Wiadomo, że lubimy sobie ponarzekać, jako że jest to swoista psychoterapia na codzienne smutki. Ostatnio zdarza się nam jednak przekraczać wszystkie dopuszczalne normy biadolenia. Zalewa nas istna plaga zrzędliwości, a zewsząd słychać narzekania na wszystkich i na każdego. Z kim nie porozmawiać, każdemu jest tak źle, jakby już gorzej być nie mogło i drażnią go inni ludzie, zarówno ci z pracy - jeśli, rzecz jasna, ma pracę - jak i sąsiedzi. Coś niedobrego stało się w relacjach pomiędzy nami, skoro jesteśmy skłonni mówić o sobie nawzajem aż tak źle. I to nie tylko o przełożonych oraz kolegach z pracy, ale także o znajomych i bliskich. Powodów do narzekania mamy, na pewno, wiele, ale po co zadręczać siebie i bliźnich, skoro większość trapią podobne niedostatki, troski i niepokoje?
Nigdy przecież nie jest tak źle, aby nie mogło być jeszcze gorzej. Najstarsi utracjusze raju pamiętają, zapewne, wyznawaną przeze mnie od lat dewizę, którą co pewien czas przypominam: "ciesz się tym, co jest, bo jutro może być tylko gorzej!" Z takiego, całkowicie pesymistycznego, spojrzenia na przyszłość czerpię osobiście swój codzienny optymizm, bo jakże być dzisiaj smutasem, skoro zakładam, że jutro i tak będzie gorzej? Wielu sfrustrowanych tym co jest, poddaje się nostalgii za przeszłością, czasem nazbyt ją koloryzując. Owszem, i mnie też się to zdarza, ale nie jest to tęsknota za peerelem.
Oto niedawno wybrałem się na spacer Łęgami Dębińskimi, czyli drogą, wzdłuż której rozciąga się kilkudziesięciohektarowy park, pozostałość dawnego lasku łęgowego. W drodze powrotnej skręciłem w stronę stadionu, który był niegdyś reprezentacyjnym obiektem sportowym Poznania. Nie wiem, co mnie tknęło, aby raz jeszcze wejść po murowanych schodach i rzucić okiem na umarły stadion poznańskiej "Warty". Cóż, trudno, doprawdy, uwierzyć, że jest to miejsce, w którym jako młodziak byłem świadkiem tylu wydarzeń sportowych. Żałosny widok wszystkich wejść, porośniętych chaszczami i zawalonych śmieciami, zdewastowane resztki trybun, tonące w zielsku i przetykane samosiejkami, a wokół walające się żelastwo. Gdzieś tam ocalała jeszcze zapomniana reklama "Głosu Wielkopolskiego", a przerdzewiały stelaż po zegarze boiskowym przypomina czasy dawnej świetności, kiedy stadion żył zmaganiami sportowców i emocjami kibiców.
Na chwilę odżyły wspomnienia sprzed, mniej więcej, trzydziestu lat. Choćby finisz jednego z etapów Wyścigu Pokoju, po którym na podium stanęły legendy polskiego kolarstwa. To w końcu na tym stadionie "Kolejorz" rozegrał pamiętny mecz z "Zawiszą" Bydgoszcz, który zgromadził sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi, a zwycięstwo dało "chłopcom z Dębca" upragniony awans do ekstraklasy. Przed oczami stanęła mi też na chwilę postać "Jasia-kibica", doskonale znanego bywalcom poznańskich stadionów. Ten, chyba najwierniejszy, sympatyk "warciarzy" przez cały mecz wygłaszał na głos swoje zabawne komentarze. A niechby tylko ktoś przy wejściu na stadion zażądał od niego biletu, zaraz usłyszał od innych kibiców: "Czyś ty oszalał? Od Jasia chcesz bilet?". Odbyły się tutaj także centralne dożynki, na które stadion remontowano dzień i noc, bo przecież miał przyjechać sam towarzysz "Edward-Obiecajda".
Tego ostatniego zupełnie mi nie brakuje, zwłaszcza że wielu obecnych polityków do złudzenia go przypomina. Ale żal mi stadionu, tęsknię za takimi emocjami sportowymi i brak mi, oczywiście, "Jasia-kibica".
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









