze przeznaczone na żywność, a nie na używki.

Sekretarze i literaci


Szef "Solidarności", ociągając się, przynosi nam wydane w peerelu pamiątkowe albumy o Zastalu. - Chcecie pierwszych sekretarzy oglądać? - pyta dla pewności.
Czarno-białe fotografie pokazują pierwszomajowe pochody, przodujące brygady robotnicze, nadanie zakładowi Orderu Sztandaru Pracy i wizyty partyjnych dygnitarzy. Udokumentowano między innymi pobyt w Zastalu Edwarda Gierka. Do zakładu przyjeżdżali nie tylko pierwsi sekretarze. Na jednym ze zdjęć utrwalono spotkanie pracowników z pisarzem Jarosławem Iwaszkiewiczem.
Zaodrzańskie Zakłady Przemysłu Metalowego imienia Marcelego Nowotki powstały w 1945 roku na gruzach niemieckiej fabryki "Beuchelta". Nowotko przestał patronować Zastalowi po 1989 roku. Radomski pokazuje nam betonowy postument, z którego przez lata patrzyła na zakład odlana w brązie postać dawnego przywódcy komunistów.
Kilkadziesiąt metrów dalej, pod wielką wiatą, stoi kilkanaście gotowych wagonów, których nie udało się sprzedać. - W najlepszych czasach po trzydzieści sztuk dziennie stąd wychodziło i wszystkie szły od ręki - mówi Henryk Radomski z "Solidarności". - A teraz nasze koleje wolą od Niemców pożyczać wagony, a naszych nie kupują.
Radomski przyszedł do Zastalu w 1966 roku. - W Zielonej Górze prawie każda rodzina miała tutaj kogoś - wspomina. - Jak robotnicy kończyli zmianę i wracali do domu, to trudno było się przecisnąć, taki był tłum.
- Mój dziadek tutaj pracował, potem ojciec, a wreszcie ja - odzywa się stojący obok Dariusz Mielcarek, monter związany z Zastalem od prawie dwudziestu lat. - I sporo się tutaj zarabiało, a teraz musimy żebrać.

To jest nic


Pierwsze talony przekazano pracownikom Zastalu przed Bożym Narodzeniem. - Żeby ludzie mieli co na świąteczny stół położyć - tłumaczy Gawryszewski z OPZZ.
Zebrane wtedy 10 tysięcy złotych rozdzielono między dwustu pracowników. W połowie stycznia na koncie było już 25 tysięcy złotych. Dzięki temu talony dostało kolejnych 150 osób. W kolejce czeka jeszcze prawie dwieście wniosków.
Rozdziałem bonów zajmuje się sześcioosobowa komisja. W jej skład wchodzi po dwóch ludzi z "Solidarności", dwóch z OPZZ i dwóch, których pracownicy wybrali spośród siebie. - Żeby nie było posądzeń, że ktoś chce kogoś wykantować - mówi zasiadający w komisji Mielcarek.
W pierwszej kolejności załatwiano wnioski pracowników, którzy mają na utrzymaniu najwięcej osób. - To najbardziej przejrzyste kryterium - mówi Mielcarek. - Bo jak ktoś ma dziewięcioro dzieci, to wiadomo, że nie ma pieniędzy.
- Bo zdarzają się nieuczciwi - odzywa się Radomski, wiceprzewodniczący komisji. - Był pracownik, którego żona zarabia przeszło dwa tysiące na miesiąc i też się zgłosił po pomoc.
Bony wystawiano na wartość od 50 do 150 złotych. - Sto pięćdziesiąt mało kto dostał - mówi Mielcarek. - Przeważnie wychodziło po kilkadziesiąt złotych.
- To niewiele - mówię.
- To jest nic - przyznaje.

Miller nie ogląda kablówki


Wielkie hale Zastalu zieją dziś pustką. Pomiędzy budynkami, z których część pamięta jeszcze "czasy Hitlera" (tak się tutaj mówi), przemknie tylko od czasu do czasu grupka robotników w zakładowych drelichach.
- Jest cienko - mówi Antoni Dzieniszewski. Ubrany w granatową watówkę Dzieniszewski przepracował w Zastalu, z małymi przerwami, 32 lata. W marcu kończy mu się wypowiedzenie. Za wszystko obarcza "Solidarność".
- Nic nie robicie, tylko w oczy sobie patrzycie! - wykrzykuje w oczy Radomskiemu. - O Ożarowie wszyscy trąbili, a o nas Polska nic nie wie. Tylko w lokalnej kablówce czasem coś powiedzą, ale przecież Miller nie ogląda kablówki. Jak nie wyjdziemy na zewnątrz, to nic nie będzie!
Radomski: - Łatwo narzekać, jak się za nic nie odpowiada. Nam nie chodzi o robienie bałaganu, tylko żeby zakład ratować.

Uczucia na święta


- Czy są jakieś talony? - do siedziby związków wbiegł chłopak w ortalionowej kurtce.
- Na razie nic - usłyszał.
- Przed świętami było sporo wpłat, bo wiadomo: Boże Narodzenie i polska uczuciowość zagrała - mówi Maruda. - Teraz jest gorzej. Zresztą styczeń jest w ogóle ciężki, a poza tym każdy zakład ma swoich pracowników i nigdzie się nie przelewa.
Mielcarek: - Ale codziennie dzwonimy do Caritasu i pytamy, czy na koncie są jakieś pieniądze.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki