Pokaz siły i co dalej

Po Warszawie krąży anegdota: jaki jest jedyny cud Donalda Tuska? To, że zjednoczył przeciw sobie skłócone dotąd związki zawodowe. A co z realizacją związkowych postulatów?
Czyta się kilka minut

Po Warszawie krąży anegdota: jaki jest jedyny cud Donalda Tuska? To, że zjednoczył przeciw sobie skłócone dotąd związki zawodowe.  A co z realizacją związkowych postulatów?

Dowcip jak zwykle celnie trafia w sedno sprawy. Rzeczywiście, polityka obecnego rządu sprawiła, że ramię w ramię protestują przeciwko niej zarówno mający raczej prawicowe sympatie związkowcy z „Solidarności”, jak i postkomuniści z OPZZ, a także kontestujący oba największe związki przedstawiciele Federacji Związków Zawodowych. To właśnie NSZZ „Solidarność” i OPZZ wspólnie zorganizowały w stolicy największe protesty związkowe w naszym kraju po 1989 r. Do Warszawy, by wyrazić swoje niezadowolenie, przyjechało w połowie września co najmniej 100 tys. związkowców i ich sympatyków, zdaniem organizatorów było ich nawet 200 tys. I wbrew alarmistycznym zapowiedziom części mediów protesty przebiegły spokojnie. – Jestem facetem, ale płakać mi się chce ze szczęścia, że wreszcie żeśmy się obudzili, jako Polacy, jako polscy pracownicy – mówił do zgromadzonych na placu Zamkowym związkowców przewodniczący NSZZ „Solidarność” Piotr Duda. Wtórował mu szef drugiej organizacji związkowej. – Dziś rząd dostaje ostatnie ostrzeżenie, jeśli nie wyciągnie wniosków, zablokujemy cały kraj – wołał  Jan Guz, przewodniczący OPZZ. Wspólnym głosem wołamy: nie dla takiej władzy, stop umowom śmieciowym, stop okradaniu narodu! – grzmiał. Związkowcy podczas protestów niewątpliwie pokazali swoją siłę. Jednak wciąż otwartym pozostaje pytanie, czy w ogóle jest szansa na realizację postulatów, z którymi przyjechali do stolicy.

Czego chcą związki

Demonstrujący w Warszawie mieli dwa główne postulaty. Pierwszym było wycofanie fatalnych dla pracowników zmian w kodeksie pracy wprowadzających tzw. elastyczny czas pracy, który oznacza brak zapłaty za nadgodziny i konieczność 12-godzinnej codziennej pracy nawet przez pół roku, drugim – zmiany prawa o referendach ogólnokrajowych. Zdaniem związkowców po zebraniu 500 tys. podpisów referendum powinno być obligatoryjne, czyli rząd powinien mieć obowiązek je przeprowadzić. Dziś, przypomnijmy, decyduje o tym Sejm, który np. odrzucił wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie  obniżenia wieku emerytalnego, pod którym zebrano prawie 2,5 mln podpisów! Protestujący związkowcy domagali się także: zaniechania likwidacji rozwiązań emerytalnych przysługujących pracownikom zatrudnionym w warunkach szczególnych lub o szczególnym charakterze, uchwalenia przez Sejm RP ustaw ograniczających stosowanie tzw. umów śmieciowych oraz zaprzestania likwidacji szkół i przerzucania finansowania szkolnictwa publicznego na samorządy. Kolejne postulaty to konieczność wprowadzenia pakietu zmian poprawiających funkcjonowanie ochrony zdrowia i dostęp do bezpłatnej edukacji w naszym kraju oraz stworzenia osłonowego systemu regulacji finansowych oraz ulg podatkowych dla przedsiębiorstw utrzymujących zatrudnienie w okresie niezawinionego przestoju produkcyjnego. I jeszcze jeden, wywołujący ogromne emocje wśród pracodawców – podwyższenie wysokości płacy minimalnej zgodnie z projektem złożonym przez NSZZ Solidarność. Sporo tego. 

W interesie pracownika

Najwięcej emocji budzi zwłaszcza wprowadzenie tzw. elastycznego czasu pracy. Teoretycznie ma on umożliwić firmom lepsze dostosowanie się do ekonomicznych realiów.  Przedstawiciele związków zawodowych mówią jednak o współczesnym niewolnictwie i powrocie do XIX w. w prawie pracy. Według wyliczeń ekspertów „Solidarności”, wejście tej ustawy w życie oznacza, że do kieszeni pracowników nie wpłynie około 8 mld zł rocznie z tytułu pracy w nadgodzinach, a to oznacza zmniejszenie rozmiarów wydatków konsumpcyjnych o taką właśnie kwotę, czyli poważnie osłabia najważniejszy składnik wzrostu PKB w Polsce. Drugim realnym problemem poruszanym przez związkowców jest plaga umów śmieciowych. W tej chwili Polska jest liderem w Unii Europejskiej pod względem liczby pracowników zatrudnionych na umowach czasowych. Prawie co trzeci zatrudniony w naszym kraju nie ma stałej umowy o pracę. Co gorsza, liczba Polaków bez stałych umów szybko rośnie. Dziesięć lat temu było ich jedynie 6 proc. Umowy śmieciowe są prawdziwą plagą zwłaszcza wśród młodych. Wśród zatrudnionych poniżej trzydziestki aż 65 proc. pracuje na umowach czasowych. Wśród osób do lat 24 podejmujących pierwszą pracę aż 85 proc. nie dostaje stałej umowy. W Unii średnia to 50 proc. Ale w Polsce ten typ umów dotyczy nie tylko młodych. Nawet wśród 40-latków jedna piąta zatrudniona jest jedynie na czas określony. Jest to niespotykane w innych krajach Europy. W związku z tym związkowcy proponują ograniczenie możliwości korzystania z tych umów, a także obowiązkowe odprowadzanie od nich świadczeń do ZUS. Trudno nie zgodzić się z oceną sytuacji przedstawianą przez związkowców. Jednak wśród ekonomistów i ekspertów dominuje przekonanie, że lekarstwo, które proponują może polskiej gospodarce jeszcze bardziej zaszkodzić.

Argumenty drugiej strony

– Związkowcy trafnie dostrzegają zły stan gospodarki i państwa, ale chcą je jeszcze bardziej popsuć przez więcej regulacji i więcej socjalizmu, choć przezornie tego tak nie nazywają. W sferze gospodarczo-społecznej domagali się w Warszawie podwyżek płac, większej pensji minimalnej, niższego wieku emerytalnego i wyższych emerytur, obciążenia składkami pracy na zlecenie i usztywnień co do czasu pracy. Oznacza to żądanie wzrostu roli państwa, chociaż związki są władzy obecnej przeciwne, oraz nowe obciążenia dla budżetu i dla przedsiębiorstw – analizował  postulaty na łamach „Rzeczpospolitej” Michał Wojciechowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. I wylicza: w sferze budżetu sam wzrost wydatków na emerytury, które już przekraczają 200 mld zł rocznie, zablokuje środki na politykę prorodzinną, infrastrukturę i wojsko, i bez tego traktowane po macoszemu. W gospodarce skutkiem spełnienia żądań związków byłyby z pewnością nowe bankructwa, wzrost bezrobocia i szarej strefy, recesja, inflacja oraz jeszcze większy dług publiczny. Prosta droga do upadku na wzór Grecji – i do coraz większej zależności od Niemiec. Te argumenty nie przemawiają jednak do tego, kto nie ma na czynsz i podręczniki szkolne dla swoich dzieci, a o swojej emeryturze nie może nawet  marzyć, bo  nie płaci składki ubezpieczeniowej. Nie jest w stanie, bo ma tylko umowę-zlecenie, zamiast stałej pracy. Albo tej pracy nie ma wcale.

Pozorowany dialog Tuska

Związkowcy domagają się nie tylko konkretnych rozwiązań prawnych, ale też  „rzeczywistego, a nie pozorowanego dialogu społecznego”. W założeniach Trójstronna Komisja miała być miejscem prezentacji propozycji pracodawców, rządu i związków zawodowych, ich negocjacji i poszukiwania wspólnego stanowiska. Jednak według związków obecny dialog to fikcja! Mówi to i prawicowa „Solidarność”, i bliskie lewicy OPZZ. Rząd wykorzystuje Trójstronną Komisję do firmowania swoich rozwiązań bez jakichkolwiek negocjacji. Prace nad postulatami zgłaszanymi przez związki zawodowe nie są podejmowane. Złośliwi mówią nawet, że mamy już do czynienia nie z Komisją Trójstronną, ale Dwustronną. Tzn. z jednej jest rząd i pracodawcy, a z drugiej związkowcy. Dało się to odczuć zwłaszcza przy pracach nad elastycznym czasem pracy, kiedy przedstawiciele rządu postawili związkowców przed faktem dokonanym i uchwalili zmiany w 100 proc. zgodne z tym, co proponowali pracodawcy. Dlatego od czerwca związkowcy bojkotują prace Komisji Trójstronnej i zapowiadają, że zdania nie zmienią, dopóki rząd nie wycofa się z przyjętych rozwiązań. Tymczasem premier Donald Tusk jeszcze przed związkowymi protestami zapowiadał, że się nie ugnie, a ze związkowcami nie ma o czym rozmawiać. Premier podkreślał, że na dialog ze związkowcami był czas w Komisji Trójstronnej, ale opuścili oni obrady i oświadczyli, że ich celem jest obalenie rządu. – Trudno ode mnie wymagać, żebym się z kimś umawiał na temat tego, w jaki sposób ma mnie obalić i trudno pod takim hasłem prowadzić dialog – powiedział. Po protestach nie był już tak stanowczy. Przyznał, że protesty związkowców były dobrze zorganizowane, co złożyło się na ich „europejski obraz”. Jak widać, punkt wyjścia wcale nie jest taki zły – stwierdził. – Jestem gotowy do poważnej rozmowy, ale dyktatu nie będzie – zapowiadał. Pytanie tylko czy związkowcy  bez spełnienia choćby jednego z postulatów są skłonni usiąść do rozmów z Tuskiem. Na razie twierdzą, że nie.

Więcej demokracji

Tym bardziej że postulaty protestujących dotyczą nie tylko kwestii ekonomicznych. Jednym z  ważniejszych żądań związkowców jest zwiększenie tzw. demokracji bezpośredniej. Domagają się oni, by po zebraniu 500 tys. podpisów Sejm miał obowiązek ogłosić referendum w danej sprawie. To efekt złych doświadczeń z dotychczasowymi projektami obywatelskimi. Zebranie ponad 2,5 mln podpisów przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego nic nie dało. Wiele wskazuje na to, że wkrótce Sejm odrzuci także projekt referendum w sprawie obowiązkowego posłania sześciolatków do szkół, pod którym podpisało się przecież prawie milion obywateli. Co ciekawe, postulaty te wychodzą naprzeciw temu, co jeszcze kilka lat temu głosił szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. Również prezydent Bronisław Komorowski zachęca do większej aktywności obywatelskiej i wzmocnienia demokracji lokalnej. Zgodnie z prezydenckimi propozycjami niektóre samorządowe decyzje, takie jak kwestia uchwalenia budżetu, strategii rozwoju gminy czy zmiany statutu, powinny być konsultowane z mieszkańcami. Referenda lokalne byłyby ważne niezależnie od frekwencji (oprócz tych, które dotyczą odwołania władz). Pytanie jednak czy nie powinno się wyjść naprzeciw postulatom związków i podobne rozwiązania wprowadzić na poziomie centralnym? Mało prawdopodobne jednak, by politycy zrezygnowali z monopolu w podejmowaniu decyzji. Nawet ci, którzy mają pełne usta haseł o konieczności budowania społeczeństwa obywatelskiego.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 39/2013